Przejdź do głównej zawartości
      Jeżeli mam ochotę przejechać się maybachem jak znany radiowiec, a nie stać mnie na niego, to nie idę z [ocenzurowano] rozwalić szybę w takim samochodzie, i podłączać się z notebookiem, by odpalić silnik. Nie. Nie robię tego.

      Jeżeli chcę przeczytać książkę, a nie mam na nią pieniędzy. Nie kradnę jej z księgarni, tylko idę do biblioteki. Ale już na etapie spaceru do biblioteki zaczynają się schody. To co mnie interesuje, nie znajdę w bibliotece. Za młodu i za PRLu (już niemłodego) należałem do KILKUNASTU bibliotek i trzeba było niekiedy miesiącami czekać na jakąś interesującą mnie pozycję. A teraz? Czas oczekiwania skrócił się od kilku dni do kilku tygodni (ale czas oczekiwania w miesiącach też się zdarza).

      Od kilkunastu lat istnieje jeszcze jedna opcja. Elektroniczne książki. Początkowo fani (niżej podpisany też brał czynny udział) przepisywali po kilka-kilkanaście rozdziałów i przekazywało dalej książkę do opracowania. Później ktoś to dzielnie ujednolicał. I w świetle prawa, wydawcy mogą nas cmoknąć w cztery litery. Lata jednak mijały i różnej maści technologie stały się dostępniejsze. Jednak też wymaga to pracy jakiejś osoby, która zeskanuje i optymalnie przejedzie publikację OCR'em. Czy jest złodziejem? Też nie. Kolejny buziaczek dla naszych odwłoków.

      Formalnie piractwo ma miejsce tylko w dwóch przypadkach, gdy nabywca publikacji dystrybuuje ją za opłatą bez uiszczenia określonych w prawie opłat autorowi lub właścicielowi praw majątkowych lub gdy udostępnia ją wszystkim zainteresowanym. Pierwszy przypadek najczęściej robią to sami wydawcy, którzy bez wiedzy/umowy sprzedają publikacje (jak na razie autorzy niszowi) lub zaniżają ilość drukowanych pozycji, by przypadkiem za dużo nie zapłacić autorowi. Drugi przypadek... no cóż. Znam wiele osób. Mam sporo ich książek u siebie w domu, który mi pożyczyli bym sobie przeczytał w wolnej chwili (bywają jeszcze takie?). A co kiedy znajomy chce mi udostępnić e-książkę za którą zapłacił? Może? Może!

      W czym zatem jest problem? W wydawcach. Jeszcze chwilę temu wierzyłem w bajki o tym, że koszt wyprodukowania książki jest duży i stąd ceny. Rzeczywistość facebook'owa mnie naprostowała, a żem niedowiarek to sobie dodatkowo sprawdziłem. Koszt druku konwencjonalnej (jeszcze) książki wynosi około 5 złotych (w zależności od wielu fizycznych czynników). I w zasadzie to jest jedyna różnica między książką papierową a książką elektroniczną. Magiczne pięć złotych. 50 złotych na papier, czy 45 złotych na kilka impulsów (z DRM - zabezpieczeniem, które o dziwo nie jest pogwałceniem prawa, ale łamie MOJE prawo, taki dziwny paradoks w polskim prawie). Zaznaczam koszt przygotowania e-książki i p-książki jest taki sam, ale koszt dystrybucji p-książki znacznie przewyższa koszt e-książki. P-książka leży w magazynie (koszt magazynu, pracowników pracujących tamże), ktoś ją zabiera (dystrybucja, koszt benzyzny, samochód, kierowca), ktoś ją sprzedaje (koszt księgarni, pracowników). A co z e-książką? Darmowa dystrybucja (możemy policzyć zużycie prądu i dostęp do internetu). Sprzedajemy to w internecie, a więc koszt utrzymania serwisu (nawet nie serwera) i pracownika. Jak się to ma do p-książki? Śmiesznie.
      Tradycyjnie zarabia na tym dystrybutor. Kilka lat temu jeszcze wciskali ciemnotę, że płyty CD są drogie, bo ich koszt wyprodukowania jest wysoki. Tak, stawiam znak równości między wydawnictwem fonograficznym a wydawnictwem książko-prasowym.

      Książki w wersji elektronicznej nie powinny kosztować więcej niż 10 zł brutto za sztukę. Koszt zarobku dla wydawnictwa byłby ~taki sam, przy zwiększonej sprzedaży. W bieżącej sytuacji rozsądny człowiek poczeka parę miesięcy i kupi tę samą książkę gdzieś na przecenie :P
      Ale ok. Rozumiem. Polaczek musi zarobić. Nażreć się zanim wejdą wielkie zagraniczne koncerny i zgniotą lub wchłoną lokalne wydawnictwa. Na pewno będę po nich płakać.

      Czy jest jakaś alternatywa? Czy są, przykładem zachodu, elektroniczne biblioteki pozwalające wypożyczać e-książki, które są do odczytu przez określony czas? Nie ma.

      Pomijam jeszcze jeden aspekt całej awantury sztucznie pompowanej przez "biedne" wydawnictwa. Są pozycje, które mają ograniczony nakład i jednocześnie nie ma ich w wersji elektronicznej. Mój ulubiony periodyk Literatura na świecie wychodzi jedynie w postaci papierowej. Odpowiedź na mój e-mail nie była radosna. Szczęściem, że biblioteka do której należę ma w swojej ofercie ów periodyk.

