piątek, 28 grudnia 2012

      Wydawnictwu Świat Książki grozi zamknięcie. Moje doświadczenia z tym wydawnictwem pozostawiają moje odczucia na poziomie ambiwalentnym. Co wynika z ewentualnym zakończeniem działalności. Mamy fanpage "nie domykajmy drzwi". To oczywiste. Kultura jest super, jest zajebista i nie wolno przedsiębiorstwu żyjącego z kultury tak zwyczajnie odejść. Trzeba trochę narobić szumu i... zwiększyć sprzedaż książek, tuż przed końcem roku. Wydawnictwo wyjdzie dzięki temu obronną ręką (jakoś trudno mi uwierzyć, że finanse nie poprawią się po całej hecy w mediach).

      Jest jedno wydawnictwo za którym płakałem - Phantom Press. Za drugim istniejącycm, ale już nie wydającym tak zajebistych pozycji jak niegdyś (mam swoją teorię spiskową, że bardzo dobra lub/i popularna literatura na świecie nie jest wydawana w Polsce, by nasze tuzy pisarstwa nie wypadli marnie) Prószyński i S-ka. Czy polski rynek wydawniczy zubożeje, kiedy odejdzie jeden z większych graczy? Nie. Z mojego punktu widzenia nawet bym nie zauważył, że to wydawnictwo zniknęło.

      Co jest w tym wszystkim fascynujące. Ludzie. Firma Świat Książki nie ukrywajmy prostego faktu, ma zarabiać pieniądze. Nie zarabia - nie istnieje, no chyba, że znajdzie się jakiś filantrop, by pozwolić na funkcjonowanie w tej kapitalistycznej rzeczywistości ;] Zakładamy, że firma jest prowadzona podręcznikowo. Robią badania rynku, przygotowują ofertę, wydają i... No właśnie. Sprzedają. Ale jak nikt nie kupuje, to po co robić szum i zakładać fanpage?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

      Kartki. Nie wiem kto to wymyślił. To znaczy mogę wiedzieć, ale uważam, że ta wiedza jest mi zbędna. Wracając, nie wiem kto to wymyślił. I nie wiem w jakim celu (reszta jak wyżej). Od zawsze uważałem, że lepiej jest napisać list niż wysyłać kartkę. Ale tradycja...

      Coś wspominałem, że nie lubie wysyłać kartek? No to jeszcze muszę dodać, że wysyłanie kartek okolicznościowych to już koszmar. Mój czynnik decycyzjny w kupowaniu kartek jest prosty. X sztuk jak leci. Niech się czuje ребята wyjątkowo :P

      Schody zaczynają się przy wypisywaniu. Pal sześć, jeżeli są już napisane. Najlepiej w języku, którego nie rozumiem, gdzie wystarczy postawić krzywy krzyżyk pod wydrukowanymi życzeniami. Ale czasem kartka gapi się na mnie białymi oczyma (luźny cytat z Kazika, mam nadzieję, że nie będzie mi kazał płacić tantiem) i jedyne co mi przychodzi do głowy to "bla bla bla bla życzy bagienny". Niektórzy, którzy preferują bardziej osobiście mają z imienia (choć uważam, pierwsza wersja jest bardziej osobista). Następnie należy obślinić kopertę, wyrzucić kilka zeta na kawałek kartonika i wrzucić do skrzynki. Niby wiele hałasu nie ma... ale tak nie cierpię tego robić. Brrr.

środa, 12 grudnia 2012

      Im częściej czytać e-maile od obcych osób tym bardziej się upewniam, że jestem z innej planety ;]
Na deser jako uaktualnienie mogę podać jako przykład wyników czego Polacy szukali w góglach ;]
      A poniżej mój kolejny pomysł realizowany zgodnie z numerkiem od 23 tygodni. Wrzucam tutaj, bo nikt go nie ogląda. A ja tam łażę po mieście odmrażam sobie dupę, siedzę "miksuję" kiepską muzę i zero wywalonego jęzora ;]

niedziela, 11 listopada 2012

      Dzisiejszego dnia ujrzałem pustą, wolną od samochodów, ulicę. Paru gapiów, paru entuzjastów religijnych oraz kupę luda na przystanku tramwajowym. Wkrótce sam do tej kupy dołączyłem. Mijają minuty. Czasem jakiś policjant na motorze pomykał pod prąd (spoko, będzie w Minął tydzień - jutro). Po x minutach przystanek minął mały brzydki samochód. Mały brzydki samochód powiedział, że tramwaje wzięły wolne. Kupa dokonała aktu anihilacji.
      Uwielbiam być terroryzowany. Przez marsze, pochody, wystąpienia i całę masę innych uprzykrzaczy w mieście. Dziś ulice zamknęli dla ludzi, którzy na rolkach postanowili pojeździć sobie po jezdni. W sumie zdrowo. Przez brak samochodów nie wdychali spalin.
W imię tego, w imię tamtego...

      Teoretycznie spacer w ciepły, przedpołudniowy dzień niedzielny jest miły, ale nie dla człowieka, który musi podpierać swój byt laską.

wtorek, 23 października 2012

      Niestety, nie mam super pamięci. To pierwszy zarzut. Nie czytałem również książek poświęconych blogom. To drugi zarzut. Poniekąd bawiły mnie publikacje znajomych wydanych licho, ale twardo stojące w księgarniach i zbierające kurz. Jednak zostali zapomniani. Nawet definicje w wikipedii ewoluują (teraz za pierwszego polskiego blogera jest uważany Vagla, przedtem ekipę z Top Secret, a jeszcze wcześniej Fdd).
      Dzisiejsi blogowi celebryci kreują własny wizerunek na tyle skutecznie, że nikt z dawnej blogosfery nie ośmieli powiedzieć głośno "byliśmy tam przed wami, zanim wy dowiedzieliście się czym jest blog". Programy w telewizji, liczne artykuły, jakoś nie przetrwały w świadomości społeczeństwa - że blogerzy już tam byli zanim o nich stało się głośniej, zanim pojawiły się darmowe platformy blogoserwisowe, zanim dostęp do internetu stał się tani... naprawdę tani ;]
      Tym bardziej irytuje mnie książka wydana przez Kominka. Właściwie to nie sama książka mnie irytuje tylko w sposób w jaki jest reklamowana. Po pierwsze nie jest to pierwsza publikacja tego typu na polskim rynku wydawniczym.
      Używając pierwszej lepszej internetowej księgarni.

            Paweł Lipiec, Łukasz Sosna - Książka Jak stworzyć najlepszy blog. WordPress 2.0 - 2007
            Grzegorz Mazurek - Blogi i wirtualne społeczności - wykorzystanie w marketingu - 2007
            Maria Sokół, Radosław Sokół - Blog, więcej niż internetowy pamiętnik - 2008
            Bogdan Krzymowski - Zaistnieć w internecie. Blog, galeria, witryna, aukcja, sklep - 2009
            Bartosz Sałbut - Inbound Marketing. Daj się poznać w Google, serwisach społecznościowych i na blogu - 2010

Pomijam wszelkiego rodzaju elektroniczne wydania (przed erą ebooków), ale trudno pominąć Pawła Wimmera.

      Powtarzanie, że internet to śmietnik jest truizmem - nie istnieją dostępne dla zwykłego zjadacza chleba specjalne filtry wyszukiwania, a właściwie filtrowania wyników. Nie chcąc też za dużo marnować czasu, wytwarzam opór materii stwierdzeniu, że książka Bloger jest pierwszą polską tego typu publikacją.

piątek, 28 września 2012

      Czytam i czytam. Jeszcze niedawną chwilą cieszyłem się z dostępu do różnorakich treści serwowanych w internecie. Koniec makulatury, którą za dodatkową opłatą firma utylizująca ode mnie zabierze dostając za to dotacje z UE. Koniec wydanych pieniędzy. Na jak długo? Właściwie nawet się nie zaczęło. Serwisy produkują w takim tempie informacje, że człowiek nie może skupić się na jednym tekście kiedy w czytniku pączkują następne unread.
      Tradycyjnie z ilością nie idzie jakość. Pomijam wtórność tematów, "dziennikarze" z szataniej łaski piszą i piszą i piszą. Dla mnie piszący to jest jeden organizm czasem piszący z żeńska czasem z męska. Nie rozróżniam serwisów takich jak antyweb, spider's web, chip, natemat, social press, press, idg, dziennik internautów. W tym samym czasie wszyscy zachwycają się ajfonem, plują na windows, że chmura jest fajna albo nie jest. Kolejny starup, kolejna impreza. Nic, nic i jeszcze raz nic się nie dzieje. I wszyscy piszą jako jeden organizm pisząco-czytający.

      Serwisy kopalnia wiedzy czy studio opinii... Czasem coś się przydarzy do przeczytania.

      Tęsknię za czasami, kiedy tekst był rzetelnie napisany. Przeszedł odpowiednią korektę, został zatwierdzony i dopiero wówczas poszedł w świat. Nie wiem komu się tak śpieszy, komu zostają te wszystkie nieistotne informacje w głowie. Słowa kluczowe apple, iphone, samsung, korea, ue, microsoft, test, recenzja jestem ślepy. Nie czytam dalej. Nie będzie nic nowego.

      Kilkanaście lat temu mówiłem - nie oglądam telewizji, oglądam filmy. Nie wiem jeszcze jak to sparafrazować na internet.

poniedziałek, 24 września 2012

      Tego było mi trzeba. Tak sobie pomyślałem wycierając się ręcznikiem. Nie wiem czemu mając wannę korzystam z prysznica. Być może z przyzwyczajenia albo zwyczajnie nie chce mi się pluskać tylko myć.

      W piątek skręciłem kolano. Dla odmiany prawe. Jestem wdzięczny za pomoc okazaną osobom, który były przy tym wydarzeniu. Pomogli nie tylko pilnując moich gratów czy żeby jakieś bezmyślne babsko nie zdeptało mnie kiedy leżałem na glebie czekając na pogotowie, ale też wiedzieli co i kiedy powiedzieć. I uwaga, muszę tu powiedzieć kilka miłych słów na temat mieszkańców miasta. Przez pół godziny co i rusz ktoś podchodził i pytał czy może w czymś pomóć, czy jest może "jemu" (czyli mi, miałem rzecznika, który pozwolił mi w godności ronić łzy z bólu) jest coś potrzebne.

      W szpitalu dla odmiany nikt nie traktował mojej drobnej osoby jak bezprzedmiotowy worek. Trafiłem na chirurga, która wiedziała jak sprawdzić ofiarę losu. Za zastrzyki przeciwbólowe jestem dozgonnie wdzięczny.
      Jak również kolejnemu człowiekowi, który odholował mnie na wózku do samochodu i zabrał wózek z powrotem do szpitala.

