wtorek, 30 lipca 2013

Koncik kólturalny...

Kino:
      Jeździec znikąd - nie jest to wariacja Piratów z Karaibów jak opisują to światli recenzenci. Westernem też go podobno nie można nazwać. Chociaż czemu nie? To w jaki nurt się wpisuje ów film? Od samego początku po sam koniec jest przygoda, osadzona w świecie Dzikiego Zachodu (spoko, Yul Brynner nie będzie strzelać).
      Nie wiem co można powiedzieć, by zachęcić do obejrzenia. W 150 minutach znalazło się wszystko co trzeba, bez zbędnych dłużyzn. Jest sporo dowcipu (sytuacyjnego, inteligentnego i tego głupiego); chwila refleksji oraz to co moim zdaniem jest największym atutem tej produkcji - panorama/przekrój, tego czym był czy raczej jak wyglądał Dziki Zachód (ale nie miejsce złudzeń, historycznym obrazem ani nie jest ani nie ma też pretensji do bycia takowym).
      Btw. nie warto czekać do końca napisów... on nigdzie nie dojdzie ;]

      Minionki rozrabiają - niefortunne tłumaczenie tytułu pierwszej części, przyniosły zgniłe owoce w drugiej. Wydawało mi się, że twórcy nie mieli pomysłu co zrobić z sukcesem, który zastał ich przy pierwszej części i postanowili upchnąć fabułę w tytułowe Minionki (żółte stworki pracujące dla arcyzłego Gru). Plakaty też nie pomogły, na których żółciło się do utraty tchu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się że Minionki dzielnie dzierżą drugi i trzeci plan nie wbijając się na pierwszy. Historia jest w dalszym ciągu o Gru i jego trzech adaptowanych córkach.
      Zdecydowanie polecam. Na sali słyszałem duszących się ze śmiechu ludzi... Po chwili ich już nie usłyszałem, gdyż sam ich swoim rechotem zagłuszyłem.

      Frances Ha - nie spodobał mi się ten film. Nie ratuje go fakt, że codzienność ujarzmiono w czarnobiałych obrazkach. Nie nadało temu ani grama sztuki czy poczucia towaru z wyższej półki (chociaż jak czarnobiały "ambitny" film to musi być Paryż... i jest Paryż).
      Historia dziewczyny, która przyjechała z miasta do większego miasta. Obija się po wynajmowanych mieszkaniach, próbuje realizować swoje zainteresowania (bo trudno nazwać to pasją). Dialogi jak w życiu, płaskie i nieciekawe. Frances nie ma nic do powiedzenia, ani do zaoferowania. Nie jest też szczególnie nastawiona na odbiór (w sumie dobrze, bo żadnego Yody się nie uwidzi). W filmie pada zdanie, że Frances jest "nieogarnięta" co najlepiej opisuje jej postać (niesamowite, ale jedno słowo oddaje cały charakter postaci). Nie ma dramatu, nie ma niczego co by na chwilę wyciągnęło mnie z agonii nudy, która mnie toczyła podczas seansu. I gdyby choć na koniec zginęła marnie można byłoby coś z tej produkcji więcej wyciągnąć. Ale pewnie o to chodziło, żeby pokazać coś co zachodzi w społeczeństwie na przykładzie jednej osoby.
      Zapewne raj dla socjologa.
      Dla muzyki Davida Bowiego warto zostać do końca napisów, ale nie wiem czy warto męczyć się cały seans dla listy płac.

      Obecność - była sobie para, która prowadziła różne badania w temacie nadprzyrodzonym. Para to nie H20 tylko Edward i Lorraine Warren. Jest to na tyle istotne, że na podstawie ich dochodzenia powstała książka Amityville Horror... która stała się kanwą dla historii i należącą obecnie do klasyki Horror Amityville (1979) ;] Ten obraz i nieco późniejszy Poltergeist (1982) stanowią bazę dla tej produkcji. Oczywiście wielbiciele gatunku zobaczą też Ptaki (1963) i Egzorcystę (1973)... od biedy można też wmontować Laleczkę Chucky (1988). Co zatem dostaje widz oprócz odgrzewanych kotletów? Na pewno nie dostaje "historii na faktach". Kawał niezłego horroru z dwoma poważnymi mankamentami. Pierwszy to "uhu wyskoczę i cię przestraszę", drugi to upiorne zjawy, nie wiem czemu Amerykanie tak uwielbiają nadmiar makijażu na twarzach aktorów odgrywających upiory, że niby im czegoś brakuje.
      Nie polecam ludziom, którzy dostają zawału na sam dźwięk skrzypiących drzwi ;] Srlsy.

