sobota, 13 września 2014

Szukanie w śmieciach

      O tym jak bezuzytecznym narzedziem jest internet przekonac sie mozna kiedy porzebujemy jakiejs informacji i jakiejs rekomendancji. Cokolwiek, by nie wpisac w wyszukiwarke zostanie to przetrawione wg wynikow tysiecy innych matolow, ktorzy szukali odpowiedzi na to samo zagadnienie. Dlaczego matolow? A jak inaczej mozna okreslic wypozycjonowane wyniki, w ktore klikneli ludzie. Od lat czekam na mozliwosc zaladowania wlasnego skryptu, ktory bedzie szukal wg moich FAKTYCZNYCH PREFERENCJI a nie wg statystyk.

      Zapytanie bylo proste, jaki czytnik rss. Po angielsku, bo po polsku znam odpowiedz - feedly, ale od samego poczatku nie spelnia moich oczekiwan. Dziwnym trafem w wersji web znalazlem czytnik rss w poczcie yandex.com (jezeli ktos teskni za tym googlowym, to polecam, no chyba, ze boi sie Rosjan wowczas nie polecam mnie tam grzeje czy mnie szpieguje CIA czy GRU ;P

      Po angielsku okazalo sie, ze nie jest takie oczywiste. Sa serwisy, ktore dostarczaja czlowiekowi content pod nos. Tylko zjebali jedna rzecz, zapomnieli, ze zdarzaja sie ludzie, ktorzy potrafia czytac w wiecej niz w jednym jezyku. I za cholere nie idzie ustawic ani dodac innych serwisow jezykowych.

      Zatem modyfikuje inaczej pytanie, bo jezeli nie mozna znalezc czegos na polskich forach dla elektronikow, to fora mozna wyrzucic. Moimi ulubionymi odpowiedziami na forach na zadane pytanie sa:

- wyguglaj sobie (w dowolnym jezyku, jak na razie wyjatek to rosyjski, gdzie w wiekszosci szukanych jest podana faktycznie odpowiedz, ale o ile z cyrylica sobie daje tak z wykombinowaniem klucza jakim jezykiem dokonano transliteracji zwyczajnie leze);
- nie zasmiecaj na forum przeszukaj forum (byc moze komus kiedys szybciej zabilo serce na wiesc o tym, bo znaczyc to moze, ze gdzies na tym forum jest odpowiedz - nic bardziej blednego, ktos x czasu wczesniej zadal podobne pytanie);
- tez mam z tym problem (kolko wzajemnej rozpaczy rosnie).
Kiedys obiecalem komus, ze napisze jak unikac niechcianych stron. Zatem w polu do wyszukiwania wpisujemy:

+"pytanie" +"opis techniczny" -forum -aukcje

      Cydzyslow jest niezbedny, by wyszukiwarka niedokonala odmiany naszego pytania, o ile po niemiecku czy angielsku nie ma za bardzo znaczenia, to po polsku pojdziemy zwyczajnie w maliny. Opis techniczny nalezy sprecyzowac czego dotyczy wyszukiwanie, jezeli dotyczy ono jakiejs technologii lub sprzetu dobrze jest podac bez mozliwosci dodatkowych inteprepretacji wyszukiwarki, bo zwyczajnie zasmieci wyniki. Plus oznacza, że dany element musi znajdować się w wynikach. Minus oznacza wykluczenie. Powyzej napisalem swoje odzucia odnosnie forum. Zazwyczaj polecam korzystanie z dedykowanych forow. Kolejnym problemem sa wszelkiego sklepy, w ktorych bazach jest absolutnie wszystko. W koncu internet sluzy tylko i wylacznie do kupowania ;P Zatem w kolejnych minusach moga znalezc sie serwisy aukcyjne, porownywarkowe, sklepy internetowe, lista jest naprawde dluga. Wyniki mozna takze ograniczyc do czasu publikacji, ale te juz trzeba sobie wyklikac (obrazki ponizej).