      Jeżeli ktoś z Was widział taką wielką sierotę z laską, a nie zdążyła Wam podziękować czynię to teraz. Dziękuję :*

      Również ludziom z pracy za pomoc oraz rehabilitantce. Ludkom z sieci również. Dziękuję.

      Niestety przede mną dalsza część zabawy z publiczną i prywatną służbą zdrowia. Leżąc na glebie zastanawiałem się jak będę chodził, no nic, koniec użalania się. Czas oblizać łapę i wziąć się do roboty.

      A teraz telepudło i mate.

wtorek, 14 sierpnia 2012

      Rozwój internetu i technologii związanych z tą siecią idzie do przodu. Z mojego punktu widzenia, punktu widzenia użytkownika stoi w miejscu. Z jednej strony dla wygody użytkownika interfejs do wielu usług jest dostosowany do przeglądarki (dodatkowo środowisko javy, dodatków jak flash). W zasadzie system operacyjny może być pozbawiony wszelkiego oprogrogramowania. Wszystko jest dostępne w chmurze, a jeżeli jeszcze nie wszystko to w najbliższym czasie będzie. Wydawać, by się mogło, że edycja zdjęć czy filmów musi odbywać się na komputerze. A tu niedość, że bez dodatkowych opłat (już niedługo) można wprost z kamery bez pośredniczenia dysku twardego machnąć film na jutuba. Po podesłaniu możemy zacząć edytować film. Narzędzia dostępne w serwisie są wystarczające, do podstawowej obróbki. Ze zdjęciami podobnie i całą masą innych rzeczy.

      Do czego więc nam jeszcze potrzebny komputer? Do gier? Głównie do przechowywania własnych zasobów elektronicznych, zdjęć, filmów i muzyki. Z rzadka coś przeciętny użytkownik robi więcej na swojej maszynie. Zatem wraz z rozwojem technologii wspierający faktycznie bierny sposób spędzenia czasu (aktywność na fejsie nie różni się od gadania do telewizora czy radia i przerzucaniem się między stacjami) komputer będzie uproszczony do terminalu - nie potrzebny duży dysk, zewnętrzne napędy wszystko będzie w sieci w chmurze. W tym kontekście zastanawiam się kiedy wrzuci się użytkownika do sieci, by przypadkiem nie połączył się z miejsca, z którym operator chmury ma na pieńku.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

      Czytając Młodego Technika (chyba jedynego faktycznie popularnonaukowego czasopisma nie licząc polskiego wydania American Scientific - Świat Nauki, wydawanych w Polsce) natrafiłem na coś co skutecznie do tej pory omijałem wzrokiem. Małe prostokąty z pytaniami odnoszące się do artykułu gdzie zostały umieszczane. Początkowo nie zrozumiałem ich idei. Ale oświecenie przyszło kiedy poszedłem na wskazaną stronę. Redakcja czasopisma przyjęła na siebie rolę edukatorską rozumienia tekstu pisanego.

      Odkrycie przyszło chyba późno. Nie wiem dokładnie, bo nie zbieram makulatury (poprawka staram się nie zbierać, bo roczniki Literatury na świecie rujnują feng shui mojego pokoju) i nie mam możliwości zweryfikowania swojej ułomnej spostrzegawczości, kiedy pojawił się ten konkurs "Mini-Quiz Czytam, więc wiem".

      Idea jest świetna. Jednak zaskakujące jest to, że czasopismo wzięło na swoje barki edukowanie tzw. technicznej części młodego społeczeństwa (choć nie wiem jak to faktycznie wygląda ze średnią wieku czytelników - wiem, że my zgredzi czytamy).

      Zastanawiające w tym ujęciu prasowowydawniczym gdzie się znajduje system edukacji. Owszem, takie pisma powinny wspierać edukację... ale nie powinny wypełniać jej braków, bo to nie jest ich rola.

niedziela, 5 sierpnia 2012

      W mediach konwencjonalnych nieśmiało się mówi o faszyźmie czy szowiniźmie, w niekonwencjonalnych (uogólniając) czyli internecie mówi się o tym wprost. Musiałem sobie sięgnąć do definicji wszelakich, by nie napisać jakiś głupot.
      U podstaw każdego faszyzmu jest nienawiść wobec swoich. Nie wobec przyjezdnych, nie wobec gości. Różnice w życiu seksualnym, bogatsze pochodzenie genetyczne (etniczne), inny kult religijny (w zasadzie każdy faszyzm ma podorędziu jedną religię, polecam samodzielnie sprawdzić którą) są tylko pretekstem - pominąwszy zewnętrzne różnice później dochodzą ideowe, światopoglądowe (choć z miejsca też negowane). Nie ma znaczenia, że to są ich ludzie, że są urodzeni w tej samej krainie. Nieistotne jest też to, że dla narodu zrobili więcej niż sami faszyści. Trzeba kogoś nienawidzieć, kogoś komu nie strach dać w mordę. Bo przecież Ruskie i Szwaby nawet na olimpiadzie leją mocniej.
      Nigdy tego nie rozumiałem zjawiska, że faszyzm szuka wroga wewnętrznego. Skutkiem czego jest fałsz w ich własnych szeregach, by przetrwać jednostki upodobniają się do siebie. Przepraszam, ale jeżeli kogoś nie chcę w swoich szeregach, to po cholerę stwarzać warunki, by jednak ktoś się taki znalazł.
      Dodatkowo zrzucając odpowiedzialność za siebie na barki przewodnika tudzież wielkiego wodza czy innego męża stanu, by pod czyimś batem radośnie wykonywać polecenia. Kolejne niepowodzenie? Znaleźć winnego i ukamieniować.
      Wyładować swoją frustrację, pójść dać komuś w mordę, zastraszyć kogoś widokiem łysej pały albo przyjść w grupie nastawionych nieprzyjaźnie ludzi. W jakim celu? Bycie kapo we własnej krainie, zaiste szlachetny cel sam w sobie, który pokaże ludziom w innych krainach, że należy się nas bać.

      Faszysta z ipodem w ręku, w chińskim podkoszulku, hinduskiej bandamie na pysku, wyznający idee byłego okupanta oraz religię siłą narzuconej przez antenatów byłego okupanta... nie ma nic bardziej kuriozalnego w mówieniu o tożsamości i narodzie (w kontekście nacjonlizmu lub/i szowinizmu) przez takich obywateli.

czwartek, 2 sierpnia 2012

      Zanim zacznę swój wpis właściwy, dwa cytaty.

Nikt nie miał u nas złudzenia, żeby bolszewicy pomimo ciągłych zapowiedzi pomogli Stolicy. W tych warunkach Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność?

generał Władysław Anders

Art. 13.
Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej

      Mój stosunek do powstania warszawskiego jest taki jak innych wychowanych w Warszawie za czasów PRL. Każde z nas chciało w jakiś sposób uratować Małych Powstańców, naszych rówieśników, którzy zginęli podczas walk w Warszawie. Nie patrzcie na to racjonalizatorskim umysłem. Dla dzieci bariera kilku dekad jest niczym. Nie wielu z nas pamięta jak się spinało, by nie ryczeć pod pomnikiem Małego Powstańca.
      I żeby nie było, z dzisiejszego punktu widzenia, poznanych kolejnych kart historii uważam to powstanie, jak większość za zbędne i niepotrzebne. I nie należy celebrować samego powstania, tylko udział wszystkich, którzy stanęli przeciw Niemcom (i bez przesady, żadne tam hitlerowskie).
      Poznałem, i jeszcze znam kilkoro ludzi, którzy uczestniczyli w wydarzeniach 68 lat temu. Potępiać mogę twórców powstania, a nie jego uczestników. Tym bardziej wczorajsze zachowanie prawdziwych polaków (celowo napisane z małej litery) jest co najmniej niestosowne. Obrażające pamięć poległych, żyjących uczestników powstania, oficjeli (choć do tych stosunek mam negatywny), uczestników obchodów, mieszkańców i na koniec mnie, warszawianina (jednego z wielu).



UPDATE link link link

środa, 1 sierpnia 2012

      Przed chwilą skasowałem tekst traktujący o kolejnym gniocie Nolana - Batmanie. Jednak przeczytałem na fb rzekomy cytat (nie chce mi się sprawdzać autentyczności) Coco Chanel "Aktem największej odwagi pozostaje samodzielnie myśleć. Głośno."

      Cudne? Nieprawdaż? Cały mój, już niebyły, wywód o durnocie jaką spłodził Nolan sprowadzała się do tego, że ludzie, którzy mają odwagę powiedzieć to co zobaczyli (w moim przypadku 2,5h materiał do ziewania) są przez innych postrzegani jako zidiociałe nie znające się na wielcej sztuce małpie pomioty. Nie wiem czemu małpie, ale fajnie brzmi.

      Lubimy uważać się za bystrych i inteligentnych. Powołujemy się na statystyki, których nie rozumiemy. Wykazujemy idiotyzm innych. W tym wszystkim zapominamy o tym, że stastytki, na które się powołujemy są straszne. W tych 2% inteligentnych ludzi się nie znajdujemy. Nie znajdują się też znane osobistości. Te 2% inteligentnych ludzi, by trafić do szerokiego odbiorcy muszą... zgłupieć bądź uprościć komunikat. W tym kontekście popularność filmów Nolana świadczy sama za siebie. Inteligentnego obrazu nie pojmą ani proste, ani trochę bardziej złożone umysły (o tym czy trafi w gust nawet nie biorę pod uwagę). Zatem statystyka o liczbie inteligentnych ludzi świadczy tylko przeciw temu, że najnowsze dzieło Nolana jest inteligentnym filmem.

      Swoją drogą tak trudno przyznać się przed samym sobą, że lubimy głupie rzeczy?

wtorek, 31 lipca 2012

      PRL był i minął. Kiedyś była własność wspólna, a teraz?
      No właśnie. Kiedyś przynajmniej według przepisów było coś naszą własnością wspólną. Jako, że jako naród nie byliśmy zbyt pokorni (o dziwo dawaliśmy sobie świetnie radę kiedy byliśmy pod zaborami - lepsi zarządcy?), burzyliśmy się również na ową własność wspólną i tak nam zostało.

      Nie tak dawno prawicowe pisemko zaczęło się rozpisywać o tym co to jest leming i jak go można rozpoznać. Zabawne jest to, że opisali moich znajomych mających poglądy prawicowe. How sweet. Powiedzmy, że rozgorzała debata w mediach (temat zastępczy, bo po cóż pisać o naszych "wspaniałych" politykach, który przepychają w sezonie ogórkowym świetne ustawy np. o zakazie publicznych zgromadzeń - prawo o zgromadzeniach). I się okazuje, UWAGA!, że młodzi ludzie są egoistami, że patrzą na partykularny interes i mają w poważaniu własność wspólną. To naprawdę jest ironiczne. Ci sami, którzy są u steru niezmiennie od dwudziestu lat utrudniają obywatelom życie, gloryfikując wolny rynek (jednocześnie go kontrolując), plując na osiągnięcia socjalizmu (będę powtarzał jak mantrę w Polsce nie było komunizmu, a czepliwym proponuję doedukować się - socjalizm to nie tylko PZPR, towarzysz Bierut, kolejki i nagie haki w sklepach), teraz chcą, by ludzie (już nie tylko młodzi) mieli na względzie dobro PAŃSTWA, WSPÓLNE dobro.