      RED2 - zgredzi znów w akcji. Na mój gust warto zapoznać się z pierwszą ekranizacją (RED 2010) komiksu. Świetna komedia z interesującą obsadą: Bruce Willis, John Malkovich, Mary-Louise Parker, Catherine Zeta-Jones, Lee Byung-hun, Anthony Hopkins, Helen Mirren, Dean Parisot. Same nazwiska powinny być wystarczającą przynętą. A jeżeli dla kogoś to za mało to na dostawkę otrzyma nieprzyzwoitą dawkę strzelanin, spisków oraz bezpośredniej konfrontacji. No ciutkę przesadziłem. Nie samą akcją widz żyje, znalazło się też trochę miejsca na interesujący scenariusz.

      Bezpieczna przystań - tego filmu nie obejrzycie w kinie. Chyba, że będziecie mieli szczęście, tak jak ja. Czemu szczęście? Kojarzycie telewizyjne produkcje, które są dreszczowcami o scenariuszu: ona piękna i młoda, ale po przejściach i ma tajemniczą przeszłość; on - kochający ojciec, boleśnie przeżywający śmierć ukochanej żony; ją i jego zetknął los... coś zaiskrzyło i możemy o tym obejrzeć film ;]
      Chyba pierwszy raz miałem przyjemność obejrzeć taką produkcję w kinie. Dobrze się stało. Nie mogąc wstać i zrobić sobie herabty czy kanapki nie przerwałem sobie projekcji. W końcu to lekki film i takie tam. A dałem się normalnie uwieść, ogranymi emocjonalnymi chwytami, dałem się wciągnąć w historię, która w telewizorze zaabsorbowała raptem część mojej uwagi. Nie wiem jak w telewizorze, ale magia kina zdziałała cuda.

Książki:
      Grillbar Galaktyka - męczyłem, męczyłem i wymęczyłem. Nie wiedziałem, że jest to w ogóle możliwe, ale jest pseudo space opera. Bez polotu, wykorzystująca elementy popkulturowe ze światowej fantastyki Obcy, Diuna, Gwiezdne Wojny. Rozumiem, że miała to być rozrywkowa literatura, nie aspirująca do miana poważnej literatury. Ale coś co zostało uhonorowane nagrodą Zajdla przynajmniej mogloby stwarzać takie pozory.

      Czy istnieją w Polsce pisarze fantastyki, którzy nie uprzykrzają swoim czytelnikom lektury swoimi prawicowymi sympatiami? Mam wrażenie, że jestem dosłownie okładany podczas lektury rodzimych autorów hasłami "to jest be" "tamto jest be" "to jest cacy". No tak. Lemowi też się zdarzyło i paru innym też. Ale do jasnej ciasnej nie wszystkim! A jak popatrzeć na pisarzy romansujących z polityką o prawicowym kolorycie, która przy bliższym kontakcie razi czerwienią bardziej niż w obozach fanów Marksa i Engelsa. Ale to chyba wynika z konceptu - scifi "hurra radośnie, razem w gwiazdy pomimo różnic, dokopiemy wszystkim obcym" - fantasy "hurra za zabobony, króla i jego brzydką córkę a kto nie znami ten na gałęzi zawiśnie". Przyznam, że mię to nieco znudziło.

      Badania terenowe nad polskim seksem - jest to zbiór reportaży (dla porządku poniżej spis)
   Badania terenowe nad seksem grupowym - Jakub Janiszewski
   Antropologia płatnego seksu - Marta Szarejko
   Rozmowy o pożądaniu - Adam Szary
   Seks dzikich zwierząt - z dr. warszawskiego zoo Andrzejem Kruszewiczem rozmawiał Wojciech Staszewski
   Polak w gabinecie seksuologa - z seksuologiem i ginekologiem Tomaszem Leonowiczem rozmawiał Wojciech Staszewski
   Kobiece porno - z edukatorką seksualną Alicją Długołęcką rozmawiała Magdalena Grzebałkowska

      Chciałem skrytykować te teksty. Później dotarło do mnie, że publikacja ta, nie była adresowana do mnie. Adresatami są ludzi, którzy boją się pytać, a czasami też o tym rozmawiać. Z wiedzą na temat seksu nie rodzimy się. Nabywamy ją przez całe życie. Zatem zamiast tylko narzekać skupię się na pyzytywach.
      Trzy pierwsze teksty spokojnie można pominąć. Pierwszy traktuje o swingersach. Jest to chaotyczny zlepek wywiadów przeprowadzonych z ludźmi z określonymi potrzebami.
      Drugi to przedruk opinii z forum, na którym są oceniane prostytuki ze względu na jakość świadczonych usług (z jednego wpisu dowiedziałem się, że w Polsce prostytucja jest nielegalna - miałem nieodparte wrażenie, że coś mnie ominęło).
Trzeci o ciemnej stronie bycia księdzem, który odczuwa popęd seksualny. No straszne.
      Seks zwierząt był interesujący ;] Są też detale. Miałem przyjemność wielokrotnie uczestniczyć w spotkaniach z panem Andrzejem Kruszewiczem. Tekst wart uwagi, choć lepiej słuchać na żywo dyrektora warszawskiego zoo co ma do powiedzenia.
      Wywiad z seksuologiem jest niemalże instraktużowy. Wyjaśnia czym zajmuje się seksuolog i na czym polega różnica między psychologiem.
      Przy kobiecym porno okazało się, że nie jestem specjalistą od pornosów (smuteczek). Poznałem ciekawy pogląd na główny nurt pornosów i zrozumiałem, że nie dorosłem do rozmów o wizualnych stymulacjach płci przeciwnej (ponownie smuteczek).

