Przejdź do głównej zawartości

I znowu marudzę o książkach

      Niedawno wyplułem się na temat zakupów. Teraz chciałbym napisać nieco o przedmiocie zakupów. Precyzując o książkach. Dzisiaj rozpoczęły się Warszawskie Targi Książki. Impreza już nie jest adresowana do przygłupów, którzy nie dość, że wydają pieniądze na książki to jeszcze je czytają. Odkąd powoli moda na czytanie (już czegokolwiek) wróciła, to już nie ma przygłupów, wytykania nas paluchami i robieniem sobie jaj. Każdy czytelnik, który nie potrafił oderwać się od lektury poza domem wie o czym napisałem. Ale bez gorzkich żali... swoją drogą to jest interesujące, że kilka razy w swoim życiu człowiek nieświadomie podąża za jakimś trendem ;]

      Mamy od kilku lat zwyżkowy trend publikacji nowych książek. Może ilościowo literatury światowej nie jest najlepiej, ale za to pod względem rodzimych tytułów jest super. Tyle... że taki stary pierdziel jak ja, wychowany może nie na dobrej literaturze, ale wymagającej od czytelnika czy to jakiejś wiedzy czy zaangażowania, nie jest tą mnogością tytułów usatysfakcjonowany. Z dziką rozkoszą pojeździłbym sobie po polskich tuzach mojego ulubionego gatunku science fiction, ale nie mam po kim ;] Raptem kilka nazwisk, które na dodatek nie powodują wypieków na twarzy na hasło "nowa książka X". Mamy za to od groma i ciut ciut pisarzy fantasy. Jakości jednak nie można oczekiwać. Choć w tym gronie jeżeli nie pod względem fabularnym to warsztatowym można znaleźć coś interesującego. Jako fan m.in. Isaaca Asimova nigdy specjalnie nie przykładałem dużej wagi do jakości pióra, za to do zawartej koncepcji już tak. Im lepszy pomysł, im bardziej złożony tym bardziej byłem szczęśliwszy. Dotyczy to też głównego nurtu, z którym zaznajamiam się na własną rękę od końca lat 90tych kiedy coraz rzadziej z obcojęzycznej fantastyki zaczęło trafiać pozycji na półki księgarń. Lubię fantastykę, ale wtórności czy rozdmuchiwania słabego pomysłu do kilkuset stron czy tomów zwyczajnie nie znoszę. Szkoda mi i pieniędzy i czasu.

      Po kilku latach obcowania z mainstreamem doszedłem do smutnego odkrycia, że jestem zwyczajnie za głupi na odbiór wielkiej literatury (czy jak kto chce wysokiej kultury). Nie pomógł w tym krótkotrwały romans z filologią polską. Choć cieszy mnie, że ktoś jeszcze celuje w lotne umysły. A jak wygląda sprawa z beletrystyką adresowaną do everymena? Słabiutko. Oj słabiutko. Doszedłem do wniosku, że tłumaczy się na rynek polski tylko głośne tytuły, a mniej znanych, ale znakomitych twórców już nie. Pomija się ich wskazując na ogół względy ekonomiczne, Moim zdaniem tylko po to, by nasze tuzy nie zbierały cięgów od takich malkontentów jak ja. Owszem jest większa szansa niż w fantastyce na naprawdę porządną powieść z interesującą historią i dobrze napisaną, ale ich autorzy dożywają powoli swoich dni.

      Czy mogę narzekać, że jest tak słabo bo pisarz prócz oswajania swojego demona musi jeszcze utrzymać siebie i nierzadko rodzinę i zwyczajnie chałturzy rozmieniając swój talent, doświadczenie na drobne. Dosłownie na drobne. Dodatkowo jest jeszcze obarczony dodatkową robotą, korektą własnej powieści. To też kosztuje... w zasadzie tyle samo co napisanie książki.

      Pisałem jakiś czas temu, że wyzbywam się książek. O dziwo po tym wpisie, znalazło się parę osób chętnych do wzięcia pod swoje strzechy makulaturę. Jednak nikt, ale to nikt nie chciał książek polskich pisarzy (które dostaję po dziś dzień). Pomijam książki Wiesława Myśliwskiego czy Jacka Natansona, które zostały mi niemal wyrwane z rąk ;] Innych pisarzy nie wspomnę, bo jakoś głupio mi pisać, że taki czy owaki znalazł swoje miejsce w śmietniku.