      Po cudownych latach 90tych, gdzie zwykłe humanitarne odruchy były tępione przez regulowaną odgórnie gospodarkę nagle zaczyna się pomstowanie, że to nie o to chodzi, by być na swoim i patrzeć tylko na siebie i swoich bliskich. No cóż, idąc przykładem naszych polityków i kolejnymi przykładami nepotyzmu trudno traktować poważnie kogokolwiek z rządu kto mówi o jakiś wspólnym interesie i innych wartościach związane z Polską.

      Nie tak dawno (w zeszłym roku :) jeden z prawicowych przedstawicieli Tomasz P. Terlikowski napisał, że chciałby wychować swoje dzieci w taki sposób, by gdy nastąpi takie wydarzenie jak rozpocząte 1 sierpnia 1944 roku (dla niedouczonych powstanie warszawskie ATSD muzeum powinno unikać rusycyzmów: radziecki a nie sowiecki) wzięły w nim udział. I trzeba tutaj zaznaczyć, że nie chce, by coś podobnego się wydarzyło. Tyle oddając sprawiedliwości dla przeinaczonych jego słów w innych mediach. Ale co z tego wynika? Prawicowy polityk chciałby wysłać swoje dzieci na front? To są słowa, które nie znajdą potwierdzenia w rzeczywistości, i mimo politycznych animozji, nie życzę nikomu, by czyjekolwiek dzieci musiały w tak bezrefleksyjny udowadniać swoje oddanie ojczyźnie. Przypomina mi to scenę z Żywota Briana, gdzie oddział Judańskiego Frontu Ludowego popełnia zbiorowe samobójstwo.

      Swoją drogą jest to zabawne, że prlowska indoktrynacja (jeszcze się na nią załapałem) o oddawaniu życia za ojczyznę przysłużyła się przeciwnemu obozowi.

sobota, 28 lipca 2012

      Od kilku lat polscy, pożal się szatanie, fachowcy pracujący w różnej maści periodykach i serwisach poświęconych tematyce komputerowej plują z lubością na microsoft. Dosłownie rzygają komentarzami jaki to microsoft jest zły i beznadziejny. Ci sami, zaznaczam, CI SAMI używają jednego z faktycznie najgorszego produktu microsoftu czyli z xboxa, którą konsolą nie był i nie jest.

      "Fachowiec", który recenzując produkt skupia się na opakowaniu w kilku akapitach, a punkt odniesienia dla testów są gry jest gówno wart i tyleż są warte jego słowa.

      Kompletnie nie rozumiem tej debilnej nagonki. Wkrótce (czyli za trzy miesiące) ma pojawić się w sprzedaży Windows 8. Powiem tak, przy tych wszystkich komentarzach, opiniach fachowców i innych niedorobionych "dziennikarzy" wiem jedno. Będę stał w pustym sklepie, gdzie kupię swój egzemplarz Ósemki.

      Wiadomość napisana w notatniku pod windows vista, zainstalowanym 5 lat temu. System, który według tych samych fachowców jest beznadziejny, dziurawy i kulawy. Działa u mnie bez zarzutu... Ale ja jestem tylko użytkownikiem.

      I nius. Blizzard skrytykował Windows 8. W pełni rozumiem politykę tej firmy. Będą musieli chłopaki pracować po godzinach, by ich produkty działały i wspierały nowy system operacyjny. No straszne. Wiecie ile na tym stracą?
      Od przyszłego roku nie trzeba będzie biegać z papierkami do lekarza celem udowodnienia, że człowiek jest ubezpieczony. Nie trzeba będzie stawać na głowie i stresować księgowych, pamiętać, że jest to potrzebne... Ale... Rzeczywistość jest nieco inna. W niektórych przychodniach jest prowadzona polityka "płatne z góry", w innych klient ma 7 dni na dostarczenie dokumentu zaświadczającym o jego ubezpieczeniu. Placówka medyczna będzie mogła to zweryfikować przez internet. No wielkie łał. I świetnie. Tylko dlaczego nie wprowadzono tego 20 lat temu?
      Cała heca ma kosztować 77 000 000 zeta.
      Mam nadzieję, że sam zainteresowany będzie miał możliwość sprawdzenia czy przypadkiem jego rezolutny pracodawca nie postanowił na czymś przyoszczędzić.

      Zastanawiam się dlaczego polski obywatel musi biegać od urzędu do urzędu, żeby móc zweryfikować swoje dane lub o czymś się dowiedzieć. Internet mamy już brykający od lat. Wprowadzenie tego, poprawka sukcesywne wprowadzenie cyfryzacji biurokracji można było wdrażać naprawdę co najmniej 10 lat temu. Ja rozumiem beton i strach przez www, ale do diaska. Musieliśmy czekać na Boniego, by ten pchnął nas w kierunku cywilizacji?

piątek, 27 lipca 2012

Plagiat – zło! Było o tym, jednak nie z pierwszej linii frontu. Trudno zresztą się dziwić końcowemu oświadczeniu. Zaufanie współpracowników, a co ważniejsze zaufanie czytelnik zostało nadużyte.

czwartek, 26 lipca 2012

      W ubiegłym roku dojrzałem do tego, by rozpocząć romans z e-książkami. Romans nie należał do przyjemności, były wzloty i upadki. Głównie upadki. Próbowałem rozpoznać rynek. To co wówczas miał do zaoferowania nie powalało na kolana ani ofertą ani dostępem ani ceną. W tym wszystkim wiódł prym wielki nieobecny na polskim rynku kidle firmy amazon. Fenomen tego urządzenia jest podobny do fenomenu apple. Jest on adresowany do ściśle określonej grupy, w której nie ma Polaków. Amazonu nie ma w Polsce, i choć czekam na chwilę kiedy wejdzie na nasz rynek i przejedzie się po rodzimych wydawcach pokazując mu co to znaczy konkurencyjny rynek, to osobiście sam sklep mam w głębokim poważaniu. Po pierwsze, określone produkty nie były dystrybuowane na terenie Polski (ban m.in. na gry i programy komputerowe). Po drugie, nawet jeśli kupisz produkt i to legalnie, to nie masz co liczyć na OBOWIĄZUJĄCE PRAWO w UE i możesz pożegnać się z gwarancją - produkty amazon są sprzedawane lokalnie UPDATE podobno to się zmieniło, zatem śpieszę towarzystwo miłośników e-psucia oczu poinformować, by składali reklamacje. Po trzecie, nasi rodacy sprzedający książki w amazonie nagle zostali wyproszeni. Wyjaśnienia były dość kuriozalne, ale zrozumiałe. Zabawnym zdarzeniem był "błąd" skasowaniu użytkowników ich własności. Ale piar czuwa i wszystko traci rumieńce taniej sensacji.

      Kolejnym grzechem koncernu jest zachłanność. Kupując książkę elektroniczną to wielki brat decyduje na ilu urządzeniach będziesz ją miał, to wielki brat decyduje do ilu urządzeń będziesz mógł kopiować kiedy kupisz następny e-czytnik i jeśli wielkiemu bratu strzeli wyczyści zwartość Twojego kindla, a w wolnych chwilach mając dostęp do urządzenia sczyta sobie statystyki co robiłeś z ich urządzeniem. Choć bezprecedensowym i genialnym posunięciem było stworzenie własnego standardu zapisu eksiążki. Szary użytkownik nie ma pojęcia, że ów standard wymaga jedynie parsera i ma książkę przygotowaną na każde urządzenie.

      Obecnie na rynku istnieje zdecydowanie większa oferta adresowana do amatorów pustych regałów. I nie wiem czy jest sens jeszcze bawić się w ograniczanie kupna Polakom kindle. Mogą panowie (i zapewne panie, bo parytet musi być) z zarządu amazonu nieźle się zdziwić, kiedy inna firma będzie królować w polskich biblioteczkach.

wtorek, 24 lipca 2012

Napisałem o tym, że na jutubie nie ma ludzi zajmujących się kontentem. Przynajmniej takich, którzy by reagowali. Ok, nie napisałem. Bezrefleksyjnie rzuciłem pytanie w eter ;] Mamy odpowiedź. Imię i nazwisko z konta gmail. Cud, miód i orzeszki. Więcej na antywebie. Nie wiem jak to wyglądało wcześniej. Moje konta gmail zostały na siłę powiązane z kontem jutubowym z wymuszoną nazwą konta, wówczas nikt nie zaglądał mi do dowodu. Zastanawia mnie jak wygląda sprawa w krajach w których nie ma dowodów osobistych. Jak obywatele tych państw są postrzegani przez takie serwisy.

I druga sprawa. Co prawda podejrzewałem, że Maciek będzie pierwszy z wywiadem z ludźmi od projektu Żarko, ale pomyliłem się. Tutaj wywiad natemat.

sobota, 21 lipca 2012

      Może ktoś mi wyjaśnić... Ridley Scott, człowiek, który nie cierpi fantastyki zrobił trzy zajebiste filmy z gatunku: Alien, Blade Runner i Legend robi coś takiego jak Prometheus i mówi, że to nie ma nic wspólnego z Obcym, mimo że, cała heca opiera się na wątkach z Alien: Ressurection i androidowych wątkach z Alien? O Lexx nie wspominając, na końcu filmu brakuje jeszcze żywego trupa i frajera jako kapitana statku.
      Czuję się jak w South Park, chcę by mi Ridley Scott oddał 16 zeta, które wydałem na ten bzdurny film. Zatytuowałbym go "Poszukiwacze zaginionego moheru".

      Swoją drogą interesujące doświadczenie współegzystować z innymi, którzy nie inspirują a demotywują do jakiegokolwiek funkcjonowania.
      O Grażynie Żarko dowiedziałem się od Maćka vel MediaFun. Uściślając na jego blogu. Sam prawdopodobnie temtu bym nie rozkmninił, bo moja obecność na jutubie ogranicza sie do wrzucania głupot, a oglądanie głupot pozostawiam innym. Na jutubie trafiłem kiedyś na gościa, który wskazywał z zapamiętaniem na idiotyzmy zawarte w biblii. Trudno było się oprzeć i nie wysłuchać go do końca, ale poprzestałem na dwóch klipach. Widząc u Maćka Grażynę Żarko stwierdziłem, że oszołomów nie brakuje. Jego komentarz był dla mnie nieco dziwny, że to podpucha i powątpiewa w brak ingerencji/udziału w tym szoł innych osób. Co też znajdziecie w podlinkowanym poniżej materiale.
      Sam nie mam w zwyczaju czytać cudzych komentarzy. Co najwyżej opsikam lub strolluję wpis i do tego nie wracam (zazwyczaj). Było tak i tym razem. No z drobną różnicą, że nawet nie skomentowałem.