Wystawy:
CSW Zamek Ujazdowski.

      Ekspozycja Muzeum zamku i szpitala wojskowego na ujazdowie. Sala w której odpalone wideo w żółwim tempie prezentujące zdjęcia o wojskowym szpitalu. Dałem radę przez pięć minut. Na ścianach kopie zdjęć z terenów na którym ZU. W drugim pomieszczeniu wyeksponowane różne akcesoria związane z funkcjonowaniem szpitala: strzykawki, igły, pudełka po lekach, parę fotografii.

      Wystawa Razem / Osobno wideoprojekcje. Szczerze, czasam mam wrażenie, że tylko dyplom ASP świadczy o tym, że to co robi dany człowiek jest sztuką. Uciekanie się do techniki jest tylko próbą zamaskowania braku warsztatu rzemieślnika. Być może o to w tym chodzi. Przedstawiona koncepcja kompletnie mnie nie przekonała.

      Wystawa Samolub według mnie najciekawsza. Prawdopodobnie ze względu, że przekrojowe czyli wyselekcjonowane prace Olafa Brzeskiego. Możliwość umiejscowienia odbiorcy w takim punkcie jaki mu odpowiada, a tym samym swobodę interpretacji to lubię. Jedynym zgrzytem, który odwiódł mnie od zaplanowanej koncepcji był rysunek... i rzeźba "pinokia" ;]

      Wystawa In Memory. Jak wspomniałem wcześniej, technika z dyplomem ASP tworzy sztukę. Bywa. No cóż, ale w tym przypadku miło wiedzieć, że szalejąc z projektorami stworzyłem dzieło blisko dekadę temu.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ludziom wydaje się...

      Ludziom wydaje się, że są chronieni, bo jest prawo, które na coś nie zezwala. Przypominam, że prawo nie zezwala na jeżdżenie samochodem po spożyciu alkoholu czy też parkowanie gdzie popadnie - a czy ono w tym zakresie przestrzegane?
      Oczywiście nie będę pisał o czymś tak trywialnym jak prawo, w końcu mamy demokrację (władzę ludu). A że nie potrafimy jako społeczeństwo z niej korzystać? Mamy przecież do tego prawo. Zanim jednak dorośniemy jako społeczeństwo obywatelskie, musimy zająć się prozą życia i zacząć myśleć o sobie jako społeczeństwie informacyjnym.

      Ludzie uważają, że jak czegoś nie robią to inni tego też nie robią... Tylko, że innymi mogą się okazać nasi znajomi. Wystarczy, że kolega lub koleżanka w radosnym uniesieniu wrzuci do sieci zdjęcie na którym po zakrapianej imprezie robicie coś wyjątkowo głupiego i możecie stać się bohaterem jakiegoś głupiego memu. Dacie radę i weźmiecie na klatę? Świetnie. A kiedy to będzie zdjęcie dziecka? Waszego dziecka? Pomijam fakt, co by owo dziecko robiło na zakrapianej imprezie robiącego coś wyjątkowo głupiego... ale się nie wtrącam w wychowanie Waszych pociech ;]


      Zorganizowana przez Fundację Dzieci Niczyje powstała kampania "Pomyśl, zanim wrzucisz" jest skierowana do rodziców. Idea jak najbardziej chwalebna. Można by zapytać czemu tak późno powstała, ale ja nie zadam tego pytania. Zamiast pytać, należy się z tym zapoznać. I nie tylko rodzice wrzucający zdjęcia swoich pociech do sieci, ale każda osoba korzystająca z internetu.

      Na stronie znajdziecie też podstawowy poradnik jak ustawić prywatność udostępnianych zdjęć i wideo (Facebook, Instagram, Picassa). Polecam. Sam miewam problemy z tym co gdzie się publikuje. Radosne aktualizacje na androidzie powodują, że moje zdjęcia bez mojej wiedzy były backupowane na sieci. Prosiłem? Byłem poinformowany o tym w regulaminie? Nie. A jednak się znalazły.

