czwartek, 20 lutego 2020

Suszy mnie


Póki jest woda w kranie, ludzie uważają, że nie ma suszy.

Jest to moje zdanie, które napisałem w internecie… w sumie już 20 lat temu.

Dzisiaj usłyszałem, że grupa ludzi cieszyła się, że „ochroniła” 200 drzew przed wycinką. Ochroniła drzewa, ale przyłożyli się do niszczenia rzeki.

Od początku. W PRLu było całkiem sporo głupich ludzi, o których tu i ówdzie się pisze bądź mówi. Ale o tych mądrych, wcale. Inżynierowie, którzy budowali i przekształcali Polskę mieli łeb na karku. Już w latach 60-tych wiedziano, że będzie brakować wody w Polsce, nie przewidziano, że spotka to nas szybciej.

Po ‘89 roku nastąpiła konsekwentna destrukcja środowiska. Bez centralnego zarządzania każdy zaczął żyć w myśl „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Zaprzestano pogłębiania, regulowania brzegów, wzmiacniać i konstruować wały przeciwpowodziowych i przyzwalano na wyrzucanie śmieci gdzie bądź. Apotem szok i niedowierzanie, że były powodzenie. 

W skutek zaniedbań lewy brzeg Wisły zarósł i potworzyły się wyspy, o które pseudo-ekolodzy walczą. Wpierw niedoedukowani od ptaszków, dostali od miasta milion i zniknęli, ale miasta nie było już stać na wycinkę. Teraz, kurwa, wzięli się za ochronę chwastów na rzece. Kolejni bystrzy i wykształceni.

Wspominam tylko o Warszawie, bo to durny blogasek i nie mam ani ochoty, ani czasu pisać o pierdylianie celowych złych działań (np. developerzy, którzy budowali domu w pradolinach rzek czy na łąkach), zwykłej głupocie i zasranych pseudo-ekologach po humanistycznych szkółkach, którzy wiedzę czerpią z internetu.

Jakiś tam temu burzyli się o Rospudę. My – EKOLODZY – wiedzieliśmy, że to tylko strzępienie języka. Nie ma sensu bronić czegoś co zdechnie za kilkadziesiąt lat, a obwodnica minimalnie się do tego przyczyni. Czemu? Bo susza w Polsce trwa od kilkunastu lat! Można nawet zaryzykować, że od ponad 20 lat. Wtedy to po raz pierwszy napisałem o panującej suszy w Polsce.

Mniej więcej w tym czasie, z grupą ludzi napisaliśmy program, który przewiduje temperatury i wielkość oraz rodzaj opadów na terenach polskich. Chcieliśmy go sprzedać, ale nikt go nie chciał. Zabawne, że nasz program, w który przestaliśmy ładować dane po pięciu latach, przewiduje do dzisiaj prognozę pogody z błędem do 3 stopni Celcjusza.

Co należy teraz zrobić?

1. jeżeli chcemy zachować nasz drzewostan, należy pobawić się genetyką – o tym więcej powiedzą botanicy, w szczególności dendrolodzy;
2. usuwać chwasty, które wysuszają glebę;
3. dla ochrony gleb i tego naparstka wody, który w niej został – adaptować roślinność z klimatu
4. znacząco zmniejszyć parowanie ze zbiorników wodnych;
5. budować podziemne zbiorniki wodne;
6. zredukować pozyskiwanie energii ze spalania i nie tylko dlatego, że C02 jest uwalniane do atmosfery, tylko ze względu na znaczne zużycie wody (jakby kto nie wiedział, elektrownie to tak naprawdę współczesny steampunk);
7. zacząć projektować system transportu i dsytrubucji po uprzednim uzdatnieniu wody morskiej w głąb kraju.

Nie wspomniałem o rolnictwie/sadownictwo/hodowli, ale przekonacie się o tym już w tym roku, płącąc krocie za kapustę czy ziemiora xd

Nie ma czego już ratować. Należy się dostosować, by przetrwać. Tylko tyle i aż tyle.

Zen, kurwa, zen...

wtorek, 18 lutego 2020

Fenomen nurtu muzycznego


Jakąś chwilę temu miała premiera niby-biograficznego filmu Zenek (swoje „niby” opieram, na recenzjach). Jest to historia o człowieku, który pracował na scenie disco polo od lat. Podobno znany. Mimo że, interesuję się muzyką, ów fenomen mnie ominął.

Nie będę robił sobie beki z disco polo.

Fenomen disco polo, nigdzie nie jest ani opisany, ani wytłumaczony. Tylko ludzie pozbawieni wyobraźni, a przede wszystkim analizujący fenomen ze swoich stref komfortu odcięci od tej muzyki, czyli wspomniani wyżej fachowcy, dorabiają jakąś większą ideologię.