      Zobaczywszy the making of Grażyny Żarko uderzyło mnie to co pewnie MF zobaczył wcześniej, tę bezrozumną reakcję masy gówniarzy (spokojnie, wcale nie byliśmy lepsi od nich, tylko w wiekszości przypadków nie ma na to dowodów). Skolei reakcje na to, chociażby widziane na wallu fb... no cóż. Wzbijamy się na wyżywy elokwencji gnojąc małolatów, a przypomnijcie sobie jak witaliście w poniedziałek kolejny tydzień pracy. Naprawdę jest taka duża różnica między _nimi_ _tymi gimnazjalistami_?

      Prawie kilkanaście lat temu z jakiś tam badań dowiedziałem się, że dzieciaki, które urodziły się w popkulturze zalewanej reklamami, otoczonymi kolorowymi opakowaniami z prawie zerowym kontentem są bardziej odporne na fałsz/kłamstwa. Wówczas mnie to dziwiło. Teraz nie dziwi fałszywość tego założenia, które przez kilkanaście lat doświadczenia pracy z młodzieżą tylko się każdorazowo potwierdzało. Małolaty łykną wszystko, byleby było zapakowane w odpowiedni, atrakcyjny sposób. Nie widzę też powodu, by ich za to potępiać. Człowiek całe życie się uczy. Sami musimy to robić. Zarówno uczyć bądź przynajmniej wskazać kierunek. Jesteśmy świadomi? Dojrzali? Inteligentni? Jesteśmy społecznością? To do jasnej ciasnej zacznijmy to robić. Tylko bez tekstów "a za moich czasów". Bo za moich czasów 12-15latkowie pili spirytus techniczny, raczyli się kompotem (jeżeli to Cię śmieszy, znaczy się, żeś naprawdę młody), a ich rówieśnice dawały dupy za dżinsy z Pewexu.

      Projekt, który zrealizowało dwóch gości (zapewne Maciek jest w trakcie przygotowań z nimi wywiadu, choć nie wiem co mogą jeszcze mieć do do powiedzenia - wszystko moim zdaniem jest zawarte w prezentowanym przez nich materiale) jeszcze nie odznaczył swojej obecności w konwencjonalnych mediach. Pewnie pojawią się jakieś krwawe nagłówki (nie mam na myśli tylko li tabloidów). Rozdmucha się sprawę i... to czego się obawiam, próbę otwarcia oczu zakończy się kolejnym krokiem/ustawą cenzurowaniu sieci (i w tym przypadku trudno o inną reakcję) a idea gdzieś się ulotni. Karać! Karać! Karać I powiesić winnych!

      Swoją drogą fascynuje mnie bezkrytyczność serwisów internetowych, zwłaszcza tych z amerykańskim rodowodem. Absolutnie nie ma tam żadnych moderatorów? Żywych ludzi, którzy trzymali jakąś pieczę nad kontentem?

piątek, 20 lipca 2012

      Statystyki są w gruncie rzeczy fajną sprawą. Można uzyskać wiele interesujących informacji. Ale z drugiej strony w odpowiednich rękach, przy wszystkich możliwych wskaźnikach (nowomodnie z angielska indicators) można porażkę zaprezentować jak zwycięstwo. To nie musi być suchy fakt, że przegraliśmy. Lepiej. My wygraliśmy, bo zyskaliśmy więcej x punktu względem poprzedniej statystyki. Przy często olewa się więcej.
      Co oznacza dla przeciętnego obywatela słowo statystyka. To, że poszło coś o 60% w górę. Teoretycznie dla większości do policzenia w głowie, czyli połowa ceny plus coś tam. Ale kiedy mówimy o procentowym przedstawianiu cen, to serwisy informacyjne lubują się w podawaniu takich bzdurek "coś zdrożało o 75% względem wczorajszej podwyżki, która wynosiła 60%". Jak to większość odczyta. W dwójnasów. To, że coś zdrożało o 75% z (czyli wczorajszy wynik X+60% i z tego liczmy) lub że coś zdrożało 75% od podstawy (czyli od x).
      Język jest wrednym tworem i wymaga precyzji. Język matematyczny nie dopuszcza do mówienia "swoim językiem". Na coś takiego mogą sobie pozwolić osoby, które ogarniają tę precyzję.

      A co ze statystykami dalej. Patrząc choćby na statystyki tego blogaska. Co mi one mówią.
      Skąd były wejścia:
            Francja 69
            Polska 69
            Rosja 21
            Stany Zjednoczone 5
            Wielka Brytania 4
            Niemcy 1
            Ukraina 1

      Z jakich przeglądarek:
            Firefox 86 (50%)
            Internet Explorer 57 (33%)
            Opera 13 (7%)
            Chrome 11 (6%)
            Safari 3 (1%)

      Oraz z jakich systemów:
            Windows 162 (95%)
            Macintosh 6 (3%)
            Android 2.3.3 1 (<1%)
            Linux 1 (<1%)

      Francja? Chyba jakieś automaty. Polska znajduje odzwierciedlenie we wszystkich statystykach. Ponieważ Polacy używają najcześciej przeglądarki Firefox pod Windowsem.
      Stany Zjednoczone dominują na Macu/Windows i Safari/Chrome. I można sobie tak dłubać.

      Ale co to mi mówi o wchodzących? Nic. Owszem, mogę pogmerać w statsach i dopatrzeć się, że jakieś automaty z dziwnych stron agregowały treść blogaska. Ale nic ponadto. Nie wiem kto to przeczytał. Czy w ogóle czytał. Co nim kierowało. Co chciał znaleźć, i czy znalazł to u mnie. Sporo pytań, na które statystyki blogasków nic nie powiedzą. Jeżeli bym szukał reklamodawcy, to co mu te dane powiedziały. Zapewne niewiele. Można bawić w śledzenie odwiedzających... tylko co to naprawdę ta. Statystyka będzie służyć rachunkowi prawdopodobieństwa i wszystko będzie uśredniane, a to co nie będzie pasować do wzorca zwyczajnie się oleje. Zresztą nie ma co się dziwić.

      Jest jeszcze inny powód, bardziej fascynujący. Kontrola. Wiedząc co było przedmiotem poszukiwań, i kto. Nie ważne, nawet personalnie. Człowiek nie występuje samodzielnie ani w kosmosie ani w przyrodzie (ergo kosmosie), więc jest częścią jakiejś zbiorowości. W zależności od zainteresowania można uśredniać liczby i wyciągać wnioski.

      Lata temu czytając cykl Isaaca Asimova - Fundacja, bardzo spodobała mi się koncepcja psychohistorii (nie mylić z Frodo do podtekstów seksualnych) i dla ułatwienia sobie zacytuję wpis z Wikipedii.

Psychohistoria to fikcyjna dziedzina nauki wymyślona przez Isaaca Asimova na potrzeby cyklu Fundacja.

Psychohistorią nazywa się również dziedzina badań nad szeroko rozumianym wpływem emocjonalności/osobowości jednostki na historię.

W życiu codziennym w środowisko psychologiczno-pedagogicznym psychohistorią nazywa się opis rozwoju psychicznego jednostki.

Z książki Preludium Fundacji dowiadujemy się, że psychohistoria jest jednym z działów matematyki, stworzonym przez Hariego Seldona, zajmującym się przewidywaniem zachowań zbiorowisk ludzkich poprzez ujęcie statystyczne. Warunkiem działania psychohistorii była niewiedza ludzi o tym, że są obiektem badań, gdyż w przeciwnym wypadku mogli zmienić swoje zachowanie, przez co przewidywania byłyby nietrafne. Psychohistoria pomogła Seldonowi opracować tzw. Plan Seldona, który jest główną osią fabuły książek z cyklu Fundacja.
      W tym ujęciu i na przestrzeni tysięcy lat. Jest to niesamowicie zajmujące. Nawet gdyby wziąć to pod uwagę tylko i wyłącznie w kontekście fikcyjnych wydarzeń.

      Zaś rzeczywistość... No cóż. Słuchając dra Frankowskiego nie sposób uciec od tego, że te wszystkie socjologiczne rzeczy łatwiej byłoby zamknąć w liczbach i przemielić je w matematycznej maszynce, by finalnie można było sobie statycznie analizować indykatory ;]

czwartek, 19 lipca 2012

      Kilka dni temu miałem chwilę na to, by przysiąść do tzw. sieci społecznościowych. Niezmiennie od kilku lat pewnym mię zdumiewem okrywa fakt, że owe sieci cieszą się popularnością. I w końcu istnieje też zwyżkowy trend dla systemów typu android (jak wyjdę w końcu poza gingerbread, może zmienię zdanie) czy ios, gdyż nie wymaga od użytkownika jakiejkolwiek refleksji poza bezmyślnym klikaniem. Skoro klikanie to można się poonanizować krótkimi komentarzami. Świetnie od jakiś dwóch lat wpisuję się w ten trend. Choć nie zwyżkuję personalnie, to prowadzone przeze mnie fanpejdże pną się sukcesywnie do góry. Pomijając, że nie prowadzę ofensywnych kampanii, ani też nie bronię się przed ewentualnym odpływem ocenę swoich działań postrzegam pozytywnie.

      Jak na razie pod względem kontentu znajduję się bardziej w G+. Z tym, że mam tam tylko dwoje znajomych. Co w porównaniu z ilością generowanego materiału porównawczego na fb wygląda komicznie. Nie mówiąc już o jakości a przede wszystkim szybkości generowania (będę litościowy) i udostępniania materiału. ATSD zawsze była ta zależność, że im mniej ludzi na danym serwisie, usłudze, technologii tym większa satysfkacja użytkowników. Poza tym nie czuje się też ciśnienia kolekcjonowania widzów. Jeszcze.
      Na fejsbooku same suchary. Zresztą jest to domeną polskich demotywatorów, klonów pokroju kwejka ("przed kwejkiem była soup'a"), by emitować suchary z radością na wallach fb. Pomijając polskie akcenty, ktoś kto bryka po zagranicznych serwisach widzi co najmniej kilka dni wcześniej owe graficzne dzieła.
      Kontynuując pod względem treściowym nie znajduję niczego absorbującego pod adresem pinterest, pod względem wizualnym, a i owszem. Siedzę i czasami mię zachwyt trzepnie. Podoba mi się to miejsce, które daje radę i można o dziwo przez grafikę/zdjęcie dojść do naprawdę interesujących miejsc w sieci. Ocena książki przez okładkę... Oh well, świat nie stoi w miejscu. Dąży zgodnie z naturalnym rytmem do uproszczenia.