      Nie należy ufać technice. Jeżeli czegoś nie możemy sami zrobić, lepiej się zastanowić czy nie lepiej pokazać prywatnych zdjęć na spotkaniu face to face czy urządzić wideoprojecję w zaciszu domowym niż wpychać w sieć (drżę na myśl o wszystkich aparatach/kamerach z androidem na pokładzie, które "myślą" za użytkownika).

      Świadomość, że z Waszej strony zrobiliście wszystko, by zabezpieczyć swoje rzeczy osobiste (to nie musi być nic kompromitującego, jak zasugerowałem powyżej), może być niewystarczająca. Nie oznacza ona bowiem, że inni z nich korzystający z Waszych zasobów sieciowych uczynili podobnie.

piątek, 19 lipca 2013

Spokojna noc daje...

      Spokojna noc daje kilka mozliwosci, ktorych nie oferuje halasliwy dzien. Mozliwosc rozmowy, glownie z samym soba ;]

      Kiedy oznajmiono, ze bedzie zamykana usluga blip, nie wykazalem z tego powodu smutku.

      Blip jako jedna w swoim czasie z nowych uslug miala najwiecej funkcjonalnosci jakie pojawily sie w sieciach spolecznosciowych. Po pierwsze szybkosc i elastycznosc jaka dal twitter, wzbogacona o walor graficzny - mozna bylo nie tylko podlinkowac grafike, ale ja zaladowac i wyemitowac w strumieniu wizualnie, podobnie jak funkcjonalnosc pozwalajaca na odtwarzanie streamingu bez potrzeby przechodzenia do serwisu hostujacego. Kolejna funkcjonalnosc, choc teraz oczywista, byla mozliwosc sledzenia osob, ktorych sie nie znalo - niby oczywiste, ale sporo Polakow dalej nie wie o twitterze, bo wiekszosc swoja przygode z serwisami spolecznosciowymi rozpoczelo od naszej klasy czy facebooku. O tagach nie trzeba wspominac... ale jednak trzeba, bo one staly sie jednym z wielu powodow dlaczego blip stal sie bezuzyteczny (o tym za chwile). Dodatkowymi mozliwosciami blipa byla mozliwosc korzystania z serwisu za pomoca komunikatorow - gg oraz jabbera, nie tylko przez przegladarke - jak dla mnie najwazniejszy atut. Tej mozliwosci nie daje sztucznie pomopowana popularnosc siec google plus - do ktorej trzeba uzywac przegladarki, a w przypadku urzadzen mobilnych dedykowanego klienta. Tak na marginesie, szczerze podziwiam bezrefleksyjnosc ludzi, ktorzy polaczyli blogspot z google plus, zamykajac tym samym dostepnosc dla ludzi nie funkcjonujacych w swiecie google (tak, jest ich spora rzesza).

      Wracajac do tagow... Znaczna czesc uzytkownikow blipa zawlaszczyla sobie korzystanie z tagow, podobnie jak na youtube pojawily sie wojny (o ile na yt to jest walka o widownie, dzięki ktorej mozna miec pieniadze, tak na blipie chodzilo tylko o autopromocje). Dzieki tym ludziom, ktorym w duzej mierze udalo sie to osiagnac, skutecznie udalo się odstraszyc ludzi zewnątrz. Pal szesc, gdyby to byly moje spostrzezenia. Spostrzezenia ludzi nowych zaczynajacych zabawe z blipem byly podobne. "Jak to? Dlaczego z tego nie moge korzystac w taki sposob?" "A tak to, bo my tu jestesmy dluzej od ciebie i tak wszyscy robia". Genialne posuniecie. Drogi uzytkowniku, uzywales blipa i nie widziales tych wojen? Och... #smuteczek #zalpl #jebiemieto. Co mi przypomina, ze sa/byli uzytkownicy irca, ktorzy nie widzieli wojen ircowych ;]

      Sekularyzacja subkultur, zwlaszcza subkultur opartych na technologii, pozwala na rozwoj/adaptacje. Genialnym przekladem tego jest ICQ. Moim zdaniem pierwsza i jak na razie jedyna siec spolecznosciowa, ktora adaptowala sie do nowych wyzwan jakie niesie ze soba rozwoj technologii. Reszta ulega zapomnieniu, mimo ze, maja wielu jeszcze zwolennikow, a ci sa jak dinozaury. A finalnie zapomna o niej wszyscy kiedy sie je wylaczy i dinozaury wygina (ja, wylaczylem serwer irca, pozniej botnet utrzymujacy kanaly... ciekawe co sie stanie kiedy do serwerowni wejdzie pokolenie dzieci facebooka ^^) Nawet facebook zaadaptowal sie to tagow, ale czy dlatego, ze je mial twitter? Nie. Twitter to inna bajka - inna opcja, inna funkcjonalnosc i przede wszystkim nie jest alternatywa/konkurencja dla fb. Wprowadzil je google plus i ludziom sie to spodobalo, ze w stumieniu informacji mozna sie poruszac jeszcze w inny sposob niz tylko sledzenie ziomali i fanpage. Czekam jeszcze na wprowadzenie strumieni dla tagow, ale to wyniknie z potrzeby uporzadkowania aktualnie istniejacego burdelu. Inaczej, jezeli sie nie dostosuje to zginie.