kliknij aby powiększyć

kliknij aby powiększyć


Dla tych ktorym malo "edukacji" polecam zaawansowane wyszukiwanie w google. yandex i podstawy pod tym adresem
www.google.pl/advanced_search
lub
www.yandex.com/search/advanced
lub
onlinehelp.microsoft.com/en-us/bing/ff808438.aspx
Polecam rowniez lekture artykulu:
Boolify – Boole’owska “wyszukiwarka” edukacyjna

czwartek, 28 sierpnia 2014

Moje życie czeka na kolejną aktualizację

      Jestem graczem. Ale nie siedzącym gdzieś w parku i smagającym niedowidzącym wzrokiem przeciwnika po drugiej stronie szachownicy. Tylko jestem taki lejzi zgred, siedzącym w zaciszu domowym i pykającym na ekranie święcącym po nocach w durne gierki.

      Za moich czasów (jakby one już odeszły) granie polegało na wczytaniu i uruchmieniu gry. Teraz nie gra się w grę, teraz gra się w grę w systemie, chmurze czy innej dziurze. Odpalam Steam... czekam. Aktualizacja. Aktualizacja najczęściej samego Steamu. Odpalam Battle.net. Aktualizacja. Czekam. I z tego czekania na koniec wyłączam komputer i biorę książkę do ręki. Ta... Kobo też żąda aktualizacji. Zastanawiam się czy wyłączyć światło czy czekać na aktualizację.

czwartek, 10 lipca 2014

Co trzeba zrobić

      Przeczytałem dzisiaj kolejny tekst na blogaskach o tym, że ZUS jest złodziejem.

      Srsly? Rly?

      Mam powyżej kokardy pierdolenia idiotów na temat, że rząd kradnie, że ZUS kradnie, że US kradnie. Wszyscy źli tylko my, ci właściwi jesteśmy dobrzy.

      Kilka lat temu wraz z grupą ludzi próbowaliśmy wytłumaczyć w czym jest problem. Bezskutecznie, jak grochem o ścianę. Zawsze były teksty w stylu "bo rząd musi mieć pieniądze". Przy tym stwierdzeniu jak jeden mąż robiliśmy facepalm. Rząd nie ma pieniędzy, ale ludzie tego nie rozumieją i sobie tłumaczą "nie ma bo kradną". Następnie "bo muszą się znaleźć pieniądze na"... tutaj następowała cała lista żądań. Dość absuralna, bo odpowiadająca śliśle potrzebom konkretnych grup.

      Skupiając się na ZUSie. Teraz zadaję pytanie - a co trzeba zrobić, żeby było lepiej lub co łatwiejsze nie było gorzej. Odpowiedź jest natychmiastowa - pozamykać złodziei, zlikwidować. W tym momencie już wiem, że nie mam z kim rozmawiać.

      Ten trend zlikwidować świadczy o braku elementarnej wiedzy o finansach publicznych, FUSie, prawie podatkowym i najważniejsze o sztywnych wydatkach. Nie mam zamiaru uświadamiać i tłumaczyć. Jest internet można sprawdzić o co kaman. Ale wszyscy są specjalistami. Wszyscy wszystko wiedzą. A robią dokładnie to samo od 25 lat. DOKŁADNIE TO SAMO. Czyli nic. Nie korzystają z narzędzi jakie otrzymaliśmy wraz z demokracją.

      Mam tylko malutką prośbę, ode mnie, małoskromnego bagiennego. Zanim napiszecie, że wszyscy to złodzieje, bo Was okradają, podejdźcie do lustra i spójrzcie w nie. Tam stoją Wasi złodzieje. Spójrzcie dokładnie i miejcie odwagę cywilną przyznać się przed sobą, że wyruchaliście US w ostatnim zeznaniu, że nie zapłaciliście tego czy tamtego. Drobnostki, żeby przeżyć? No cóż, inni nie mają takich skrupułów jak Wy. Ciągną na całego. W czym jest winny rząd? Że nie odciął uprzywilejowanych, że jest wrogiem narodu jeżeli próbuje jednym zabrać, by przestać łatać budżet zaciąganymi kredytami. Że rząd nas dużo kosztuje? Oj bidule naiwne, wierzcie w te propagandę dalej. A tymczasem wywalczone zobowiązania dla określonych grup społecznych będą pogrążać kraj w długach (o oszustach pasożytujących na nas, na społeczeństwie nie będę nawet wspominać). Umiecie liczyć, ale tylko populistyczne brednie przerzucane przez politycznych błaznów, którzy chcą się dorwać do władzy. To, że jest źle to wiadomo. Niech powiedzą co trzeba zrobić, a nie zagłosujecie na nich.

