sobota, 31 stycznia 2015

Akcja - Wybierzmy wspólnie lektury najmłodszym uczniom

          Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej jest projekt/konkurs na propozycje książek/lektur dla uczniów szkół podstawowych. Naprawdę świetny pomysł. Po tylu latach, ktoś się w końcu zrozumiał, że to jest serwowane w szkołach tylko zniechęca. Podejrzewam, że gdybym przygodę czytelniczą rozpoczął w szkole, dzisiaj czytałbym jedynie etykietki z cenami.

          Usiadłem zadowolony, zobaczyłem puste pola i... zaciąłem się. Moja wiedza na temat małolatów jest nieco większa niż przeciętnego Kowalskiego choćby z powodu, że przez ponad 10 lat pracowałem w szkole. I to co czytałem w wieku 7-13 albo zestarzało się (choćby książki Hanny Ożogowskiej) albo jest zbyt trudne nawet dla ludzi dorosłych (tak, moje pokolenie jest zryte i czytało Joyce'a pod ławką na polskim).


          Ale pomyślałem, że jeżeli dam Wam link to sami coś zaproponujecie (tylko błagam nie Bajki Lema ani nic Tolkiena -> dzieciaki tego nie trawią). A może sami też komuś prześlecie link dalej.

men.gov.pl/index.php/58-nie-przypisane/1642-ankieta

Update. Niestety niby poważny serwis, z którego otrzymałem tę wiadomość nie popisał się. Ja również się nie popisałem, bo nie zweryfikowałem czy konkurs jest aktualny. Zobaczyłem ankietę to postanowiłem się z Wami podzielić.

niedziela, 11 stycznia 2015

Cyk i pstryk


      Przeczytałem ponownie tekst na Fochu (swoją drogą polecam jego lekturę). Za pierwszym razem mi się spodobał, za drugim również. Dla leniwców, którym się nie chce: autorka napisała o swojej miłości do fotografii analogowej zarówno tej na kliszy, jak i tej „polaroidowej” z całą chemią w zdjęciu.

      Myślę, że należę do pewnego pokolenia w którym bardzo wiele rzeczy przeszło i przechodzi do lamusa. Poznałem komputery 8bitowe i 16bitowe o kompletnie innej architekturze sprzętowej niż obecna, korzystałem z taśm i kaset magnetofonowych, płyt winylowych (chociaż te przeżywają swoją kolejną młodość), aparatów fotograficznych na błony. A za chwilę do lamusa pójdą książki, płyty CD i DVD...

      Swoją przygodę z fotografią rozpocząłem dwadzieścia dziewięć lat temu. Do późnych lat 90tych używałem błon czarnobiałych, jak i kolorowych. Ale zdarzało się, że w nowym milenium utrwalałem obraz w stylu oldschoolowym.

      Odbitki, które powstawały w drugiej połowie lat XX wieku, czeka ten sam los co książki, o których chwilę temu pisałem. A to za sprawą technologii i procesu produkcji papieru fotograficznego. Obecnie jest on bardzo nietrwały. Odbitki, które zostały wykonane wcześniej są lepiej zachowane (przyjmując, że ktoś ich zwyczajnie nie wrzucił do pudełka po butach, tylko klasycznie przechowuje je w albumach fotograficznych) niż te wykonane później. O odbitkach wykonanych w salonach typu express nawet nie ma co wspominać.

      Aktualnie robienie zdjęć na błonach to kosztowne, ale to bardzo kosztowne hobby. Jeżeli ktoś chce się sprawdzić i zrobić na zwykłym filmie 36mm. Jednak jest to mocno amatorskie podejście. Kto nie próbował wcześniej jest idealnym początkiem, ale prawdziwa zabawa i wyzwanie to wielkoformatowa fotografia. Wymaga ona więcej pracy, nauki i... pieniędzy,. I to całkiem sporo, tych pieniędzy ;] Ale zrobienie zdjęć to jedno, drugim etapem jest wywołanie filmu, a następnie wykonanie odbitek.

      W tym miejscu podziękowałem. Jeżeli ktokolwiek choć raz miał do czynienia z robieniem odbitek nigdy nie wypomni czy amatorowi czy profesjonaliście, że modyfikuje swoje zdjęcia na komputerze (czy jak to już bywa w samym aparacie). Nie mam na myśli tylko poprawianie zdjęć, ale też jego modyfikację czy zabawę.

