czwartek, 20 marca 2014

Akcja "Wyrzuć książki"

      Od kilku lat zbierałem się do zrobienia porządku z książkami. Najdosadniej ujmując w czym problem to, że mam ich w chuj. Nie ma ściany, na której by nie było co najmniej kilkuset książek (kuchnia i łazienka ze względów oczywistych się obroniły). Zaraz złośliwcy zapytają się czy to przeczytałem. Zdecydowaną większość. Nawet przyjmując, że czytam średnio 50 książek rocznie to przez dwadzieścia lat wychodzi ich 1000. Jednak czytam więcej i żyję jako czytelnik dłużej.

      Czemu kupowałem i kupuję? Bibliotek nie ma? Są. Aktualnie jestem zapisany do trzech. Ale jakimś trafem zawsze szedłem pod prąd. Miałem do wyboru albo liczyć na czyjąś litość albo samemu ogołocić swój portfel z pieniędzy.

      Zmieniło się sporo. Nie tylko fakt, że upowszechniły się czytniki książek. Zresztą można teraz czytać choćby w ramce na zdjęcia. W wersji elektronicznej czytam od drugiej połowy lat 90tych. Przepisywałem wraz z innymi trudno dostępne książki i udostępnialiśmy kolejnym czytelnikom. Współpracowałem przy _faktycznej_ pierwszej elektronicznej bibliotece Reja, ale ze względów prawnych polegliśmy. Zmieniła się także wiedza o jakości książek. Już nie chodziło o to, że książki z Phantom Press czy Zysku po dwukrotnymkrotnym przeczytaniu rozpadały się. Zawsze można było zanieść do introligatora (link dla młodzieży). Ale na jakość papieru introligator,o ile jeszcze jakiegoś można znaleźć, nie pomoże. Papier zwyczajnie się rozpada.

      Utknęła mi w głowie informacja, że swojego czasu zbiory książek z XIX i początku XX wieku w pewnym momencie uznano za zabytki, a z XVIII jeszcze nie. Zatem wizja Wehikułu czasu z 1960 (poniżej przewińcie sobie do 59 minuty) nie jest aż tak bardzo fantazyjna. Raczej przerażająca. Książki, które chwile temu dostałem w swoje łapy nie muszą czekać tysiącleci, żeby się rozpaść.



      Do większości książek w wielu wypadkach nie sięgnę ponownie. Postanowiłem kilka lat temu, że radośnie je oddam do biblioteki. Nic bardziej szalonego mi do głowy nie mogło przyjść. Do biblioteki? Ale po co? No właśnie. Zjechałem pół Warszawy. Drugie pół sobie olałem, a o miejscach w style Nigdziebądź nawet nie brałem pod uwagę.

      Zacząłem od rozdawnictwa. Fajnie się trafiło, że spotkałem osobę, która chciała się zapoznać z klasyką literatury fantastycznej. Inni łyknęli po kilka sztuk beletrystyki mieszanej.

      A pewnego dnia wstając z łóżka wjebałem się w słupek. Postanowiłem, że jeżeli nie ma chętnych to pozostałe lądują na śmietniku. Najpierw poleciało ponad 10 lat (a może 15?). Jedna pożegnalna focia na pożegnanie.



      Drugie podejście. Zostawiłem książkiw kafejce. Zły Tyrmanda i Trylogia Księżycowa Żuławskiego.



      Następne w kolejce książki Stephena Kinga wydane przez Amber. Ale na to chyba już chętny znalazł. Zobaczymy ;]

      Aha. Nie mam zamiaru bawić się w sprzedaż książek via jakieś zalległo czy coś w tym rodzaju.

Remonty

Wiadomo jak robi to Polak, to remont będzie po kosztach i zamiast tydzień, będzie trwał rok. Niestety, nie żartuję. Jakby ktoś chciał coś po...