środa, 9 lipca 2014

Sztuka szukania

      Jest nocka. Mam chęć na poznanie nowych dźwięków. Czy się to uda? Przez chwilę jeszcze tak  myślałem. Jako, że jest upał i na niewiele mam chęci postanowiłem pojechać po najmniej linii oporu. Odpaliłem youtube. Postanowiłem zobaczyć co też YT ma mi do zaoferownia na koncie na którym subskrybuję kanały Illusion, Ninja Tune, Korn i Gorillaz. Lista jaką mi wyprodukował automat jest cudna: Eminem, Wardęga, Pitbull, enchufetv, 2NE1, Rihanna, Jason Derulo, Shakira, Enrique Iglesias, LMFAO, One Direction, SMTOWN. Rozumiem, że kasa i oglądalność przede wszystkim. Ale jakie mam możliwości, jeżeli szukam czegoś czego nie znam. A już fanaberią byłoby gdyby mi się coś spodobało ;]

      Wypróbowałem opisywane serwisy sprzedające muzykę w postaci elektronicznej i serwisy oferujące streaming. Próbowałem tam coś znaleźć. Czegoś spróbować nowego. Systemy służące do wyszukiwania są źle przygotowane dla melomanów. Statystyka czy powiązania, bo X osób to lubi to chyba jeden z bardziej poronionych pomysłów. Zdaję sobie sprawę, że jest spora grupa ludzi, którzy nie szukają tylko odpalają radio i słuchają jak leci.

      W dawnych czasach, w sklepie muzycznym był człowiek, któremu coś się mówiło, a ten zabierał poszukiwacza w różne rejony. Jeżeli nie znał klienta lub był z innej bajki, zwykle zajmowało kilka wydawnictw po których dochodził do tego czego klient może chcieć. Jednak to się zmienia, i nie tylko, że płyty odchodzą precz na rzecz gównianych mp3. Zmienia się podejście do klienta, choć powinienem napisać, że się już zmieniło. Klient masowy to dobry klient. Zajebiście jest kiedy oferta sklepu jest duża, ale sklep handluje w jednym czasie pięcioma płytami, a to, że sprzeda jakąś fajną pozycję z Blue Notes Records to błąd w statystyce. Sklep ma zarabiać pieniądze, a nie zaspakajać czyjeś potrzeby. Potrzebę tę zaspakajali sprzedawcy, którzy fascynowali się muzyką.

      Niedawną chwilą Google odpaliło własny streaming muzyczny. Na tle innych istniejących już firm, wypadli niemal dobrze na mój osobisty test 100 wykonawców spokojnie dolecieli do 50tki, gdzie konkurencja ledwo dochodziło do 20tki. Pomijam problem streamingu w przypadku bycia offline. Mimo że, słucham popularnej muzyki, słucham też nietypowych dla szołbiznesu wykonawców, którzy wydają muzykę dla samej muzyki i przy okazji zarabiają jakieś grosze, które pozwolą im dożyć o chlebie i wodzie do wydania kolejnego albumu. Znalazłem serwis, który specjalizuje się w streamingu takiej muzyki. Jednak... musiałbym się przełączać. Jak w radiu, pomimo własnych playlist muszę odpalać różne aplikację. Szukam dziury w całym? A nasze kochane mixtape'y? Kiedy to my sobie sporządzaliśmy własne składanki (zaczynałem zabawę w mixtape'ach na ośmiościeżkowcu ;).