Popularność jest łatwa do wytłumaczenia. I jak zawsze chodzi o pieniądze.

Wiejskie kapele, które w latach osiemdziesiątych grały na weselach (i wcześniej) dostały do swoich łapek elektroniczne instrumenty, o które pomimo panującego „reżimu” było coraz bardziej. Tajemnicą poliszynela jest to, że rolników i hodowców stać było na więcej (niż teraz próbuje się wmawiać) od tzw. miastowych, zatem instrumenty elektroniczne (konkretnie keyboardy, z gotowymi podkładami) były bardziej osiągalne. I przede wszystkim większa motywacja, kupowało się narzędzie, które w krótkim czasie pozwalało zarobić.

Dobrej jakości sprzęt nagłośnieniowy był wówczas trudny do nabycia, a nie tylko cena była zaporowa. A przy zabawach chciało się coś usłyszeć coś więcej niż przestery z Kasprzaka czy ze szpulowca Unitry. Zatem kapela. Muzycy, którzy grali na wiejskich imprezach musieli znać światowe hity, których uczyli się najcześciej ze słuchu. Barierę językową, jak wcześniej, pokonywało się tym, że tworzyło się własne teksty do zagranicznych utworów. I trzeba też wspomnieć, że było wśród słuchaczy ciśnienie na rozumienie tekstu. Zatem musiało być po polsku.

Oczywiście były też rodzime kompozycje. Ale co mogło przebić „Tylko ty” Savage w wersji na akordeon i perkusję? No dobra, biały miś… aaa xd

W radiu można było w miarę na bieżąco słuchać tego co było modne zagranicą („na zachodzie”).

I jak każdy, ludzie chcieli posłuchać również w domu, tego co grali w przysłowiowej remizie czy na weselu. Zatem zespoły zasuwające z wioski do wioski, sprzedawały też swoje kasety.

Po ‘89 się wiele zmieniło. W radiu wyższa kultura w stylu Edyty Górniak. Mało muzyki miłej, łatwej i przyjemnej. Skończyło się siedzenie po nocach i zgrywaniu najnowszych hiciorów. Skoro w radiu nie było, ustawy o prawach autorskiej jako takiej nie było, a był popyt to masowo pojawiły się pirackie kasety. Dodatkowo sprzęt CD stał się łatwiejszy w dostępie. Ale same płyty były cholernie drogie. Wciskano kit, że to tłoczenie jest takie drogie (serio, serio). Polskie płyty kosztowały tyle samo co zagraniczne. Pirackie płyty pojawiły się później.

Nagle pojawiła się nowa sieć sprzedaży, poza sklepami muzycznymi. W miastach w punktach, gdzie jeździły zdezelowane autobusy dowożące ludzi do pracy, przy przystankach, w kioskach oprócz gazet, papierosów bez banderoli były też kasety i płyty. Nagle okazało się, że płyta nie musi kosztować 60 złotych, a może kosztować 15 (dla starych czytelników 600 000 i 15 000). Wytwórnie (te same, co później wymyśliły posrane sposoby na zabezpieczenia płyt przed zgrywaniem na komputery), miały to w dupie i drenowały kieszeń fanów muzyki.

Sytuacja na wsiach po ‘89 nie była za ciekawa, chociaż obrotni rośli w siłę, to statystyka była nieubłagana. Infacje, kredyty rujnowały po równo miastowych, jak i rolników/hodowców. Kogo w takich warunkach stać na wyrzucanie pieniędzy w błoto, byleby kupić jakąś fajną muzyczkę.
Mniej więcej w tym czasie pojawił się jeszcze jeden nurt, o którym mało kto wspomina. Grupy, które rżnęły nie tylko utwory, ale całe płyty i wydawały je pod własnym szyldem, tyle, że śpiewane po polsku. Mr. Vein po polsku? Tego na youtubie nie znajdziecie xd

Podsumowując. Disco polo oferowało i oferuje rytmiczną, melodyjną muzykę z polskim tekstem za niewygórowane pieniądze. Po latach 80tych, kiedy pojawiła się próżnia dostępie do muzyki, a nie każdy miał tę sposobność i determinację, by szukać czegoś dla siebie, sięgał po to co miał pod nosem.

Naprawdę wiele nie potrzeba, by zawojować miliony. Dla mnie proste.

"Rodzina"

Kiedyś pisałem, o starych znajomych, którzy z własnej inicjatywy zerwali kontakt, a potem są zdziwieni, że człowiek nie wyraż...