      Ciekawostką było to, że zdjęcia, które wykonałem musiałem mieć dobrze opisane (pamiętałem każdą cholerną rolkę filmu) i kiedy oddawałem je do laboratorium opisywałem jak te zdjęcia były robione i jaki chcę uzyskać efekt. W skrócie, jeżeli wykonywałem zdjęcia astronomiczne, w dzień czy w zimie miało to ogromne znaczenie w późniejszym procesie robienia odbitek. Dlatego zanim je się zrobiło wykonywało się kopie stykowe potocznie stykówka (później nazywano to foto indexem, były to zdjęcia na jednej odbitce 1 do 1 bez powiększalnika). A samodzielna zabawa wywoływania, robienia własnej ciemni w domu? Srsly? Przy czarnobiałej fotografii można było się jeszcze w to bawić, ale w kolorze można było o tym zapomnieć.

      W swoim tekście Natalia wspomina także o niedoskonałościach fotografii tradycyjnej. Trudno mi jest się tak bezpośrednio odnieść. Moje zdjęcia były wykonywane aparatami, bez bajerów, nie było w nich ani autofokusa, ani światłomierza. Bywały nieudane, ale doszedłem do wprawy, że proponowano mi pracę w fotografa i fotografika. Obecnie psuję zdjęcie zanim je wykonam ;]

      Ale nim doszedłem do wprawy, sprawa z fotografią wyglądała nieco inaczej ;] Nie wiem czemu, ale już jako dzieciak robiłem inaczej zdjęcia niż reszta. Zupełnie inaczej kadrowałem, robiłem zdjęcia z zaskoczenia (teraz to norma, ale w latach 80tych nawet mężczyźni poprawiali ubrania i włosy przed zrobieniem zdjęcia). I... UWAGA robiłem sobie sam zdjęcia. Tak, robiłem sobie selfie lustrzanką z ręki. Dodatkowo po wielu latach używania jednego aparatu, człowiek uczył się co potrafi a czego nie potrafi jego aparat i obiektyw. Tak naprawdę wtedy zaczynała się fotografia.

      Brzydkie zdjęcia... najczęściej wynikały z chujowej błony. Do dzisiaj mam żal do błon firmy ORWO, o ile zabawa zabawą, część zdjęć po prostu chciałem mieć. W latach 90tych nie było stać na Kodaka, więc tłukło się na ORWO z nadzieją, że wyjdą.

      Efekty, które można uzyskać na błonie można w pewnej części osiągnąć i w cyfrówkach. Efektów związanych z samą błoną siłą rzeczy nie da się osiągnąć bez ingerencji w późniejsze zdjęcie, a to moim zdaniem jest bezsensowne. Ale całą resztę? Dziwne powiększenie, rozmycie, poruszenie, niedoświetlenie, prześwietlenie... wszystko się da osiągnąć i podobnie jak w tradycyjnej fotografii to są rzeczy zależne od aparatu. Nie wierzycie? Idźcie do sklepu i kupcie najtańszy aparat ;] Dla miłośników dziwności z zasobniejszym portfelem są aparaty dedykowane do lomografii (same aparaty nie są drogie, zabawa zaczyna się od kupna filmu, wywołania i zrobienia odbitek lub skanów).

      A dziś? Lubię zdjęcia nietypowe, to co mnie zafascynuje lub przyciągnie moją uwagę. Robię masę kotletów, często lecę i robię w ruchu (swoją Vilią robiłem zdjęcia z biodra, robiąc fotki na czuja), a przy byle papierku przyklejonym do kruszejącego tynku potrafię spędzić kilka godzin. Nie interesują mnie ładne, poprawione zdjęcia, zwłaszcza te stockowe.

      Zamiłowanie do fotografii czarnobiałej pozostało, zdjęcia są w tej kolororystyce są wykonywane bezpośrednio w aparacie (prowadzę blog od 10 lat, który aktualnie znajduje się pod tym adresem blog.bagienny.net), szaleję również w kolorze (niedawno dojrzałem do tego, by swoje kiksy i inne paskudztwa emitować w świat kolorowy.bagienny.net). A Wam niezależnie czy się bawicie amatorsko czy profesjonalnie i niezależnie od używanego sprzętu na błonę czy na kartę pamięci, robione telefonem, suszarką, kompakt, DSLR czy ekspresem do kawy – czerpcie z tego przyjemność, bo o to w tym chodzi ;]

sobota, 10 stycznia 2015

CTRL+C CTRL+V

      Dzisiaj czytając kolejne wpisy na blogach i „blogach” uśmiałem się serdecznie. Jedną z tych rzeczy była ta grafika.