      Krążenie wokół powiązań tego, że ktoś coś lubi lub że ja coś lubię i jest powiązane wydawnictwem lub podobną liczbą polubień i statystycznie. Nie mogłem wyjść poza obszar tego co mi daje sklep. Zatem na dobranockę puszczę coś z wydawnictwa Wagram na pocieszenie. Dobrej nocy, dzień dobry czy co Wy tam robicie czytając te bzdury ;]

czwartek, 5 czerwca 2014

25 lat keczupu

      Jak każdy z nas, kto doświadczył przyjemności jednego systemu czy drugiego ma jakieś ale. Jeden i drugi posługuje się propagandą, trudno mi ocenić na podstawie dostępnych, która jest bardziej ohydna. Wydaje się, że dzisiejsza bazująca na najniższych instynktach, ale mogę wypowiedzieć się jedynie o tej, której doświadczam i która dotyczy mnie osobiście.

      Uprawia się z powodzeniem propagandę, że kiedyś było źle, Mordor, Imperium Zła i w ogóle. Ludzie mieszkali w barakach, byli niewolnikami systemu, nie mieli internetu, smartfonów i jedli chleb ze słoniną. Wskazuje się na okresy pewnych braków, jako okresy permanentne a nie czasowe. Udam głupka. Skoro jest tak super, po co marnotrawić czas, by pokazywać jak było chujowo?

      Zabawną rzeczą jest jeszcze porównywanie dzisiejszej sytuacji ekonomicznej i ówczesnej, rządzącymi się zupełnie innymi prawami. Nawet nie uwzględnia się w tych sytuacji jaka nastąpiła na świecie, które można skrócić do jednego słowa - globalizacja.

      Ale nie o tym. Uzyskaliśmy wolność. W moim mocno subiektywnym odczuciu, zamieniliśmy jeden rodzaj niewoli na inny. Do dzisiaj nie wiem, który był/jest lepszy, a który gorszy - czy socjalizm czy kapitalizm.

      Jako naród nie jesteśmy jednorodni i nigdy tacy nie byliśmy, było to naszą siłą przez setki lat. Ostatnie 25 lat ciągłych walk ze sobą, walczenie o symbole, zamiast o godne życie (taki frazeologizm), świadczy o tym, że wolność części społeczeństwa jest uwarunkowana niewolą innych.


      Kilka dni temu przeczytałem wywiad z Jackiem Żakowskim na łamach Krytyki politycznej. Zdumiało mnie pewne stwierdzenie:
"Dlaczego wy się nie buntujecie? Jak wam, studentom, zabrali zniżki kolejowe, to nic się nie wydarzyło. To dla mojego pokolenia było nie do pomyślenia."
oraz
"Wy też jak barany wierzycie, że rynek was kocha! Kocha was na tysiąc pięćset złotych."
      No cóż. Odpowiedzi miałem wiele na te prowokacyjne pytania/stwierdzenia. Ale dzisiaj patrząc na ludzi w autobusie jadących rano do pracy za 1500 zł znalazłem odpowiedź. My nieco starsi i ci młodsi, płacimy za wolność, za wolność tych, którzy o nią walczyli. Dzisiaj nie ma przeciw komu się buntować. Nie ma ośrodka zła, Saurona, lorda Vadera. Pozostaliśmy sami ze sobą.


      Wyjaśniając tytuł. Jednej rzeczy nie mogę zrozumieć. Czemu w PRL nie było keczupu? Przecież bez niego nie można żyć ;]

poniedziałek, 26 maja 2014

Kiedy pada deszcz

- Bagienny! Chodź na rower.

- Śpię.

- No chodź.