środa, 18 lipca 2012

      Dzień rozpoczyna się gdzieś koło 3 nad ranem. Wtedy to ptaszyska wszelkiej maści zaczynają napierdalać swój letni koncert. Gdzieś w okolicach 7 firmy, których skąpi właściciele prowadzą działalność gospodarczą w mieszkaniu informują innych, że mają telefon komórkowy i "kurwa niech se w chuja nie leci, bo mu przyjebie". Do koncertu dołącza się fundacja na rzecz jakichś popierdolonych ludzi, którzy od rana do nocy potrzebują pomocy, afiszując to w dB. Koło godziny 10 zaczyna się koncert życzeń na tokarkę i piłę. Smród przypalonych wiórów czuć mniej więcej do 3 w nocy. Po godzinie 15 wracją melomani, którzy zmęczeni padają przed 1 w nocy. Pod wieczór dołączają do nich słuchacze stacji radiowych, telewidzowie, komputerowcy, których start komputera jest oznajomiony przez ryczące głośniki. Nie można zapomnieć o koncercie psów ujadających przez cały dzień, bo kiedy jeden padnie, odzywa się kolejny.

Dzień świra tudzież rege.

wtorek, 17 lipca 2012

      Człowiek rozsądny powinien wysłuchać opinii i samodzielnie przeanalizować fakty. Tej możliwości w polskiej rzeczywistości nie ma. Wszędzie otrzymujemy przetrawione informacje przez ośrodki rzekomej czwartej władzy, która manipuluje faktami. Program Marka Markiewicza Bumerang lubował się w telewizyjnych manipulacjach. Pokazany okrojony materiał i interpretacja wydawców informacyjnych. Suma summarum, polski widz dostawał gotową interpretację dziennikarza za fakty.
      Aktualnie nieco zawrzało, bo w Pulsie biznesu opublikowano zapis nagranej rozmowy Władysława Łukasika (byłego szefa gencji Rynku Rolnego) z Władysławem Serafinem (szef kółek rolniczych). Czy afera dotyczy, że opublikowano kontrowersyjny materiał. Bynajmniej. Aferę podnieśli dziennikarze śledczy. Ten zapis został pozbawiony komentarza (dokładnie tak jak mówiła okładka).
      Refleksja jaka mię nachodzi jest jedna. Po chuj komentarz? Po co mi blurowanie rzeczywistości przez dziennikarza forsującego swoje poglądy? Zainteresowani obywatele będą wiedzieli jak to odczytać. Reszta tradycyjnie - po swojemu. Komentarz wyjaśniający można puścić później, rozpoczynając nad tym wydarzeniem publiczną debatę. Ale tego nie uświadczymy. Publiczne debaty są zbędne, a to co teraz rozumie się pod tym określeniem, to inny rodzaj forsowania swoich poglądów.

      Denerwuje mnie od lat, jawne lekceważenie odbiorcy. Jako bezmózgiego obywatela III RP trzeba instruować i pokazywać jak ma reagować. Oczywiście istnieje wolność (przemilczę ten oksymoron) i obywatel ma prawo wybrać sobie takie źródło informacji jakie uznaje za odpowiednie. Na tej stacji będziemy lżyć lewaków, na tej prawicowych pachołków, na tej masonów, na tej żydów (wyznanie, nie naród dlatego małą literą). Dla każdego coś miłego. Oczywiście zajebisty ustrój demokratyczny mówi, że w kupie jest siła i ma rację ten kto ma największą widownię. Czyli porzucamy profesjonaliny obiektywizm, czy raczej dążenie do obiektywizmu i przedstawiamy fakty w sposób odpowiadający jakiejś grupie.

      Opatrzenie komentarzem suchych faktów powinno mieć na celu zwrócenie uwagi na aktualnie drażliwe tematy. Skupienie uwagi na istotnych elementach prezentowanych faktów. Inaczej będziemy te fakty rozpatrywać pod kątem bieżących wydarzeń a inaczej w odniesieniu do jakiegoś przedziału czasowego.

      Były (są) dwa wyjątki w postaci serwisów informacyjnych, które miały inną politykę. Teleexpress prezentowali od samego początku w lżejszej formie informacje. Oraz już nieistniejący serwis informacyjny na TV PULS, gdzie starano się emitować w pozytywny sposób informacje, a kiedy zdarzyła się tragedia nie komentowano tego z uśmiechem na ustach. Niestety dla polskiego malkontenta, który wszędzie widzi szubrawców poza swoim lustrem, ta formuła programu była nie do zniesienia.

poniedziałek, 16 lipca 2012

      Jeżeli mam ochotę przejechać się maybachem jak znany radiowiec, a nie stać mnie na niego, to nie idę z [ocenzurowano] rozwalić szybę w takim samochodzie, i podłączać się z notebookiem, by odpalić silnik. Nie. Nie robię tego.

      Jeżeli chcę przeczytać książkę, a nie mam na nią pieniędzy. Nie kradnę jej z księgarni, tylko idę do biblioteki. Ale już na etapie spaceru do biblioteki zaczynają się schody. To co mnie interesuje, nie znajdę w bibliotece. Za młodu i za PRLu (już niemłodego) należałem do KILKUNASTU bibliotek i trzeba było niekiedy miesiącami czekać na jakąś interesującą mnie pozycję. A teraz? Czas oczekiwania skrócił się od kilku dni do kilku tygodni (ale czas oczekiwania w miesiącach też się zdarza).

      Od kilkunastu lat istnieje jeszcze jedna opcja. Elektroniczne książki. Początkowo fani (niżej podpisany też brał czynny udział) przepisywali po kilka-kilkanaście rozdziałów i przekazywało dalej książkę do opracowania. Później ktoś to dzielnie ujednolicał. I w świetle prawa, wydawcy mogą nas cmoknąć w cztery litery. Lata jednak mijały i różnej maści technologie stały się dostępniejsze. Jednak też wymaga to pracy jakiejś osoby, która zeskanuje i optymalnie przejedzie publikację OCR'em. Czy jest złodziejem? Też nie. Kolejny buziaczek dla naszych odwłoków.

      Formalnie piractwo ma miejsce tylko w dwóch przypadkach, gdy nabywca publikacji dystrybuuje ją za opłatą bez uiszczenia określonych w prawie opłat autorowi lub właścicielowi praw majątkowych lub gdy udostępnia ją wszystkim zainteresowanym. Pierwszy przypadek najczęściej robią to sami wydawcy, którzy bez wiedzy/umowy sprzedają publikacje (jak na razie autorzy niszowi) lub zaniżają ilość drukowanych pozycji, by przypadkiem za dużo nie zapłacić autorowi. Drugi przypadek... no cóż. Znam wiele osób. Mam sporo ich książek u siebie w domu, który mi pożyczyli bym sobie przeczytał w wolnej chwili (bywają jeszcze takie?). A co kiedy znajomy chce mi udostępnić e-książkę za którą zapłacił? Może? Może!

      W czym zatem jest problem? W wydawcach. Jeszcze chwilę temu wierzyłem w bajki o tym, że koszt wyprodukowania książki jest duży i stąd ceny. Rzeczywistość facebook'owa mnie naprostowała, a żem niedowiarek to sobie dodatkowo sprawdziłem. Koszt druku konwencjonalnej (jeszcze) książki wynosi około 5 złotych (w zależności od wielu fizycznych czynników). I w zasadzie to jest jedyna różnica między książką papierową a książką elektroniczną. Magiczne pięć złotych. 50 złotych na papier, czy 45 złotych na kilka impulsów (z DRM - zabezpieczeniem, które o dziwo nie jest pogwałceniem prawa, ale łamie MOJE prawo, taki dziwny paradoks w polskim prawie). Zaznaczam koszt przygotowania e-książki i p-książki jest taki sam, ale koszt dystrybucji p-książki znacznie przewyższa koszt e-książki. P-książka leży w magazynie (koszt magazynu, pracowników pracujących tamże), ktoś ją zabiera (dystrybucja, koszt benzyzny, samochód, kierowca), ktoś ją sprzedaje (koszt księgarni, pracowników). A co z e-książką? Darmowa dystrybucja (możemy policzyć zużycie prądu i dostęp do internetu). Sprzedajemy to w internecie, a więc koszt utrzymania serwisu (nawet nie serwera) i pracownika. Jak się to ma do p-książki? Śmiesznie.
      Tradycyjnie zarabia na tym dystrybutor. Kilka lat temu jeszcze wciskali ciemnotę, że płyty CD są drogie, bo ich koszt wyprodukowania jest wysoki. Tak, stawiam znak równości między wydawnictwem fonograficznym a wydawnictwem książko-prasowym.

      Książki w wersji elektronicznej nie powinny kosztować więcej niż 10 zł brutto za sztukę. Koszt zarobku dla wydawnictwa byłby ~taki sam, przy zwiększonej sprzedaży. W bieżącej sytuacji rozsądny człowiek poczeka parę miesięcy i kupi tę samą książkę gdzieś na przecenie :P
      Ale ok. Rozumiem. Polaczek musi zarobić. Nażreć się zanim wejdą wielkie zagraniczne koncerny i zgniotą lub wchłoną lokalne wydawnictwa. Na pewno będę po nich płakać.

      Czy jest jakaś alternatywa? Czy są, przykładem zachodu, elektroniczne biblioteki pozwalające wypożyczać e-książki, które są do odczytu przez określony czas? Nie ma.

      Pomijam jeszcze jeden aspekt całej awantury sztucznie pompowanej przez "biedne" wydawnictwa. Są pozycje, które mają ograniczony nakład i jednocześnie nie ma ich w wersji elektronicznej. Mój ulubiony periodyk Literatura na świecie wychodzi jedynie w postaci papierowej. Odpowiedź na mój e-mail nie była radosna. Szczęściem, że biblioteka do której należę ma w swojej ofercie ów periodyk.