      Mozna mowic o tym, ze utrzymywanie dwoch serwisow mikroblogowych przez jedna firme jest nieekonomiczne. Ale ja zadalem sobie pytanie dlaczego postawiono na wykop a nie na blipa. Dzieki ich uzytkownikom. Dziekuje, i dzien dobry. Czas spac ;]

wtorek, 16 lipca 2013

Chamie! Trochę kultury zażyj!!!

      Wolność i swoboda. W czynieniu niemiłego odpoczynku innym, a nawet pracy. To jest sport narodowy, przeszkadzać innym mieszkać. Naprawdę, nie da się siedzieć całą dobę ze słuchawkami na uszach. Stopery nie są aż tak skuteczne.
      Zatem spróbuję uaktualnić koncik kulturalny. Jak zaraz wyjdę i okażę swoje pokłady miłości temu kamieniarzowi od siedmiu boleści jak nic dostanę wyrok za wyjątkową agitację miłości wobec bliźniego.

Zen... cisza... zeeee... ku... ltury! Żesz do jasnej ciasnej!!!


Kino:
      1000 lat po Ziemi - nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że pisałem o tym filmie. Świetna produkcja science ficition. Co prawda fabuła jest równie rozbudowana jak we Władcy Pierścieni, z tą różnicą, że zamiast iść do dziury i coś zniszczyć to trzeba coś znaleźć. Jednak tutaj losy bohaterów mnie obchodziły. Tyle o fabule, a gdzie scifi? We wszystkim co się pojawia na ekranie. Wykorzystany motyw mistrz i ucznia pozwala na tłumaczenie specyfiki urządzeń, ale na szczęście na tyle, ile jest to potrzebne niezorientowanym, dla pozostałych jest mnóstwo miodu bez dodatkowego chrzanienia. Ale podejrzewam, że i tak trzeba byłoby wydać podręcznik w stylu "co słonko widziało", żeby zrozumieć zachwyt i gdzie tak naprawdę było sf w tym obrazie.

      Superman - wyjątkowo udana ekranizacja/adaptacja/remake. Historia trzyma się kupy (Nolan nie spieprzył tego jak Batmana, uff). Generał Zod - wygląda jak trzeba, rasowy trep. Lois - w końcu nie irytuje (w wersji od lat 70tych jej postaci brakowało tego czegoś). Udana adaptacja do współczesnych czasów. Świetnie oddane realia w jakich wychował się kosmita.
      Mankamentem jest 3D. Nałożenie obrazów jest rażąco źle zrobione. W 2D nie jest tak źle, tylko obraz jest mniej płaski (kto widział rozumie).
      Interesującym zarzutem z jakim się spotkałem jest to walka Supermana z Zoda i jego kompanią. Że piorą się po pyskach, otrzepują, wstają i znowu piorą. Niszczą miasto (YEAH! w końcu!!!). Być może konflikt jest zbyt rozwlekle pokazany, ale jak na mój gust stosunek "nic się nie dzieje i pokazujemy obrazki" do "ociec prać" jest zachowany prawidłowy. Fanom Supermana polecam z czystym sumieniem.

      Iluzja. Dynamiczny film o iluzjonistach, którzy mają do wykonania zadanie. I szczerze? To sztuka pokazać iluzjonistów w kinie w taki sposób, by zaskoczyć widza.

      World War Z - przerabiany z 2D na 3D, czyli parę zeta w kieszeni można zaoszczędzić i obejrzeć bez wbijających się w nos okularów. Oglądając ten film miałem wrażenie, że gram w Tomb Raider III, żeby rozwiązać zagadkę muszę się trochę poobijać po świecie.
      Świetne wejście. Wprowadzenie dramatu. Wojskowy dryl - dosłownie nie ma opieprzania. Mistrzowska akcja w Korei (czasem mniej znaczy więcej). Ale czegoś tutaj zabrakło. Zachwytu nie ma, ale na tyle mnie zainteresował, że sięgnę po książkę na podstawie której powstał. Zadziwiająco mało makabry.

