wtorek, 2 lipca 2013

Jak co rano poszedłem...

      Jak co rano poszedłem policzyć śpiące kaczki. No dobra, nie tak rano. Dupy zrywać, by iść na kije aż tak bardzo mi się nie chciało. Sprawdziłem pocztę. Łaskawie nie odpisałem. Oznaczyłem spam. Poczytałem książkę. Dobiła piąta.

      Obejrzałem kawałek serialu. Pff... Wziąłem prochy. Dobiła szósta. TADA!

      Mogę bezkarnie wszystkich obudzić. Wyskoczyłem na kije. Idę... idę... idę... aż jak mnie nie pierdolnie szczęście.

      Miałem poniższą scenę z Ace Venturą przed oczami. Tylko ciutkę niżej, nie w udach, ale w kolanach. Myślałem, że żywcem mi kolano spłonie. Jakiś potwór się wykluje albo jaka inna bestia.



      Patrzę na te swoje cholerne kolana. Nic. Nic pulsuje. Nie zmienia koloru... A płonie.

      Iść przed siebie. Iść... nie kuleć, ani na prawą ani na lewą... Doczłapałem do domu. W zamrażalniku czekało na mie wybawienie. Włączam stoper, co by tych choler dla odmiany nie przeziębić. Maście oraz inne gluty jak u znachora. I tada! Kurwa przestało płonąć. Dzień, kurwa, dobry. Dzionek rozpoczęty.

      I jeszcze chłopaki od blogspotu (blogger) zrobili kolejne uatrakcyjnienie - edytor html jest mądrzejszy od użytkownika. HWDG

Im więcej, tym mniej

Nie jest to żadne odkrycie. Pod koniec lat 90tych przeprowadzono badania, z których wynikało, że ludzie ograniczają się do pięciu witryn, kt...