Komentarze

goldenbrown pisze…
Ponarzekam trochę;) Kiedyś ksiązka powodowała wypieki na twarzy, że oto "mam w łapie" coś wyjątkowego, zdobytego, wystanego, wyczekanego. A obecny nadmiar produkcji (jak inaczej to nazwac??) książek, doprowadza mnie do opadu wszelakiego.. Wchodzisz, człowieku do empiku, matrasiku, czy tp i dosłownie gubisz się od atakujących kolorowych okładek. Dobrze jest wtedy się ukierunkować i poszukac czegoś konkretnego, bo idzie zwariowac...
Nadmiar informacji, jak i towaru jest zdecydowanie gorszy, niż niedosyt.

A czytałes Neila Gaimana "Ocean na koncu ulicy"? Ciekawa ksiązka.. Była o krok od nagrody (Nebula), ale nie załapała się;) Zresztą, często bywa tak, ze te nagrodzone ksiązki wcale nie są takie dobre. One sa popularne, siedzą w modnym nurcie, ale czy są najlepsze? niekoniecznie.

Teraz zaczynam "Tatami kontra krzesła", takie cudo wpadło mi w ręce;)
bagienny pisze…
Zdecydowana większość nagrodzonych pozycji Hugo i Nebula nie jest wydawana w Polsce. Czasopisma o literaturze jak Science Fiction & Fantasy raptem ujrzało kilka wydań. To co pojawia się na półkach to podroby w stylu "Zmierzch" czy "Igrzyska śmierci". Mamy nadmiar chały, nie książek.

Ale! Z ostatnich _nowych_ odkryć mogę polecić cykl "Malowany człowiek" Petera V. Bretta. Ale to fantasy ;]

NIe czytałem, w pewnym momencie ten pan mnie znudził. Przetwarza istniejące koncepcje, opakowuje w swój realizm i podaje dalej. Zwyczajnie mam przesyt Gaimana na kilka lat ;]

W nagrodami to fakt, to jest konkurs popularności, jak w telewizyjnym szoł. Rodzime nagrody im. Zajdla olewam od kilku lat, choć kiedyś jeżeli zdarzyło mi się coś pominąć to sięgałem po nagrodzone tytuły. Później już to był masochizm ;]

Aktualnie czytam pierdy o analizie finansowej (bo muszę), w międzyczasie (po raz nty) cykl Ziemiomorze, "Mistrza i Małgorzatę" i książkę dla nastolatków "Mroczne umysły" Alexandry Bracken
zjedz_mnie pisze…
Brak przede wszystkim dobrych ksiegarni, które nastwiona sa na czytelnika, a nie na kupujacego. Empik zatrudnia mało rozgarnietych sprzedwaców, którzy bez komputera nie potrafia nic, ale to nic powiedzieć. Matrax zwyczajnie bojkotuję, bo nie ma po co tam wchodzić. A poza tym ważna rzecz, wypędzili z rynku mój ukochany traffic, gdzie byli ludzie, którzy wiedzieli gdzie pracują i po co. Z nimi nawet o książkach można było porozmawiać. Potrafili doradzić. Co do polskich autorów... cóż, zgadzam się w całej rozciągłości z Twoją opinią. Kupiłam raz książkę polskiej autorki, tak jakoś przeglądałam i trafiłam chyba na najciekawszy w niej wątek (ale kupując nie wiedziałam, że to jedyny ). Nie przeczytałam, poległam.
bagienny pisze…
A sprzedawcy (bo nie księgarze) to już zupełnie inna bajka. Nie wiem jakie kryteria są przy zatrudnieniu w empiku, ale obstawiam, że młody wiek. Bardzo młody. Matraxa nie znam, nawet nie kojarzę co to.