      Pacific Rim - zajebisty :D I spostrzeżenie, fanom Transformerów nie wchodzi. Nie ma co się dziwić, bo ten film zjada wszystkie produkcje o megapotworach, megarobotach na śniadanie. Scifi jest tu zaadaptowane na tyle szybko, że nie ma czasu zastanawiać się nad pewnymi niedopowiedzeniami (przynajmniej mój wewnętrzny malkontent siedział cicho). A rażące błędy są pomijane, bo są efektowanie pokazane.
      Wokół wielkoludów zawsze coś się biega, lata albo stoi daje pojęcie o wielkości i niszczycielskiej sile potworów. Hong Kong w nocy daje popalić ;] Jeżeli chcecie parsknąć śmiechem, poczekajcie na napisach z obiektami czyde. 3D rządzi.

Serial:
      Mad Men - aktualnie na TVP Kultura. Lata 60te ubiegłego stulecia o agencji reklamowej mieszczącej się w Nowym Jorku. Seksistowski, niepoprawny politycznie, bez zbędnych ceregieli pokazany świat dominacji mężczyzn i rodzące się kariery kobiet w tym świecie. Serial z 2006 roku i chyba jeszcze jest kontynowany. Odcinki są emitowane od poniedziałku do piątku o godzinie 20. Polecam.

Książki:
      Kongres futorologiczny - lat... już wiele temu rozmawiałem na temat Lema. Miałem duży problem, by móc wgryźć się w twórczość Lema, ale nie ze względu o czym pisał... tylko jak pisał. Ale własna edukacja i wygrzebywanie co i to starszych tekstów, pozwoliła mi na tę swobodę, by czytać na całkowitym luzie nie cierpiąc gwałtu czynionym przez styl Mistrza ;] Powieść pochodzi z 1970 roku i dla klimatu czytając na ebooku... okazało się, że właściwym dla książki byłoby jej zjedzenie. Nieco ponad 100 stron a daje kopa ;]

      Adrian Mole 13 3/4. Sekretny dziennik - w dzieciństwie oglądałem serial na podstawie tej... eee książeczki (właściwie książeczek). Raptem 6 odcinków na pierwszą część i kolejne 6 na drugą. Niby tylko tyle i zapadło w pamięć. Nie miałem okazji jednak czytać sekretnego pamiętnika wcześniej. Teraz przymierzam się do całej serii. W nocy dla odmiany ja narobiłem hałasu rycząc ze śmiechu niemal przy każdym akapicie.

      cykl Malowany człowiek - bardzo, ale to bardzo rzadko zdarza się, że pojawia się fantasy, które jest interesujące, mające posmak oryginalności i nie będące li tylko protezą kultury Średniowiecza. Wątków wzajemnie się splatających jest całkiem sporo, ale nie na tyle, by się w nich pogubić. Jednak mankament jest jeden i to poważny... to się jeszcze, rwał nać, nie skończyło! Trzeba czekać cierpliwie na kolejne tomy, a że nie jest to proza G.R.R.Martina z zastępem asystentów piszących za miszcza, zatem na kolejne tomiszcza trzeba poczekać kilka lat.

      Przy okazji jestem na drugim tomie opowiadań o Conanie. I zacząłem czytać Grill Bar Balaktyka Mai Lidii kossakowskiej.

Wyjścia:
      W zasadzie żadnych. Nie obskoczyłem żadnego muzeum ani wystawy ani niczego... No może z małym wyjątkiem poszedłem na Dzień Francji na Francuskiej. Tam z miejsca zrobiłem komiks o rewolucji po swojemu... Było kilka zainteresowanych osób, jednego uczestnika poprosiłem o podesłanie swojego komiksu, ale jeszcze tego nie otrzymałem.
      Komiks rozszedł się w zdumiewającym nakładzie sztuk 10, przy czym każdy był indywidualnie podpisany ;]

I to by było na tyle :D

piątek, 12 lipca 2013

Jak się zwykło mówić...

      Jak się zwykło mówić, "czytam i nie wierzę". Naczelny polski hejter, boski mizogin, po prawdzie też mizantrop (ale zdania są podzielone) został specjalistą walczącym z hejtingiem. Co ciekawe, twierdzi, że trzeba to zdusić w zarodku.
Nie ma co się dziwić. Konkurencję trzeba eliminować.

      A na swoich blogaskach ani mru mru. Nie wolność słowa, tylko wolność kasy rządzi, bo sponsorzy trzymają krótko smycz.

      Żyjemy naprawdę w ciekawym kraju, że tacy ludzie zyskują poklask. W sumie słusznie, skoro bydło pragnie poganiacza z batem to sami go sobie wybierają. Ten hejter ma jedną zaletę, obraża wprost swoich wielbicieli (i w pełni na to zasługują).


      Tylko proszę wszystkich władców mediów, żeby nie stawiali mnie w jednym szeregu z tym osobnikiem.

czwartek, 11 lipca 2013

Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek...

      Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek czegoś co leżało koło muzyki (przynajmniej na dysku twardym). Średnio mi to wyszło. W chwili kiedy wyklarowała mi się koncepcja co i jak połączyć i co tam zepsuć... Program się powiesił. No tak, to musiało być tragiczne. Drugie podejście zniweczył mi hałas za oknem. I nie, to nie HGW z młotem pneumatycznym przepychała rynny, ani nie trzymała kilka psów na balkonie, ani też nie cięła "marmurów", które później wtórze przekleństw nie przyklejała na silikon czy na inne badziewie do ściany...

      Odpuściłem sobie. Na youtubie skorzystałem z gotowych muzyczek. Bardziej do obrazków pasowałby mi jakiś jazz, ale to co jutub miał do zaproponowania... to wypić i zapomnieć.

      Wczoraj poturlałem się do Lublina. Tutaj wideło, tutaj zdjęcia.

      Parę dni wcześniej do Kazimierza Dolnego (wideło i zdjęcia).

      Niby coś miałem napisać o tym, jak zajebiście mieszka się w dużym mieście, ale trudno się skupić przy hyphopie za oknem przy wtórze roka z lat 80tych... Rozumiem potrzeba pakowania kiepską muzą mózgownicy, ale jakoś inni nie potrzebują tego słuchać (przynajmniej w tym samym momencie).

      Poranki to z reguły najcichsza pora dnia. Nieznacznie zakłóca ją praca śmieciarzy i outsourcingowej ekipy udającej pracę dozorcy. O tej porze, kiedy Słońce niemiłosiernie wali po oknach, można zrobić wiele rzeczy... A ja lubię leżeć z książką w łapie przy świergocie ptaszarni za oknem.


      Około 100 stron przeszło ze świergotem, później dołączyły miejskie dźwięki...

czwartek, 4 lipca 2013

Dzisiaj byłem lepiej przygotowany...

      Dzisiaj byłem lepiej przygotowany. Nasmarowany zawczasu. Z powodu dużej dawki promieni UV za oknem wypacany byłem dodatkowo kremem z UV. I to też nie wystarczyło. Kolano jedno w porządku, drugie trochę mniej, ale turlam się przed siebie. Doturlałem się. Po godzinie stwierdziłem, że przydałby się jakieś ćwiczenia (ot, powód, by wpaść na siłownię pod chmurką).

      Turlam się. Pięć minut... Dziesięć... Piętnaście... I nie wytrzymałem. Spierdzielałem w podskokach. Myślałem, że zostanę zeżarty przez te suki w całości. A one poglumią i wyplują. W mordę XX Zabrakło mi jakiegoś spreja przeciw komarom. Ale obawiam się, że przy tej temperaturze z tymi wszystkimi chemikaliami na sobie (niby dla zdrowia i ochrony) stanę się żywą pochodnią ;]

środa, 3 lipca 2013

Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty...

      Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty, że to jakiś serwis się zamyka. Albo, że jakiś jest przez kogoś kupowany.

      Instagram kupiony przez Facebook. Blog przez Onet. Tumblr ma być kupiony przez Yahoo. Blip jest zamykany. Google Reader już zamknięty. Spokojnie, nie po raz pierwszy nie po raz ostatni. W końcu i tak jesteśmy wierni markom, nie?

      Co się zmieniło? Dużo. Przez kogo? Przez ludzi.


      Od początku. W latach 90tych, kiedy jeszcze macałem się z linuxem, powstała potrzeba zrobienia czegoś. To coś to było umożliwienie nietechnicznym dostępu do sieci. I nie wiem jak się to stało, że pojawił się w ogóle "autor" koncecji WEB 2.0 - ale cóż historię piszą zwycięzcy. Ale WEB 2.0 ma bardzo wielu autorów i bardzo liczne projekty, czasem tak pokraczne już na etapie koncepcji, mają dzisiaj wpływ na cały świat.

      Wówczas nikt nie patrzył na użytkowników jak na towar, który można sprzedać (vide Facebook). Patrzono na ludzi, ktorzy mogą wnieść do sieci swoje pasje, umiejętności z różnych dziedzin życia, ale przerastała ich technika - chociażby tworzenie prostych stron www. Patrzono też na użytkowników jak na klientów, którzy mogą wydać swoje pieniądze - ale to oczywiste.

      W końcy my - techniczni zaczęliśmy pracować nad tym, by ułatwić dostęp nietechnicznym.

      Pod koniec lat 90tych pojawiły się blogi. To nie było to czym są one teraz. Sztuka dla sztuki, adresowana wówczas do właścicieli łącz stałych. Nie miałeś łącza - byłeś okazjonalnym internautą na tyle ile pozwalał ci rachunek telefoniczny - zapomnij o blogowaniu. Jako ciekawostkę można podać, że to tradycyjne media spowodowały zmianę oraz techniczni tworząc platformy. Powstały fajne CMS i można było emitować się w sieć.