      Druga rzecz rozśmieszyła mnie nieco inaczej. Otóż znany bloger i fachowiec stracił dane w chmurze. Nie jest istotne kto, bo ani fame'u ani flame'u nie chcę mieć/produkować. Rozbawił mnie fakt, że ktoś dobrze obcykany z technologiami zawierzył czemuś tak zawodnemu jak chmura, w dodatku DropBoxowi. Kiedyś ludzie dzielili się na tych co robią backupy i na takich, którym nie dupnął dysk. „Zmiana” technologii nie powinna zmieniać naszych przyzwyczajeń. Lubimy swoje śmieci? Swoje pliki związane z naszym osobistym życiem i pliki z naszą pracą? Używamy backupu. Jest to nudne i żmudne zajęcie. Nigdy nie ufałem i nie zaufam całkowicie automatycznemu backupowi. Korzystam, ale co jakiś czas wykonuję ręcznie. A co zrobić kiedy nie chce się brykać z dyskami po kieszeniach i mieć pewność, że pewnego dnia nic nie zniknie? Używać więcej niż jednej chmury, dobrze jest też przy niewielkiej inwestycji zafundować sobie domową chmurę. Problemem we wszystkich rozwiązaniach jest kwestia dobrego zabezpieczenia. Do ochrony plików może służyć PGP, ale innym zagadnieniem jest sam dostęp do nich.


czwartek, 8 stycznia 2015

Wolność "słowa"


       Przeczytałem wczoraj o zamachu we Francji, dla tych, którzy nie wiedzą co się stało, krótkie wprowadzenie. W 2012 roku we francuskim czasopiśmie satyrycznym Charlie Hebdo opublikowano kilka rysunków, których bohaterem był Mahomet (prorok muzułmanów). Wczoraj do redakcji wydawnictwa wtargnęło dwóch mężczyzn i otworzyli ogień. Zginęło 12 osób, a 11 zostało rannych. Jak wyglądały nagłówki naszych dzienników? Świetne zestawienie zrobił Faktoid.



      Kwestią smaku jest poziom satyry, ale w pewnym momencie satyra musi przypierdolić, by coś uzmysłowić. Nie będę wnikał co "poeta miał na myśli". Mnie zastanawia w tzw. wolności słowa, którą brutalnie chcą odebrać we Francji, jak ona wygląda w naszym kraju.

      Pomijam pieniaczy, którzy kalumniami czy pomówieniami chcą coś zdziałać. Kiedy się robi porządek z bydłem, to piszczą, że nie ma wolności słowa. Owszem ma się prawo do swobodnej wypowiedzi tego co myśli (tylko najczęściej się nie myśli). Jednak jak to z wolnością bywa, owa wolność może ograniczać czyjąś inną. A jeżeli już się tak stanie, sprawa najczęściej ląduje w sądzie. Wówczas w paragrafach można zapoznać się jaką ona ma cenę. Zazwyczaj wysoką. Stąd też w naszym państwie nie ma takiego Charlie Hebdo, mamy co prawda tygodnik NIE, który redakcję może przenieść do sądu (choć może się mylę i tych pozwów nie ma aż tylu).

      I w zasadzie na tym tygodniku sprawa się kończy. Nie ma u nas nikogo, kto by pojechał po bandzie, zszargał świętości, wsadził palec w oko hipokryzji. Za bardzo cenimy sobie wolność osobistą, by ją narazić i korzystać z wolności słowa.

      W sumie te sądy są lepsze niż kiedyś cenzura. Tyle, że cenzura nie puszczała za często chłamu. Teraz jej nie mamy. Teraz są sądy, odszkodowania i twór zwany poprawnością polityczną.

środa, 7 stycznia 2015

Ofys Mikromiękkiego na Andku

      Od jakiegoś czasu stałem się malkontentem produktów i usług Google. Polityka firmy nie wnerwiła mnie jak dotąd, by przestać i zacząć korzystać z innych narzędzi (poczta, video, mobilny system), ale coraz mniej mi pasuje system Google jako użytkownikowi. Przestałem korzystać z ich usług Docs, Sheets, Drive (chociaż z tego ostatniego korzystam pośrednio poprzez pocztę czy choćby tego blogaska). Zamiast tego korzystam z płatnej wersji Microsoft Office (nie, to nie jest wpis sponsorowany) w połączeniu z pocztą Outlook i dyskiem Onedrive jest to zajebisty zestaw do pracy. I o ile na Ubuntu piszę głównie w Libre Office (przez dłuższy czas korzystałem i byłem zadowolony) to teksty finalnie przerzucam do Office Online. Przez długi czas brakowało mi aplikacji na Androida, bo co prawda na telefon była, ale o tablecie można było pomarzyć. I teraz się to też zmieniło. Jest dostępna wersja na Androida w wersji jeszcze testowej – i jeżeli o mnie chodzi działa bezbłędnie. W wersji online brakuje kilku opcji choćby otwieranie zabezpieczonych dokumentów, aplikacje na Androida wyglądają tak samo jak w wersji desktop na komputerze.

Linki do sklepu Play:
Word
Excel
PowerPoint

      A malkontentom tak tylko wspomnę, że nie zaczynałem przygody od softu Microsoftu. Programy biurowe z jakich korzystałem na systemie GEOS z geoCalc, geoWrite, później na DOSie Lotus 1-2-3, Quattro Pro oraz rodzimego TAG.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...