      I teraz druga strona medalu. Ludzie to taborety. Przykładem jest legalna muzyka w sieci. Ktoś w to wierzy? Że niby wystawca nie zaniża liczby pobrań? Zmyślam sobie? Do jasnej ciasnej ile, z Was otrzymało paragon za kupno wersji elektronicznej publikacji? Idąc dalej. Można kupić sobie kilka kawałków, jeden lub całą płytę. Czy ktokolwiek policzył ile to kosztuje? Koszt płyty jest znacznie niższy. Dodatkowo istnieją wyprzedaże, kiedy można kupić płyty taniej, z których samodzielnie można sobie LEGALNIE zrobić wersję elektroniczną.
      Nie powstało też nic co podwyższyłoby jakość utworów muzycznych dsytrybuowanych legalnie. Ktokolwiek zgrywał płyty winylowe (piracił!!!) lub kasety zauważył, że trzymanie się specyfikacji CD niszczy dźwięk (min. 16bit i próbkowanie 96kHz). W mp3 dźwięk jest przycięty. Skoro tak kochają muzykę, może zainwestowaliby w rozwój i rozpropagowanie nowego formatu od którego audiofilom spadłyby skarpetki
      W temacie muzyki w sieci proponuję zacząć śledzić dwóch panów Davida Bowiego i Prince'a i ich postępowanie względem elektronicznych dystrybutorów.
      Może coś pozytywnego na początek nowego tygodnia? Żyjemy, większość z nas ma co jeść i gdzie spać. Ma do kogo twarz otworzyć. Czy potrzeba czegoś więcej? Trochę nadziei na dzień dzisiejszy, że jutro będzie odrobinę lepsze dla nas i naszych bliskich.
      I na tym poprzestanę, bo jeszcze mi się przewróci tu i ówdzie :D

niedziela, 15 lipca 2012

      Zastanawiam się jaką mają wartość blogi z linkami. Brak możliwości przekopiowywania treści i umieszania interesujących fragmentów lub nawet całości psuje całą zabawę. Ruszyłem parę archiwalnych rzeczy sprzed kilku lat. Co kliknięcie w link 404 lub for sale lub zupełnie inna zabawa. Jaką to może mieć wartość poznawczą? Nie mówiąc już o archiwalnej. Mam dość dobrą pamięć do pierdół i zazwyczaj wiem do czego prowadzą linki sprzed 10 lat. Ale czy za 10 lat będę pamiętał dzisiejsze linkowanie? Wątpię. Wówczas treści interesujących w sieci było mało, a wartościowych było na tyle, że można było je ogarnąć. Bez agregatorów człowiek dawał sobie z tym radę. Teraz problem jest taki, że trzeba odfiltrować chłam od rzeczy, może nie tyle co wartościowych, ale interesujących i mające jakie istotne informacje. Przykładem takiego śmietnika jest natemat.pl. Kto korzysta wie o czym mówię. Tytuły chwytliwe, nazwiska nawet jakieś znane (niekoniecznie popularne) a co w środku? Klik, a tam review artykułu i podlinkowanie do niego. Jaki ma to sens? Po zastanowieniu jednak chyba, gdy popatrzę na sytuację z początku tekstu. Link gdzieś prowadzi, ale gdzie? Dlaczego wydał mi się interesujący? Do tego natemat.pl może się przydać. Innej wartości nie znajduję.

środa, 11 lipca 2012

      Dawno, dawno temu kiedy o pisaniu bzdur i ich publikowaniu mógł tylko zamarzyć. Czyli nie było dostępu do jakiejkolwiek sieci, grafoman mógł się co najwyżej wyżyć w brulionie kupionym w papierniczym (Miśku o ile ktoś kojarzy klimaty). Co odważniejsi, z większą zacięciem i pędzlem na ścianie mogli wymalować "głupi chuj". Twórczość uliczna była zdecydowanym aktem wandalizmu... brudas wysmarowany palcem na samochodzie nie robił wrażenia na kolegach, ale pojechanie po bandzie i zrobienie tego gwoździem. Ówczesny artysta oprócz uznania, mógł jeszcze liczyć na wpierdol od rodziców. Bo w dziwnej strefie życia bez komórek, internetu... zawsze się znalazł jakiś kabel.
      Ale rzecz nie o tym. Siedząc i skrobiąc kolejne tomy idiotycznych opowiadań, człowiekowi też coś strzelało z nudów, by prowadzić pamiętnik. Oczywiście zarzucany na rzecz innych, ciekawszych rzeczy (jak na przykład postawienie warburga na tylnym zderzaku). Dziwnym trafem ostały się zeszyty z dokonań szkolnych.
      Za serce mnie łapie, że ów niewykształcony gnojek, siedzący w fartuszku, do którego guziczkami przypięto biały kołnierzyk... już wówczas był wywrotowcem.
      Nie mogłem wówczas i nie mogę dziś zrozumieć polskiej historii. Owszem przewalenie się przez studia filologiczne (szczęśliwie porzucone) rozjaśniło kilka spraw. Jednak opór materii gloryfikacji ułanów pędzących na konikach z szabelkami na czołgi nie przemawiał ani wówczas ani dziś. Świętowanie jakkolwiek moralnie pozytywnych zrywów narodowych, tak idiotycznie zorganizowanych i przeprowadzonych, że aż żal dupę ściska... to nasi antenaci byli tak gł... bezrefleksyjni. Coś jak komentarz w którychś tam wyborach zostały skwitowane "Polacy głosowali sercem", a co moim zdaniem dosadniej zostało wyrażone, padło z ust radiowca "kurwa mać".
      Zatem od dziecka uczono mnie, że zajebiście jest ginąć za ojczyznę. Że super jest oddawać swoje życie w głupiej akcji. I należy świętować porażki, a wina nigdy nie leżała w nas tylko w kimś innym, z boku... a jak nie znajdowało się wewnętrznego wroga.

      Jesteśmy szczęśliwie republiką (dawniej Rzeczpospolita). Nie jesteśmy obarczeni jakimś królem, który naznaczony przez jakieś bóstwo każe robić to czy tamto. Mamy kiepską demokrację, gdzie lud niewykształcony (nie mam na myśli formalnego wykształcenia) głosuje nie sercem a d..., za każdym razem opowiadając się za kimś innym, kto sprzeda lepszy kit. Nie jest jeszcze źle... Niestety od kilku lat widać wschodzący trend gloryfikacji szlachty. Rozumiem, że w historii nawet w wersji PRL (żeby nie było wersję III RP też średnio łykam) nie podawało/podaje się faktów jak ludzie odebrali, gdy zaorano Polskę. Dotarłem do materiałów, że lud wówczas był zadowolony z jednego. Koniec szlacheckich rządów. Patrząc na te nieudane zrywy, powstania należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy - przede wszystkim czynnik ekonomiczny (tego nie będzie w historii w wersji lite). Co i kto na tym miał zyskać, a kto za to zapłacił. Dość zabawne kiedy porówna się ówczesne podejście, czasami nawet język był bardzo podobny z tym co nam się serwuje w mediach. W materiałach tkwię, bo jakkolwiek wyjaśniają wiele to mój wrodzony sceptycyzm nakazuje mi również w nie wątpić ;]

poniedziałek, 9 lipca 2012

      Kolejne zdziwienie. Śląsk pod wodą. Ktoś zdziwiony? Nie ja. Wystarczy trochę geografii, trochę wiedzy hyrdrologicznej i leśnictwa... Ok. Rozumiem to już przekracza możliwości pojmowania naszych polityków. Bo kogóż tam mamy? Samych inżynierów, nie? I wszystko co te komuchy było złe i niedobre. No tak. Tyle, ze gdyby panowie ekonomiści, prawnicy, administratorzy, politolodzy wykształcili się jak od 20 lat walą propagandą, że potrzebni są wykwalifikowani robotnicy mieliby jakąś przydatną wiedzę. Ale cóż. Balcerowicz przeprowadzając reformy na organiźmie żywym stwierdził, że w globalnie rozwijającym się świecie nie potrzebujemy kształcić na określonym poziomie (luźno cytowne z pamięci blisko dwadzieścia lat temu z wypowiedzi ówczesnego ministra finansów). Wracam do tematu. Odkąd nastała wolność głupoty i nic nie robienia, jesteśmy okresowo nawiedzani przez powodzie, ulewy i inne takie. Wszystko próbuje się tłumaczyć efektem motyla, że ktoś w Ameryce Południowej nasikał do sadzawki to u nas jest ulewa. Poniekąd tak jest, ale można temu przeciwdziałać. Wystarczy kontynuować prace hydrologiczne w skali kraju realizowane po '45 roku.
      Nie chce mi się po raz setny pisać i wypowiadać, gdzie jest problem. Jeżeli teraz rozpoczęlibyśmy prace sytuacja w Polsce za dwadzieścia lat wyglądałaby nieźle. A tak? Czy naprawdę muszę się powtarzać? Brakuje w Europie wody. Czy tego nikt nie widzi czy nie chce widzieć?
      Cisco Connect Cloud stała się faktem. Jeszcze chwilę temu opisałem potencjalne zagrożenia. A teraz? Nie obejrzysz sobie pornosa ani nie ściągniesz plików z sieci. Początek wielkiej cenzury.
      Zastanawia mnie kiedy słuchanie i oglądanie będzie nielegalne. Już sobie wyobrażam ludzi, których nie stać na licencje patrzenia i słuchania biegają z zasłoniętymi oczami i uszami z białymi laskami. Poniekąd tak się dzieje. W kieszeni iphone, w ręku kubek starbucksa... I nie byłoby nic w tym złego. Jednak kiedy wyciągam swojego lg, żeby sprawdzić pocztę jestem jak kosmita na innej planecie. Potępiamy kasty w Indiach, a co sami uprawiamy we własnym ogródku?
      Sytuacja z życia. Siedzę i grzebię w sklepie szukam diabli wiedzą czego. Przychodzi delikwent, któremu zepsuły się słuchawki. Sprzedawca poleca mu kossy... ale nie mogą być, bo przecież ma ipoda. Koleś spokojnie mu tłumaczy. Nie za bardzo widać czy ów klient rozumie. Po chwili łapię się, że uczestniczę w rozmowie. Pokazuje mu białe słuchawki 4world. Człek ów jest zachwycony, a potem pada pytanie. No o takie mi chodziło, ale czy będą pasować do ipoda.
      Mam okulary, facepalm byłby nie na miejscu.
      Wracając do chmurki Cisco, niech ktoś mi powie, że się mylę. Proszę.

