Przejdź do głównej zawartości

O jeden sklep za dużo

      Podobno ludzie nie lubią zakupów. Nie będę wnikał w jakie (spożywcze, ciuchy, techniczne, remontowe). Po całości. Najpierw jest problem z wyjściem. Potem ludzie, że są. I o zgrozo też chcą robić zakupy. To obsługa jest jakaś takaś. Potem, że nie ma tego po co człowiek ruszył cztery litery. I samo kupowanie. O maj gad. Po prostu zgroza. Tyle, że kiedy już się trafią zakupy, już się teleportowano na miejsce, ludzi mało, obsługa jak trzeba i jest to co człowiek sobie umyślił... to jakoś coś nie pasuje. Jeżeli ktoś na wstępie pomyślał, śpieszę z wiatrakiem do rozwiania wątpliwości, problem ów nie dotyczy tylko kobiet. Płeć brzydka też ma takie dylematy. Z moich obserwacji wynika, że wszyscy kochają zakupy.

      Ale o czym innym chciałem... Jest takie zjawisko, które nazywam "o jeden sklep za dużo".

      Niezależnie czy zakupy należą do udanych, czy posiadany kapitał finansowy został wymieniony na dobra. To jest nieistotne. Gdzieś tam istnieje jeszcze jeden sklep do którego w akcie desperacji lub w szale zakupoholizmu trzeba wejść. I to jest problem osoby towarzyszącej. Po przekroczeniu tego sklepu jeszcze nie jest zwiastowany dramat jaki za chwilę nastąpi. Zajmuje to chwilę, a subiektywne odczucie upływu czasu jest taki jakby minęły godziny. Człowieka, który jest albo ciałem doradczym albo towarzystwem albo bagażowym wkracza do strefy mroku całkiem nieświadomy. Dramat zaczyna się kiedy podjęcie decyzji, wybór wymaga werbalnej interakcji owego towarzystwa. I nie ma znaczenia, że kilka sklepów wcześniej jeszcze było czuć zaangażowanie, szczere zainteresowanie czy ten makaron ma niski indeks glikemiczny czy bluzka pasuje do pantofli albo czy ten superowy smartłocz jest niezbędny do podtrzymania życia.

      Następuje natychmiastowy shutdown entuzjamu, chęci, cierpliwości i wyższych uczuć ;] Pojawia się zmęczenie, zniechęcenie i potrzeba teleportacji gdziekolwiek poza zasięg sklepów. Dzisiaj to zaliczyłem ;]

      Swoją drogą będąc jeszcze w temacie bawi mnie kiedy ludzie twierdzą, że nie cierpią zakupów jako takich. Oj jak muszą cierpieć. Ale przeglądanie katalogów papierowych, online i dokonywanie zdalnych zamówień nie, to już nie jest to samo ;] Tylko w tym przypadku zawsze można pójść do kuchni po wymówkę ;]