Traffic był zajebistym miejscem, bo nie tylko sklepem. Ludzie tam pracujący, byli zajebiści. Pomocni, a przede wszystkim znającym się dobrze na swojej dziedzinie. A w dziale muzyki pracowali fascynaci. Szkoda, że się skończyło.
W kwestii makulatury. U mnie książek przybywa rok rocznie. Lubię czytać i kupować książki - chociaż zgadzam się, że coraz ciężej jest coś dobrego upolować. Wyznaję zasadę, że książka żyje jak wędruje. (tylko przewodników turystycznych się nie wyzbywam) i kilka pozycji które są tylko moje, Co do reszty : poszedłem raz do biblioteki osiedlowej w Warszawie i pytam panią czy mogę trochę książek oddać za free. I co słyszę: a jakie to książki a czy zniszczone, muszą być w bardzo dobrym stanie i wydane tylko po 2000 roku. Kurde - jakie wymagania - pomyślałem i to w bibliotece publicznej. To stwierdziłem - niech się walą. I zawiozłem do mojego rodzinnego miasta, gdzie panie ucieszyły się, podziękowały i wzięły wszystko jak leci. Ot jakie to jest podejście do książki.
bagienny pisze…
Nie to, że nie lubię tego "procederu" kupowania książek. Ale fizycznie nie mam już ich gdzie trzymać. Mało, że ścian wolnych nie mam, to śpię na książkach a jak nie śpię to się o nie potykam. Zacząłem kupować książki w wersji elektronicznej, dostawać i takie tam. Nie będę wspominał o komforcie czytania, bo (dla mnie już) to oczywiste ;]
Dokładnie z tym samym się spotkałem w bibliotekach. Tyle, że jestem z Warszawy i nie mam innej opcji jak oddać lub wyrzucić.
Wieczne Miasto Bg pisze…
Brakuje mi zapachu książki, jak kupuję ją elektronicznie. Ostatnio wzięłam się profesjonalnie za publikowanie e-books i mimo, iź sprzedają się całkiem nieźle to jakoś myślę, że grzeszę. W czytaniu mam zaległości tyle książek leży odlożonych na boku, polecone, otrzymane w prezencie, zakupione na czas podróży....Nie potrafię wyrzucić książki bo to dla mnie świętość ale lubie czasem komuś "podrzucić". Niedawno zrobiłam taką paczkę książek anglojęzycznych i "podrzuciłam" do szkoły w Serbii .Kiedyś fantastyka (nie tylko książki) były na poziomie, teraz strach czytać/oglądać. Sorry ale lubie Lema i Zelaznego....z dzieciństwa jeszcze....
bagienny pisze…
W sumie to będzie trzy albo ponad trzy lata odkąd mam romans z wersją elektroniczną książki. I powiem, że nie brakuje mi tego zapachu. Jedyne księgarnie wokół mnie to empiki, tam mają wymemłane książki a nie pachnące "nowością" woluminy. Jest owszem (jaki cudem istnieje, tego nie wiem) księgarnia, gdzie są księgarze, ale wielu interesujących mnie pozycji nie ma. Te kupki mam w dalszym ciągu.
Jeżeli idzie o kinową fantastykę to się nie mogę zgodzić. Owszem prym wiodą durne X-Meny i króluje fantastyka krótkiego zasięgu. Ale w roku przydarzy się kilka interesujących tytułów. Mnie nie przepraszaj ;] Mam trochę nazwisk, które wywołują u mnie przyjemne dreszcze (i nie za sprawą E.L.Jamesa) i całkiem sporo jeszcze zostało pozycji z którymi chcę się zapoznać, jednak w języku polskim nie zostały wydane. Parę książek Żelaznego mam. Wanna? ;]
Wieczne Miasto Bg pisze…
Oh no ba Zelaznego zawsze! Tylko gdzie miejsce dla nich. Ja też miałam na myśli wszelakie Hunger Games i kolejne części Superman. Wartości nam szczędzą! A co do E.L.J to musiałam użyć wyszukiwarki, żeby zrozumieć o kim mówisz hahahaha. Nie w temacie jestem co trendy jest.
bagienny pisze…
Dam znać jak przygotuję kolejną porcję ;] Dzięki.
bagienny pisze…
Supermana będę bronił. Do dziś uważam, że taki kompletnie nieżyciowy bohater jest potrzebny. Film spełnił moje oczekiwania. W przeciwieństwie do Batmana Nolana, który został wypaczony blach...
Hunger Games... obejrzałem pierwszą część i gryzłem fotel przed sobą. Ten film był straszny, zero inteligentnej molekuły nie wślizgnęło się do scenariusza. A o rozrywce nawet nie było co mówić. Ale... te same historie muszą być opowiadane na nowo. Ale fakt spłycenia koncepcji (dalej nie chciało mi się szukać) z dwóch książek Kinga, do zrobienia czegoś tak głupiego.
Też nie wiem co jest trendy. Wiem, że czasem moje zainteresowania są trendy. Zwykle 10 lat wcześniej ;]