niedziela, 8 lipca 2012

     Wyobraźmy sobie świat przyszłości. Nie tak daleki. Mając w głowie doświadczenia ostatnich kilkunastu lat pracy w sieci.
Rok jakiś tam. Siadasz do terminala (coś jak zamknięty niedawno Minitel, tylko lepszy, bo ładniejszy, ale gorszy bo pod względem bezpieczeństwa dziurawy jak ser szwajcarski i zawodny, bo wszystkie wykonane zostały po kosztach). Nie masz systemu operacyjnego, ani dysku. Jedynie coś co roboczo nazwę kickstartem, łączącym się z Twoim profilem w chmurze gdzie masz wszystko. Znalazłeś jakąś książkę wrzuciłeś do swoich zasobów.
     Wielki amazon swoimi mackami dobiera się do konta, bo książka została udostępniona nielegalnie. Automatycznie wszystko masz wykasowane z konta (btw. amazon zrobił już to dwukrotnie). Zostaje zgłoszone właścicielowi chmury, żeś złodziej. Automatycznie zostajesz odcięty od chmury tym samym od wszystkich swoich zasobów. Nie możesz nawet anonimowo przeglądać sieci, bo według polityki facebooku i google wszystkie informacje są jawne. Chcesz założyć konto u innego usługodawcy. Nie możesz, bo IP terminala jest powiązane z systemem ios lub androidem.
     Myślisz sobie "oh well, to se pogram". Bierzesz tablet do ręki, gdzie usability zostało zamordowane, bo ergonomiczny kształt konsol przenośnych był do dupy i podwyższał koszty produktu, który kupiłeś za trzykrotnie większą sumę pieniędzy. Odpalasz grę, za której dostęp płacisz miesięczny abonament. Po chwili gra jest zablokowana. Informacja, żeś złodziejem z opóźnieniem dotarła do chmury z grami. Prewencyjnie zostałeś zablokowany, a namiary z check-in zostały zgłoszone na policję.
     A najlepszy dowcip jest taki, że tej książki i tak nie mógłbyś czytać. Zabezpieczona DRM, którego sam nie mógłbyś zdjąć boś za głupi a z drugiej strony musiałbyś pracować w programistycznej chmurze i po napisaniu, któtkiego programu zdejmujący zabezpiecznie poszedłbyś siedzieć, bo byś naruszył warunki licencji (oprócz nielegalne posiadania dóbr elektronicznych) oraz za naruszenie patentu pisząc program, który został opatentowany przez apple kilka dziesięcioleci przed twoim narodzeniem.

piątek, 6 lipca 2012

Łaaaaaa. Znowu mnie coś maca po sieci. Nie mogą się zapytać o co szyszunia bezpośrednio u mnie? I co znajdą? Głupoty rozsiewane przez lata. Chociaż to nie jest zły pomysł. Może coś upadło na żyzną glebę i coś z tego wyrosło ^^

Drodzy szperacze, którzy lubicie macanie przez sieć. Jak znajdziedzie coś fajnego dajcie znać :D A najlepiej jakbyście znaleźli opowiadanko BrowTreka w którym gościnnie wystąpiłem. Pliiiiiis :D
Spostrzeżenie, które staje się zajebistym spostrzeżeniem. Im dłużej używam sieci (teraz już głównie internetu) tym więcej czasu zajmuje mi ustawienia czegoś czego nawet nie można nazwać konfiguracją i coraz mniej mam kontaktu z ludźmi. Przez szajs typu fejs jest coraz trudniejsze najwiązywanie nawet wirtualnych kontaktów. Idiotyczne lajki, jedynki, tłity czy wykopy. Zostaliśmy już zgregowani po IP, każdy do każdego worka zwanym państwem. Kisić się we własnym sosie.

Bystre 20latki mają problem z ogarnięciem e-mailu. A podobno wychowani z siecią są bardziej kumaci. Interesujące spostrzeżenie.

Ciekawe jak będzie wyglądał kolejny bunt ala 'ACTA'... ach zapomniałem, już po japkach (gdyby byli twórcami byliby za ACTA, mieliby wówczas chociaż cień szansy na walkę z korporacjami).
Patenty nie dotyczą "internautów", ich żywot ogranicza się do klikania "like it". Istotne elementy świata polityki i biznesu ich ominęły.

Kolejny debilny (akutalnie) przepis EU. Możliwość odsprzedawania software'u. No bardzo logiczne, 10 lat temu miało to jeszcze sens. W chwili obecnej software jest w zasadzie darmowy, płaci się za licencję, a tej jakby nie patrzeć nie można sprzedać kiedy jest powiązana z kontem. W tym przypadku brakuje opcji wyrejestrowania produktu. Kolejny bubel prawny, który został wyprodukowany bez konsultacji. Oklaski. Za chwilę wchodzą zaawansowane gry dostępne w chmurze. Ciekawe co tam będzie do odsprzedania.

czwartek, 5 lipca 2012

Nowy dzień, nowe gówno... czyli modyfikacja wyglądu blogaska. Jakby to miało w czym pomóc.

Pierdu pierdu płać kartą i płać za płacenie

Rostkowski kombinuje co by część opłat za korzystanie z karty przenieść na klienta banku. Zastanawiam się w jakim celu. I tak mamy to wliczone w cenę, więc WTF. Prawda jest inna, a żaden burak znawca ekonomii się do tego nie przyzna, a lud ciemny albo prosty... w niektórych przypadkach jedno i drugie. Rzekomo ma to zmusić ludzi do korzystania z gotówki. Nie będę przytaczał argumentacji, która jest nielogiczna. Powód jest inny. W Polsce nie wiem ile, ale mamy chyba tylko jeden polski bank. Reszta banków ma kapitał zagraniczny - są tzw. córkami. Prawo bankowe w UE ma się zmienić jakoś tak, że córki mają podlegać bankom matkom i bank centralny danego kraju będzie miał mniejszą rolę... Szczerze jakoś mi się w to nie chce wierzyć, ale... Pomysł Rostkowskiego ma na celu ograniczenie przepływu elektronicznego pieniądza, zmniejszyć płynność pieniądze i zatrzymać go w obiegu dosłownie w naszych portfelach. O ile ludzie rozsądni nie korzystają z debetów, kredytów w życiu codziennym - dla nich problem nie istnieje, ale reszta, a jest ich zdecydowana większość (pomijam brak umiejętności ograniczenia wydatków czy fizycznie niemożliwości zarządzania domowym budżetem bez zaciągania okresowych pożyczek/kredytów) już tego nie potrafi. Co prawda nie wiem jak ma to wpłynąć na odpływ pieniędzy z naszego kraju. Jeżeli import przewyższa eksport znaczy tylko jedno, że potrzeby obywateli nie zaspakaja własny rynek, i nieprodukujemy nadwyżek (już patrząc tak super prostacko), które znalazłby odbiorców poza granicami, to w końcu musi dupnąć, że nie ma w naszym grajdołku pieniędzy, by kupować pokątnie kundla z amazona. Jakby też jestem ciemny albo prosty, choć pod pewnymi przypadkami tylko prosty. A to miało sie opublikować uhuhuhuuu durny blgospot.

Nie kupuję

Nie wiem kto komu co chce wcisnąć, ale nie kupuję kilku rzeczy. Truskawkowych jogurtów. Przykro mi, jestem wychowany na prawdziwych truskawkach i nawet kiedy rodzimy farmerzy zaczęli sprzedawać na ulicy chińskie mrożonki to dałem się nabrać na to dwa razy. Rezultat? Rynek okazał się w miarę inteligentny. Teraz jemy hiszpańskie (i jeszcze jakieś). Czasem można kupić nawe rodzime i nie obsiane magicznym białym proszkiem. Piwa. Na to nie ma mocnych. Nie rozumiem tego fenomenu. Piwo ubogi krewny prawdziwego alkoholu. Ileż się tego nie nasłuchałem, że piwa trzeba się nauczyć pić. Nie wiem gin z tonikiem, whiskey z lodem lub bez, podrabiany rum. Tego nie trzeba się uczyć pić. Piłki nożnej. Dwudziestu ludzików biegających za kropką, czas dostępu do kropki ograniczony do jednego użytkownika kombinującego, by wkopać kropkę w prostokąt. Rozrywka dla intelektualistów. Bardziej pasjonująca jest wyprawa w upalny dzien, by obserwować jak piją jaskółki. A ci, którzy lubią sport sami go uprawiają nie siedząc pacząc się w monitor czy grzejąc ławkę na stadionie. Religii. Pomijając cały aspekt racjonalności z nią związanej. Ale to jest jedyny produkt stworzony przez człowieka, który w cudowny sposób jest pozbawiony wad i nawet UE nie jest w stanie wydusić na firmie dystrybuującej gwarancji na dwa lata.

piątek, 29 czerwca 2012

Tak se patrzę na te dobrodziejstwa internetowe. Tyle fanpejdży, tyle pinterestów, a wszędzie jeden chuj taki sam. Sami pracujemy, by być zaściankiem. Multiplikujemy gówno z zachodnich portali, tłumaczy demotywatory i wrzucamy na swoje... wielcy znawcy internetu są jeżeli nie godziny to dni w tyle za niusami ze świata. Z elektroniki liczy się kindle - sami się płaszczymy za gównem, podobnie jak kilka lat temu z ajfonem. Dostajemy mniej za więcej. Zastanawiam się czy byłoby źle gdybyśmy byli państwem postkolonialnym, tańszy towar, lepsze oferty i usługi, nie wspominając, że uczylibyśmy się jednego języka, żeby być obywatelem świata. A to co wiemy musimy chować przed tymi co wierzą. Mamy tak od pokoleń, więc co za różnica?

sobota, 26 maja 2012

Nie lubię współpracować z ludźmi uważających się za zdolnych, lubię ludzi terminowych. Tacy będą siedzieli tyle ile trzeba, żeby zrealizować wszystko na czas - a nie pierdolić się z artyzmem i swoimi pojebanymi poglądami na świat. Zawaliłem przez jednego chuja dwie inne rzeczy, bo jemu się nie chciało robić, bo klient mógł mieć fantazję coś zmienić po drodze. Jakoś do tej pory nie wyciągałem konsekwencji, ale trzeba będzie pomóc w innych sprawach, bo chuj nie nauczy się inaczej.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Gógle znów coś odpierdala. Coś z hasłami dostępem do blogasków etc. Szczerze powiedziawszy mam tego dość. Nie chcą dać dostępu co już mam? Głupie ukłony członka w ich szerokie tylne ego.