Komentarze

Caddi Fredson pisze…
Dylematy, dylematy! Współczuję i rozumiem. Należę do tej kategorii w ogóle nie lubiących zakupów jako takich, gdyż należę do tych bagażowych idących krok za. Jestem przeszczęśliwy za każdym razem, gdy uda mi się wymiksować z tej przykrej koneiczności
bagienny pisze…
U mnie to zależy. Co prawda cenię samonapełniającą się lodówkę, ale czasem trzeba się do tego przyłożyć ;]
Caddi Fredson pisze…
No dobrze, ale czy nie mogą tego zrobić pozostali domownicy?:-)))
bagienny pisze…
Czasem coś wspominają o jakiejś rebelii czy innym przewrocie ;]
coachartur pisze…
ostatnio ćwiczę rozdzielanie się na zakupach
pomaga! nawet 3 minuty dają nowy power
pzdr :)
bagienny pisze…
Ekhym... a jest to aby legalne? ;]
goldenbrown pisze…
Trzeba odróżnić "zakupy" od "ZAKUPY". To pierwsze to tzw normalne zakupy, kiedy idzie się np do Manu po coś okreslonego. A to drugie to nic innego, jak łażenie, spacer wśród wieszaków, reklam i pogaduchy z przyjaciółką;) Czasem tak robimy - idziemy do galerii, czy manu, mierzymy ciuchy i świetnie się bawimy. To już nie jest shoping, ale rozrywka;)
Natomiast ostatnio mam awersję do typowych zakupów i do wielkich hiper-śmiper. Zdecydowanie wolę małe sklepiki w okolicy.
Wszystkim tragarzom i współzakupowiczom współczuję serdecznie...:))
bagienny pisze…
Nie mam takiego rozróżnienia zakupowego ;] Dobra, nie miałem. Teraz już będę miał. Ciekawe jak błysnę na następnych ZAKUPACH czy będzie to zauważone hyhy
Hipermarkety na szczęście mam w poważaniu, ceny z tych sklepików czy nieco większych sklepów nie odbiegają znacząco, ale to też nie jest fajne. Jeden sklep z tym, drugi z tamtym i tylko z pozoru mają lepszy produkt.
goldenbrown pisze…
Wychodzę też z założenia, że jesli nie będzie się wspierać małego handlu, to zostaną nam tylko kombinaty koncernów i więcej nic. Poza tym powstają swoiste więzi - dla mojego zoo kupuje u Tomka, jakieś eko itp kupuje u pani Hani, a różne biurowe, czy komputerowe rzeczy (łącznie z naprawą) to już domena pana Marka. I znam tych ludzi, wiem, jacy są, wiem też, że mnie nie oszukają.
Wieczne Miasto Bg pisze…
Poczekaj na Amazon.pl jak ludzi ogarnie szalenstwo na zakupy. I kazdy bedzie sie tym brzydzil w towarzystwie a ukradkiem odbieral kolejna brazowa paczke z czarnymi literkami :)
bagienny pisze…
Uhm, niestety jest coraz mniej sklepów w których są sprzedawcy, których znamy i mamy zaufanie. Kiedy zadaję sprzedawcy pytanie to nie jest mi w stanie odpowiedzieć bez komputera - nie zna towaru, którym handluje.
Wspieranie małych sklepów ma sens jeżeli robią to wszyscy.
bagienny pisze…
A po co czekać ;] Mamy merlin i empik.
burzochron pisze…
ogólnie czuję przesyt towaru, dlatego wybieram się na zakupy wyłącznie wtedy gdy absolutnie MUSZĘ coś kupić i wiem dokładnie czego chcę. łażenie po galeriach, choć kuszące, zabiera diablo czasu i jest nudne. Poza tym grozi to trwałym kalectwem od dźwigania ciężarów, no i nigdy nie wiadomo, czy konstrukcja galerii się nie zawali. u nas się zawaliła dwa razy. stanowczo stawiam na przesympatycznych kurierów, którzy dotaszczają mój towar pod drzwi:)
bagienny pisze…
Heh z tym bezpieczeństwem to faktycznie różnie bywa. Swoją drogą ze mnie jest ciekawy przypadek, wiem czego chcę, czasami bardzo dokładnie i... albo tego nie ma albo sprzedawcy nie rozumieją co się do nich mówią. Od dźwigania masz osiełków ;] Przynajmniej jednego ;]
Łażenie po galeriach jest nudne. Pamiętam kiedy oglądałem w latach 80tych amerykańskie sitcomy (teraz ze świecą ich szukać w telewizji czy kablówce) ludzie spędzali tam pół życia. Nie rozumiałem tego wówczas i dziś ;] Pomimo zmiany semantycznej u nich mall u nas galeria.
zjedz_mnie pisze…
To jest dość dziwne. Większość nie lubi zakupów (też do tego grona się zaliczam), a jednak coś nas ciągnie do tych sklepów. Czy my nie zmieniliśmy się w społeczeństwo konsumpcyjne ?
bagienny pisze…
Zastanawiałem się nad tym. Z jednej strony wzrastaliśmy w czasach "wiecznych braków" i otwarty rynek (chociaż w polskim przypadku to oksymoron) nas zachłysnął. Ale z drugiej rynki dojrzalsze niż nasz i dłużej funkcjonujący w sferze kapitalizmu także ma zachłannych konsumentów.
Tak, zmieniliśmy się... choć odnoszę wrażenie, że zawsze takim społeczeństwem byliśmy.
MilosniczkaKsiazek pisze…
Zdecydowanie lubię zakupy :) Bo i czemu by nie :) Jednak podchodzę do nich z umiarem, wierz mi, nie wpadam w szał zakupoholizmu. Odkąd pamiętam zawsze wybierałam się "do miasta" (takie dziwne określenie, przecież i tak mieszkam w mieście, a tu się do niego wybieram chcąc iść na zakupy) ze ściśle określoną listą zakupów. Kupuję, co zaplanowałam i tyle. Wiem, wiem, jestem dziwna :P Poza tym nie jestem kłopotliwa dla osób towarzyszących... z prostej przyczyny - nie ma ich. Wolę robić zakupy sama, bez kręcących się obok mnie osób. Nie potrzebuję rad, decyduję o wszystkim sama :D Taka Zosia samosia :P
bagienny pisze…
U mnie nie ma tak dobrze. Jeżeli idę po buty, nie mogę żadnych znaleźć. Podobnie ze spodniami i generalnie ze wszystkim. Idę po chleb A dostaję chleb B. W czasach powszechnego dobrobytu (tak, to sarkazm) muszę być elastyczny i planować zakupy z wyprzedzeniem, nie mówiąc o tym, że ze znajomymi wzajemnie nabywamy dobra, których poszukujemy i przyznam, że słabo idzie. Coraz mniej jest dostępnych rzeczy. Sklepy internetowe nie załatwiają sprawy, często rozwiązaniem jest kontakt bezpośrednio z dystrybutorem.
Szacun, że nie potrzebujesz tragarzy ;]
coachartur pisze…
jak najbardziej
na dodatek jest to przejaw kompromisu społecznego osiągniętego przez strony na drodze wzajemnego zrozumienia i poszanowania indywidualnych potrzeb osobniczych przedstawicieli dwóch - bądź co bądź - gatunków
bagienny pisze…
Bosz, ależ Ty masz gadane ;]
Mnie w weekend zawsze rozwala dzika ilość samochodów i korki w okolicach centrów handlowych. Ulubiona rozrywka narodowa ?? I pięknie się to komponuje w obliczu kilkuletniego kryzysu o którym ciągle mowa w mediach. A ponoć sama Warszawa w korkach dziennie przepala niezły budżet!! To my w końcu biedni czy jacy?
Co do sklepów. Faktycznie jest syndrom sklepu + , czyli o jeden to much. Ja wtedy się wyłączam, i gapię w pustkę.
bagienny pisze…
Zastanawiałem się nad tym fenomenem. Pierwsze miejsce jedzenie, drugie rozrywka, trzecie niezbędne zakupy (żarcie, środki czystości etc.) a reszta to dodatek. Co do kryzysu to on jest, faktycznie, trudno w jednym komentarzu wyjaśnić. Ale sam się zastanawiam widząc w marketach góry jedzenia w wózkach kupujących ;]