- Nie chce mi się *ziew*

Dialog się przeciąga przez jakieś 10 minut. Dojeżdżamy do pól mokotowskich. Błyska, grzmi i wieje. Czyli jest cudnie ^^

- Nie mogłeś marudzić 10 minut dłużej? Uniknęlibyśmy ulewy.

czwartek, 22 maja 2014

I znowu marudzę o książkach

      Niedawno wyplułem się na temat zakupów. Teraz chciałbym napisać nieco o przedmiocie zakupów. Precyzując o książkach. Dzisiaj rozpoczęły się Warszawskie Targi Książki. Impreza już nie jest adresowana do przygłupów, którzy nie dość, że wydają pieniądze na książki to jeszcze je czytają. Odkąd powoli moda na czytanie (już czegokolwiek) wróciła, to już nie ma przygłupów, wytykania nas paluchami i robieniem sobie jaj. Każdy czytelnik, który nie potrafił oderwać się od lektury poza domem wie o czym napisałem. Ale bez gorzkich żali... swoją drogą to jest interesujące, że kilka razy w swoim życiu człowiek nieświadomie podąża za jakimś trendem ;]

      Mamy od kilku lat zwyżkowy trend publikacji nowych książek. Może ilościowo literatury światowej nie jest najlepiej, ale za to pod względem rodzimych tytułów jest super. Tyle... że taki stary pierdziel jak ja, wychowany może nie na dobrej literaturze, ale wymagającej od czytelnika czy to jakiejś wiedzy czy zaangażowania, nie jest tą mnogością tytułów usatysfakcjonowany. Z dziką rozkoszą pojeździłbym sobie po polskich tuzach mojego ulubionego gatunku science fiction, ale nie mam po kim ;] Raptem kilka nazwisk, które na dodatek nie powodują wypieków na twarzy na hasło "nowa książka X". Mamy za to od groma i ciut ciut pisarzy fantasy. Jakości jednak nie można oczekiwać. Choć w tym gronie jeżeli nie pod względem fabularnym to warsztatowym można znaleźć coś interesującego. Jako fan m.in. Isaaca Asimova nigdy specjalnie nie przykładałem dużej wagi do jakości pióra, za to do zawartej koncepcji już tak. Im lepszy pomysł, im bardziej złożony tym bardziej byłem szczęśliwszy. Dotyczy to też głównego nurtu, z którym zaznajamiam się na własną rękę od końca lat 90tych kiedy coraz rzadziej z obcojęzycznej fantastyki zaczęło trafiać pozycji na półki księgarń. Lubię fantastykę, ale wtórności czy rozdmuchiwania słabego pomysłu do kilkuset stron czy tomów zwyczajnie nie znoszę. Szkoda mi i pieniędzy i czasu.

      Po kilku latach obcowania z mainstreamem doszedłem do smutnego odkrycia, że jestem zwyczajnie za głupi na odbiór wielkiej literatury (czy jak kto chce wysokiej kultury). Nie pomógł w tym krótkotrwały romans z filologią polską. Choć cieszy mnie, że ktoś jeszcze celuje w lotne umysły. A jak wygląda sprawa z beletrystyką adresowaną do everymena? Słabiutko. Oj słabiutko. Doszedłem do wniosku, że tłumaczy się na rynek polski tylko głośne tytuły, a mniej znanych, ale znakomitych twórców już nie. Pomija się ich wskazując na ogół względy ekonomiczne, Moim zdaniem tylko po to, by nasze tuzy nie zbierały cięgów od takich malkontentów jak ja. Owszem jest większa szansa niż w fantastyce na naprawdę porządną powieść z interesującą historią i dobrze napisaną, ale ich autorzy dożywają powoli swoich dni.

      Czy mogę narzekać, że jest tak słabo bo pisarz prócz oswajania swojego demona musi jeszcze utrzymać siebie i nierzadko rodzinę i zwyczajnie chałturzy rozmieniając swój talent, doświadczenie na drobne. Dosłownie na drobne. Dodatkowo jest jeszcze obarczony dodatkową robotą, korektą własnej powieści. To też kosztuje... w zasadzie tyle samo co napisanie książki.