środa, 18 kwietnia 2012

Kolejny e-mail od człowieka, który X czasu temu potrzebował ode mnie pomocy - kolejny spam, by oddać 1% jakieś fundacji. Gdybym nie widział jak "pracują" fundacje może bym się skusił. Btw. żebrać to w styczniu, a nie teraz.

wtorek, 17 kwietnia 2012

W nocy nauczyłem się nowej rzeczy programując w nieznanym mi dotąd języku programowania. Czasami przerażam sam siebie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Ok. To jest dość ciekawe. Nie mogłem zrozumieć czemu wszystkie kobiety wybrały bardzo złe zdjęcia. Znajomy powiedział, żebym spojrzał za okno. Szaro. I mam odpowiedź. Przebarwione, prześwietlone zdjęcia są stymulujące. Czyli należy dać na godzinę kalejdoskop do łapki a potem dać ponownie do oceny. Kombinując usiłuję sobie przypomnieć w jakiej porze roku był wyświetlany chiński gniot Hero... ;]

piątek, 13 kwietnia 2012

No tak. Po 14 latach przerwy zainstalowałem linuxa. Czuję się jak totalna blondynka i coś czuję, że ten stan szybko nie minie ;]

czwartek, 12 kwietnia 2012

Sie podrapać po nosku... znaczy gdzie indziej. Czyli *PIP* wiosna zaczyna odpuszczać i zaczyna się robić powoli lato. Na tekst "czy czytałeś mojego blogaska" odpowiadam "tak, jest osom!". Po co krytykować zanim się obejrzy? ;]

niedziela, 8 kwietnia 2012

Bu! Cierpię straszliwie. W zeszłym miesiącu pojawiła się nowa wersja Gimp 2.7.5... i jest zwyczajowo OSOM! Ale mi się nie chce dłubać pod Linuxem... niech kurna robią wersję pod Windowsem - za dużo muszę się przerzucać, żeby dodać - odjąć w innych programach... Grrr... Btw. są jakieś święta? Nie dostałem prezentu. Czyli nie ma świąt.

piątek, 6 kwietnia 2012

Kolejny pulpit w androidzie wypchany e-pismami. Jak na razie się przydaje to lektury na kibelku. Choć nie do końca, nie da się zgiąć i potraktować artykuł zgodnie z przeznaczeniem. Pewnie powstanie kiedyś e-papier do dupy.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Sezon rowerowy otwarty. Rama pospawana w jedną kupę, lakier wymaźnięty i pierwszy wiatr w twarz zaliczony... jest mi *PIP* zajebiście!!! ZAJEBIŚCIE ZIMNO!!! ;]

niedziela, 25 marca 2012

Przyjęło się w zaścianku nad Wisłą uważać, że złośliwość jest oznaką inteligencji. Dopieprzanie jest dodatkowo oznaką zażyłości. Nie wiem czy zauważyliście misie, że bagienny już z Wami nie rozmawia.

czwartek, 15 marca 2012

Dzisiaj na profilu www.facebook.com/wjakimkraju znalazł się link tutaj http://biznes.interia.pl/wiadomosci/news/woda-towar-luksusowy-zdrozeje-o-400-procent,1772334,4199 I wiecie co? Jestem cienkiej klasy specjalistą od wody. W dodatku nigdy nie pracujący w zawodzie... bo mam o tym pojęcie. Ale w czym rzecz. Nie będę tłumaczył co i z czego wynika, ale finał jest taki: Europę czeka susza. I to zajebista. W zasadzie już mamy jej niedobory, ale przemysł wodny jest dobry, tak więc wydaje się, że nam jej nie brakuje. A co właściwie najważniejsze? To, że będą podwyżki! Tak! Tylko to sie *PIP* liczy. Kolejny element do narzekania. Ale skąd się to wzięło? Dlaczego? Jak można przeciwdziałać? Nie. Będziemy chodzić na manifestacje, a rząd jaki by nie był rozłoży łapki i powiedzą "susza".

środa, 14 marca 2012

Nie. Mam to w *PIP*. Absolutnie od teraz zaraz. Rozumiem moderację komciów na blogaskach, ale do *PIP* nędzy nie będę się logował na każdy złamany blogasek, przechodził captcha, żeby zostawić kilka słów. Jesteście *PIP* dorośli, chcecie mieć kontrolę to moderujcie komcie SAMI SIĘ TYM *PIP* ZAJMUJCIE.

niedziela, 11 marca 2012

Dzisiaj doszedł do wniosku, że ludzie to parapety. Zdecydowana większość parapetów uważa, że jeśli ktoś umie werbalnie dopieprzyć to jest inteligentny. Mieszkam na nie na tej planecie co powinienem.

sobota, 3 marca 2012

Pożarli się i nie było seminarium. Kapitalizm vs. Socjalizm 1:0. Tylko po kiego grzyba wstawałem o 7. Machnięta strona. Przydałoby się teraz coś upolować do żarcia.

piątek, 2 marca 2012

Wolne... wolne... wolne... żadnego fiuta, który postanowił nadrobić tydzień opierdalania. Hmm. Cóż, może to i źle. Skaleczyłem świat swoją twórczością.
YEAH! W końcu wolny piątek. Co prawda nic z nim nie zrobię, ale w końcu.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Super! Blogspot otworzył swe podwoje! Wystarczyło zespamować kilka razy ptysiów z gugli i odblokowali iwil przeglądarki. Ale i tak nie mam nic do przekazania ;P

poniedziałek, 20 lutego 2012

Znów syf za oknem. Nie wiem komu przeszkadzało -20 stopni. A było tak przyjemnie. Teraz błoto na chodnikach, kapiący syf z dachów budynków. No cóż, karnawał chyli się ku końcowi i jakoś ten popiół musi zaliczyć głowy ateistów ;]

niedziela, 19 lutego 2012

Posiadając przypadłość intuicyjną w ocenieniu ludzi (nie taką dobry-zły) ale dostrzegając pewne cechy charakteru, które wpływają na zachowanie danego człowieka, staram się unikać ludzi z dużymi kompleksami. O tym, że je każdy ma jest oczywiste. Jedne lub bardziej tolerowane i jest to raczej zależne do człowieka, bo czasem pewna cecha drażni tylko w jednym człowieku. Znam takiego, pomocny do bólu, przy czym zjada go własna ambicja. Czasem zastanawiam się czy jest w stanie nie zrobić nic. Generalnie pomoc innym zasadniczo nie jest zła, zwłaszcza jeśli nie jest to niedźwiedzia pomoc. Jednak dla mnie ma znaczenie motywacja. Ambicja będąca imperatywem pomocy jest do dupy. To nie pomoc. To zaspakajanie swoich chorych potrzeb. Ale, że się pomoga i są z tego owoce to co w tym złego. Ano nic. Tyle, że nie chcę mieć do czynienia z kimś takim. Życie ma jednak inne pomysły. Ilekroć spotykam się z tym człekiem traktuję go jak powietrze, nie próbuję nawiązywać żadnego kontaktu. Z jego strony jest odwrotnie. I ta chora ambicja każe mu udowodnić każdorazowo, że jest w czymś lepszym ode mnie. Przestałem nawet odzywać się na zasadzie "tak masz rację, bierz wiaderki i grabki i spierdalaj do swojej piaskownicy". Jego otoczenie jest od niego w jakimś sposób uzależnione bądź zwyczajnie wdzięczne za pomoc. Jestem jedyną osobą, która nie chciała jego pomocy.

piątek, 17 lutego 2012

Po wspaniałych start-up'ach wszystkiego na wszystkim, czas by przejąć pałeczkę władzy ekonomicznej od staruchów. W sumie może to dobrze. Teraz jak grzyby po deszczu wyrastają grupy aniołów biznesu i venture capital. Młodzi, energiczni z doświadczeniem (bwahahaha) są... UWAGA! mentorami. Niech ktoś mi wytłumaczy, jak ktoś kto ślizga się po różnych korpo dzięki wstawiennictwu, nie mający pojęcia jak prowadzić firmę (w swoim mniemaniu ma), a jedyne pomysły jakie ma są to ukradzione starym kumplom? Skończyły się? Nie chcą gadać? Ale on ci doradzi. Podpiszesz umowę i da na biznes. Ile? 14000, 30000? A może 50000? No. Zajebiście. Sprawa patentu? www.uprp.pl/uprp/_gAllery/25/27/25274/Zmienione_rozporzadzeniem_Rady_Ministrow_z_dnia_26_lutego_2008.pdf przepraszam, ale nawet na papierki nie stykne (a to tylko Polska - EU jest tutaj www.epo.org ). Oddawać x lat życia i od jeszcze więcej pracy aniołowi w zamian za przypuszczalne mikropromilowe udziały? Niech sobie leży w szufladzie. Czytajcie, ciemny ludu te zajebiste umowy, które publikują, czytajcie! Kiedyś nie przeczytałem, a teraz tylko zgrzytam zębami kiedy o czymś w mediach usłyszę. Dbajcie o zęby i czytajcie.

czwartek, 16 lutego 2012

Z nosa kapie. Chęć do życia tonie w papierze toaletowym (mikrooszczędności na chusteczkach higienicznych). Dzisiaj uzupełniałem swój profil doświadczenia. Jako grafiko/rysowniko/tancerkagogo powinienem machnąć jakieś portfolio. Tylko za grzyba nie chce mi się. Jakoś średnio się widzę w roli pana grafika. W jakim celu? By później reperując swoje ego machać jakieś komiksy branżowe? W ramach obciachu zrobiłem se kursory na strony. Sie spodobały, to zrobiłem też trochę obciachu innym. Poważnie myślę, żeby zająć na poważnie obsypywaniem brokatem słit gifów.

wtorek, 14 lutego 2012

Walentynki ja? Że amerykańskie święto, że przeszczep? A ja się pytam, kto w mordę misie je przyjął? Durne nastolatki, które dupą kręcą, że to nie o to chodziło. Konstetowanie jest w modzie. A maruderzy poszczają się ze szczęścia kiedy dostaną jakieś życzenia czy przejaw sympatii. Zgniły zachód świetnie kontestuje dzień Świętego Walentego w uroczy i pozytywny sposób. Każdy każdemu, nie tylko swojej magicznej połówce. Rodzeństwo, rodzina, przyjaciele. Bo miłość to nie jest tylko li relacja partnerska. A zatem z okazji Walentynek życzę Wam pogody ducha i obyście znaleźli swoje szczęscie ;] To życzę Wam, których naprawdę lubię, a resztę niech szlag trafi ;P

poniedziałek, 13 lutego 2012

Dwulicowość znanych twarzy rozchodzi się po plebsie. Nie tak dawno żegnaliśmy poetkę (cóż za znajomość twórczości - cytując raptem jeden wers z tylu wierszy, miliony fanów [Like] pożegnało poetkę, na której twórczość ledwo mogli patrzeć w ponadpodstawowej... eee teraz to chyba się pisze ponadgimnazjalnej), teraz będziemy żegnać bohaterkę skandali, użytkowniczki alkoholu i narkotyków. Ale nic to, miała głos. I podobno są ludzie, którzy jej słuchali. Tym współczuję. Ale reszta? Pędzi do sklepu i kupuje to tomik, to płytę. W zawstydzeniu? Z poczucia winy? Czy zwykłego owczego pędu, bo nie będzie można niczego napisać na fejsie? "Tego się nie robi kotu"? Chociażby z szacunku. Mam nadzieję, że jedną i drugą artystką, media i wydawcy zbyt długo nie będą wycierali swoich mord. Tak, tak. Wiem, po śmierci akcje artysty zwyżkują.
Nie ma jak częsta aktualizacja ;P Co my mieliśmy? Kolejne rozczarowania PO. O muj borze! Nieprawdopodobna, znowu źli przy władzy. Czeci raz z rzędu. No nie wiem jak Wy, ale gdyby ktoś mnie wybrał po raz trzeci to byłbym zajebiście hepi i miał całkowitą pewność, że mam we wszystkim rację.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...