      Pojawiła się koncepcja wirtualnego miasta. Miejsca w którym użytkownik internetu będzie mógł zaspokoić swoje potrzeby - czytelnia, kontakty, tworzenie własnych publikacji, robienie zakupów etc. W szalonych wariantach zarabiać, kupować i sprzedawać.

      Pierwszą i (chyba) jedyną realizowaną taką koncepcją w Polsce był portal miastoplusa.pl, której właścicielem był operator komórkowy Plus GSM. W mieście każdy swój wirtualny domek (konfigurację, ustawienia). Była prasa, był czat, było internetowe radio RAM plus duże zaplecze do animacji użytkowników. Hitem było właśnie radio, podczas audycji można było czatować z prowadzącymi.

      Później serwis poszedł metamorfozę i stał się klonem serwisów, z których można było pobrać dzwoniki i tapetki. Za dutki oczywista.



                                                      hashtag #płakałempogronie


      I nastąpił koniec świata. Pojawił się Grono.net. Na rodzimym rynku był projektem, który miał coś zbadać. Później doklejono tzw. funkcjonalności m.in. forum, galerie (jakoś specjalnie za nim nie płakałem). Na innym kontynencie powstał Facebook. Gwóźdź do trumny.

      Obecnie zarzucono w tzw. cywilizacji zachodniej koncepcję wirtualnych miast, którą to bez żadnych problemów wprowadził rynek azjatycki. W skrócie logujesz się do miasta, zarabiasz i wydajesz.

      Przeczytałem przedwczoraj artykuł, tutaj powiedzmy wersja polska. Co to dla nas oznacza? Techniczni nie są już mile widziani. Techniczni mają sobie iść w piździec. Wszystko wskazuje na to, że idziemy w stronę zamkniętych serwisów (Facebook, Google+, MySpace). Trudno będzie coś wyciągnąć od wujka Gógla (chociaż częściej korzystam z Bing). Wujek nie będzie miał dostępu do autonomicznych serwisów (jak teraz nie ma dostępu do Facebook), w których by coś znaleźć trzeba będzie założyć konto.

      Dodatkowo od kilku lat zaczęto reglamentować dobro. Co ciekawe, my, którzy tego doświadczyliśmy w PRL doświadczamy tego ponownie. Jesteś z Polski? Kindle nie był dla Ciebie, teledyski, muzyka, filmy nie dla Ciebie. Coraz bardziej dają się we znaki niewidzialne granice państw w internecie. Szukasz czegoś - wyniki są dopasowane do miejsca w ktorym mieszkasz. Mogę zrozumieć np. zakupy, ale idee nie mają granic, a i te są skutecznie zamykane.

      Czemu się to stało? Pojawili się ludzie, bardzo dużo człowieków. Podobnie jak telewizja, internet dostosował poziom do użytkowników. Teraz internet podzieli sobie użytkowników - to internet będzie decydował co będziemy czytać, oglądać, słuchać. Będzie nam mówił, że skoro się czymś interesujemy to ta wiadomość jest dla nas (Facebook, i za chwilę dołączy do tego Google+).

wtorek, 2 lipca 2013

Jak co rano poszedłem...

      Jak co rano poszedłem policzyć śpiące kaczki. No dobra, nie tak rano. Dupy zrywać, by iść na kije aż tak bardzo mi się nie chciało. Sprawdziłem pocztę. Łaskawie nie odpisałem. Oznaczyłem spam. Poczytałem książkę. Dobiła piąta.

      Obejrzałem kawałek serialu. Pff... Wziąłem prochy. Dobiła szósta. TADA!

      Mogę bezkarnie wszystkich obudzić. Wyskoczyłem na kije. Idę... idę... idę... aż jak mnie nie pierdolnie szczęście.

      Miałem poniższą scenę z Ace Venturą przed oczami. Tylko ciutkę niżej, nie w udach, ale w kolanach. Myślałem, że żywcem mi kolano spłonie. Jakiś potwór się wykluje albo jaka inna bestia.



      Patrzę na te swoje cholerne kolana. Nic. Nic pulsuje. Nie zmienia koloru... A płonie.

      Iść przed siebie. Iść... nie kuleć, ani na prawą ani na lewą... Doczłapałem do domu. W zamrażalniku czekało na mie wybawienie. Włączam stoper, co by tych choler dla odmiany nie przeziębić. Maście oraz inne gluty jak u znachora. I tada! Kurwa przestało płonąć. Dzień, kurwa, dobry. Dzionek rozpoczęty.

      I jeszcze chłopaki od blogspotu (blogger) zrobili kolejne uatrakcyjnienie - edytor html jest mądrzejszy od użytkownika. HWDG

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...