Trafne spostrzeżenie z benzyną ;] Ceny idą w górę a samochodów jest tyle samo na ulicach. Na zachodzie czknie trochę cena w górę ludzie momentalnie przesiadają się do publicznych transportów, ale też szybko wracają do swoich wehikułów.

Popularne posty z tego bloga

Darmowe nauczanie

Czasem z jakiś powodów jestem zmuszony uczyć. W zasadzie nie jest istotne co jest przedmiotem nauczania, istotny jest obiekt, który ma się czegoś nauczyć. Istnieje takie przekleństwo „obyś obce dzieci uczył”. Kiedy je poznałem nawet nie zdawałem sobie sprawy jak brzydkie i wredne jest to przekleństwo.

Obiekt, który ma być uczony, zwykle jest pod przymusem. Może nie najlepsza motywacja, ale ja to nie szkoła i ocen nie wystawiam.  Pomijam zdolności przyswajania, bo z mojej praktyki to wszystko zależy od uczącego i chęci z drugiej strony. Jeżeli tej chęci nie m, nie ma siły, by ktoś się czegoś nauczył.

Zauważyłem też, że osobniki młode są wyjątkowo oporne na wiedzę. Zwłaszcza w obszarach wiedzy, które są przypisywane dla młodych. Dla czytających moje wypociny nie muszę tego tłumaczyć, bo niemal każdy z Was miał do czynienia z żółtodziobami nie mającymi o niczym pojęcia, z błędnym poczuciem zajebistości. Żeby nie było, istnieją starsze osobniki, które nauczyły się czegoś 30 lat temu i uwa…

Recepta online

Za młodu człowiek wyczyniał mnóstwo głupot. Zwłaszcza tych ekstremalnych. Przeskoczenie płotu 150 cm w biegu, wbieganie na drzewo czy przemykanie po dachach. Ale na starość zaczynają dobijać różne kontuzje... a tym śmieszniejsze są, że kontuzje nabyte podczas normalnego funkcjonowania. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że wystarczy potknięcie, by spieprzyć sobie przyjemność z życia. Nawet pijana baba za kółkiem, która bardzo sie starała wypisać mnie z listy żyjących, raptem spieprzyła mi jedno lato.

Tym bardziej wkurzające jest, że pomimo, w miarę racjonalnego dbania o zdrowie potrafi coś jebnąć co jest w genach. A potem te pigułki... Nie zapominam o ich wciągnięciu, ale konsekwentnie zapominam, zapisać się do lekarza, by dostać nowe. Dzisiaj przyszła mi w sukurs technika. Zamówiłem leki via inet. Zero czekania na wizytę. Zero siedzenia w przychodni. I jeszcze zadzwonią, żeby receptę odebrać. Jeszcze chwila a dostanę receptę elektronicznie a w aptece machnę internetem rzeczy NFC i aut…

Wpis z wulgaryzmami

Ręce opadają. Samochód na awaryjnych na pasie dla rowerzystów. Samochód wypuszcza kogoś... na pasie dla rowerzystów i wdaje się w pogawędkę. Samochód jedzie po ścieżce rowerowej. Samochód na światłach zatrzymuje się przed pasami... na ścieżce rowerowej. Samochód na światłach popycha rower. A wy się, kurwa, dziwicie, że rysują wam karoserie, łamią lusterka lub puszczają wiązki (nie chrustu)? Nie rysuję, nie niszczę, ale jeżeli jesteście n-tym jebniętym kierowcą w ciągu dnia, który łamie przepisy i utrudniacie mi jazdę - usłyszycie słówko prawdy lub dwa na swój temat.

Kiedyś nie mogłem zrozumieć, czemu znajomi tak przeklinają kiedy jeżdżą. Teraz rozumiem. Nie da się. Niby pajace (kierowcy samochodów), mają prawo jazdy, czyli musieli zdać egzamin a nie potrafią się stosować do przepisów. To takie trudne? Naprawdę?
Mógłbym jeszcze zrozumieć trochę luźniejsze podejście do przepisów, gdyby była zachowana jakaś kultura, głównie podyktowana bezpieczeństwem - nie przeszkadzania innym. I nie ma…