Popularne posty z tego bloga

Darmowe nauczanie

Czasem z jakiś powodów jestem zmuszony uczyć. W zasadzie nie jest istotne co jest przedmiotem nauczania, istotny jest obiekt, który ma się czegoś nauczyć. Istnieje takie przekleństwo „obyś obce dzieci uczył”. Kiedy je poznałem nawet nie zdawałem sobie sprawy jak brzydkie i wredne jest to przekleństwo.

Obiekt, który ma być uczony, zwykle jest pod przymusem. Może nie najlepsza motywacja, ale ja to nie szkoła i ocen nie wystawiam.  Pomijam zdolności przyswajania, bo z mojej praktyki to wszystko zależy od uczącego i chęci z drugiej strony. Jeżeli tej chęci nie m, nie ma siły, by ktoś się czegoś nauczył.

Zauważyłem też, że osobniki młode są wyjątkowo oporne na wiedzę. Zwłaszcza w obszarach wiedzy, które są przypisywane dla młodych. Dla czytających moje wypociny nie muszę tego tłumaczyć, bo niemal każdy z Was miał do czynienia z żółtodziobami nie mającymi o niczym pojęcia, z błędnym poczuciem zajebistości. Żeby nie było, istnieją starsze osobniki, które nauczyły się czegoś 30 lat temu i uwa…

Recepta online

Za młodu człowiek wyczyniał mnóstwo głupot. Zwłaszcza tych ekstremalnych. Przeskoczenie płotu 150 cm w biegu, wbieganie na drzewo czy przemykanie po dachach. Ale na starość zaczynają dobijać różne kontuzje... a tym śmieszniejsze są, że kontuzje nabyte podczas normalnego funkcjonowania. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że wystarczy potknięcie, by spieprzyć sobie przyjemność z życia. Nawet pijana baba za kółkiem, która bardzo sie starała wypisać mnie z listy żyjących, raptem spieprzyła mi jedno lato.

Tym bardziej wkurzające jest, że pomimo, w miarę racjonalnego dbania o zdrowie potrafi coś jebnąć co jest w genach. A potem te pigułki... Nie zapominam o ich wciągnięciu, ale konsekwentnie zapominam, zapisać się do lekarza, by dostać nowe. Dzisiaj przyszła mi w sukurs technika. Zamówiłem leki via inet. Zero czekania na wizytę. Zero siedzenia w przychodni. I jeszcze zadzwonią, żeby receptę odebrać. Jeszcze chwila a dostanę receptę elektronicznie a w aptece machnę internetem rzeczy NFC i aut…

Wpis z wulgaryzmami

Ręce opadają. Samochód na awaryjnych na pasie dla rowerzystów. Samochód wypuszcza kogoś... na pasie dla rowerzystów i wdaje się w pogawędkę. Samochód jedzie po ścieżce rowerowej. Samochód na światłach zatrzymuje się przed pasami... na ścieżce rowerowej. Samochód na światłach popycha rower. A wy się, kurwa, dziwicie, że rysują wam karoserie, łamią lusterka lub puszczają wiązki (nie chrustu)? Nie rysuję, nie niszczę, ale jeżeli jesteście n-tym jebniętym kierowcą w ciągu dnia, który łamie przepisy i utrudniacie mi jazdę - usłyszycie słówko prawdy lub dwa na swój temat.

Kiedyś nie mogłem zrozumieć, czemu znajomi tak przeklinają kiedy jeżdżą. Teraz rozumiem. Nie da się. Niby pajace (kierowcy samochodów), mają prawo jazdy, czyli musieli zdać egzamin a nie potrafią się stosować do przepisów. To takie trudne? Naprawdę?
Mógłbym jeszcze zrozumieć trochę luźniejsze podejście do przepisów, gdyby była zachowana jakaś kultura, głównie podyktowana bezpieczeństwem - nie przeszkadzania innym. I nie ma…