niedziela, 14 kwietnia 2013


      W sumie to lubię oglądać filmy o zombie. Począwszy od pierwszego jaki zobaczyłem reżyserii Romero. Szkoda, że mało kto się tematem bardziej sensownie nie zajął. Z jajem, zacięciem czy czymkolwiek. I o ile w grach jeszcze temat obleci, to w kinie kicha. 28 dni później czy Wysyp żywych trupów nie czynią wiosny... a Resident Evil jest ok, pod warunkiem, że Paul W.S. Anderson go nie reżyseruje (Uwe Boll przy nim to artysta).
      Przeczytałem The Walking Dead. Żywe Trupy Narodziny Gubernatora. Dennością przebija gnioty wydawane swojego czasu przez Phantom Press czy Amber. Albo to trzeba kochać, albo bezkrytycznie łykać wszystko co zowie się zombie.
      Komiks był słaby. Serial jeszcze gorszy. Ale z tego wszystkiego bez wątpienia najgorsza jest książka. Akcja rozgrywa się na ponad 300 stronach, gdzie akcji nie ma przez ponad 3/4 powieści. Dodatkowo jest tragicznie przetłumaczona. Nie znając oryginału można bez trudu znaleźć popełnione przez tłumacza błędy. Od zawsze wychodzę z założenia, że bycie absolwentem uczelni wydziału jakiejś filologii to stanowczo za mało, by parać się tłumaczeniem.

      Na dodatek nie mogę nawet rzucić książką przez okno, bo w ślad za nią poszłoby kilkaset innych. Z drugiej strony nie będzie mnie straszyć na półce, bo takim gniotem nikogo bym nie obdarował.

Im więcej, tym mniej

Nie jest to żadne odkrycie. Pod koniec lat 90tych przeprowadzono badania, z których wynikało, że ludzie ograniczają się do pięciu witryn, kt...