      I teraz druga strona medalu. Ludzie to taborety. Przykładem jest legalna muzyka w sieci. Ktoś w to wierzy? Że niby wystawca nie zaniża liczby pobrań? Zmyślam sobie? Do jasnej ciasnej ile, z Was otrzymało paragon za kupno wersji elektronicznej publikacji? Idąc dalej. Można kupić sobie kilka kawałków, jeden lub całą płytę. Czy ktokolwiek policzył ile to kosztuje? Koszt płyty jest znacznie niższy. Dodatkowo istnieją wyprzedaże, kiedy można kupić płyty taniej, z których samodzielnie można sobie LEGALNIE zrobić wersję elektroniczną.
      Nie powstało też nic co podwyższyłoby jakość utworów muzycznych dsytrybuowanych legalnie. Ktokolwiek zgrywał płyty winylowe (piracił!!!) lub kasety zauważył, że trzymanie się specyfikacji CD niszczy dźwięk (min. 16bit i próbkowanie 96kHz). W mp3 dźwięk jest przycięty. Skoro tak kochają muzykę, może zainwestowaliby w rozwój i rozpropagowanie nowego formatu od którego audiofilom spadłyby skarpetki
      W temacie muzyki w sieci proponuję zacząć śledzić dwóch panów Davida Bowiego i Prince'a i ich postępowanie względem elektronicznych dystrybutorów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Darmowe nauczanie

Czasem z jakiś powodów jestem zmuszony uczyć. W zasadzie nie jest istotne co jest przedmiotem nauczania, istotny jest obiekt, który ma się czegoś nauczyć. Istnieje takie przekleństwo „obyś obce dzieci uczył”. Kiedy je poznałem nawet nie zdawałem sobie sprawy jak brzydkie i wredne jest to przekleństwo.

Obiekt, który ma być uczony, zwykle jest pod przymusem. Może nie najlepsza motywacja, ale ja to nie szkoła i ocen nie wystawiam.  Pomijam zdolności przyswajania, bo z mojej praktyki to wszystko zależy od uczącego i chęci z drugiej strony. Jeżeli tej chęci nie m, nie ma siły, by ktoś się czegoś nauczył.

Zauważyłem też, że osobniki młode są wyjątkowo oporne na wiedzę. Zwłaszcza w obszarach wiedzy, które są przypisywane dla młodych. Dla czytających moje wypociny nie muszę tego tłumaczyć, bo niemal każdy z Was miał do czynienia z żółtodziobami nie mającymi o niczym pojęcia, z błędnym poczuciem zajebistości. Żeby nie było, istnieją starsze osobniki, które nauczyły się czegoś 30 lat temu i uwa…

Recepta online

Za młodu człowiek wyczyniał mnóstwo głupot. Zwłaszcza tych ekstremalnych. Przeskoczenie płotu 150 cm w biegu, wbieganie na drzewo czy przemykanie po dachach. Ale na starość zaczynają dobijać różne kontuzje... a tym śmieszniejsze są, że kontuzje nabyte podczas normalnego funkcjonowania. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że wystarczy potknięcie, by spieprzyć sobie przyjemność z życia. Nawet pijana baba za kółkiem, która bardzo sie starała wypisać mnie z listy żyjących, raptem spieprzyła mi jedno lato.

Tym bardziej wkurzające jest, że pomimo, w miarę racjonalnego dbania o zdrowie potrafi coś jebnąć co jest w genach. A potem te pigułki... Nie zapominam o ich wciągnięciu, ale konsekwentnie zapominam, zapisać się do lekarza, by dostać nowe. Dzisiaj przyszła mi w sukurs technika. Zamówiłem leki via inet. Zero czekania na wizytę. Zero siedzenia w przychodni. I jeszcze zadzwonią, żeby receptę odebrać. Jeszcze chwila a dostanę receptę elektronicznie a w aptece machnę internetem rzeczy NFC i aut…

25 lat keczupu

Jak każdy z nas, kto doświadczył przyjemności jednego systemu czy drugiego ma jakieś ale. Jeden i drugi posługuje się propagandą, trudno mi ocenić na podstawie dostępnych, która jest bardziej ohydna. Wydaje się, że dzisiejsza bazująca na najniższych instynktach, ale mogę wypowiedzieć się jedynie o tej, której doświadczam i która dotyczy mnie osobiście.

      Uprawia się z powodzeniem propagandę, że kiedyś było źle, Mordor, Imperium Zła i w ogóle. Ludzie mieszkali w barakach, byli niewolnikami systemu, nie mieli internetu, smartfonów i jedli chleb ze słoniną. Wskazuje się na okresy pewnych braków, jako okresy permanentne a nie czasowe. Udam głupka. Skoro jest tak super, po co marnotrawić czas, by pokazywać jak było chujowo?

      Zabawną rzeczą jest jeszcze porównywanie dzisiejszej sytuacji ekonomicznej i ówczesnej, rządzącymi się zupełnie innymi prawami. Nawet nie uwzględnia się w tych sytuacji jaka nastąpiła na świecie, które można skrócić do jednego słowa - globalizacja.

     …