      Pisałem jakiś czas temu, że wyzbywam się książek. O dziwo po tym wpisie, znalazło się parę osób chętnych do wzięcia pod swoje strzechy makulaturę. Jednak nikt, ale to nikt nie chciał książek polskich pisarzy (które dostaję po dziś dzień). Pomijam książki Wiesława Myśliwskiego czy Jacka Natansona, które zostały mi niemal wyrwane z rąk ;] Innych pisarzy nie wspomnę, bo jakoś głupio mi pisać, że taki czy owaki znalazł swoje miejsce w śmietniku.

wtorek, 20 maja 2014

O jeden sklep za dużo

      Podobno ludzie nie lubią zakupów. Nie będę wnikał w jakie (spożywcze, ciuchy, techniczne, remontowe). Po całości. Najpierw jest problem z wyjściem. Potem ludzie, że są. I o zgrozo też chcą robić zakupy. To obsługa jest jakaś takaś. Potem, że nie ma tego po co człowiek ruszył cztery litery. I samo kupowanie. O maj gad. Po prostu zgroza. Tyle, że kiedy już się trafią zakupy, już się teleportowano na miejsce, ludzi mało, obsługa jak trzeba i jest to co człowiek sobie umyślił... to jakoś coś nie pasuje. Jeżeli ktoś na wstępie pomyślał, śpieszę z wiatrakiem do rozwiania wątpliwości, problem ów nie dotyczy tylko kobiet. Płeć brzydka też ma takie dylematy. Z moich obserwacji wynika, że wszyscy kochają zakupy.

      Ale o czym innym chciałem... Jest takie zjawisko, które nazywam "o jeden sklep za dużo".

      Niezależnie czy zakupy należą do udanych, czy posiadany kapitał finansowy został wymieniony na dobra. To jest nieistotne. Gdzieś tam istnieje jeszcze jeden sklep do którego w akcie desperacji lub w szale zakupoholizmu trzeba wejść. I to jest problem osoby towarzyszącej. Po przekroczeniu tego sklepu jeszcze nie jest zwiastowany dramat jaki za chwilę nastąpi. Zajmuje to chwilę, a subiektywne odczucie upływu czasu jest taki jakby minęły godziny. Człowieka, który jest albo ciałem doradczym albo towarzystwem albo bagażowym wkracza do strefy mroku całkiem nieświadomy. Dramat zaczyna się kiedy podjęcie decyzji, wybór wymaga werbalnej interakcji owego towarzystwa. I nie ma znaczenia, że kilka sklepów wcześniej jeszcze było czuć zaangażowanie, szczere zainteresowanie czy ten makaron ma niski indeks glikemiczny czy bluzka pasuje do pantofli albo czy ten superowy smartłocz jest niezbędny do podtrzymania życia.

      Następuje natychmiastowy shutdown entuzjamu, chęci, cierpliwości i wyższych uczuć ;] Pojawia się zmęczenie, zniechęcenie i potrzeba teleportacji gdziekolwiek poza zasięg sklepów. Dzisiaj to zaliczyłem ;]

      Swoją drogą będąc jeszcze w temacie bawi mnie kiedy ludzie twierdzą, że nie cierpią zakupów jako takich. Oj jak muszą cierpieć. Ale przeglądanie katalogów papierowych, online i dokonywanie zdalnych zamówień nie, to już nie jest to samo ;] Tylko w tym przypadku zawsze można pójść do kuchni po wymówkę ;]

niedziela, 23 marca 2014

Problem z piciem

      Postarałem się, by ten wpis nie był ani za długi ani za bardzo paranoiczny (właściwie bezlitośnie go przyciąłem). Nie jest to też opracowanie ani techniczne ani naukowe, choć dla wspólnego dobra mógłbym się wysilić. Jednak ze względów na to, że na podstawie moich hmm powiedzmy artykułów publikowanych w sieci niektórzy napisali sobie prace magisterskie lub opracowania naukowe i nawet słowa dziękuję nie otrzymałem, tego nie zrobiłem.

      Dzień Wody został powołany podczas konferencji Szczytu Ziemii w Rio de Janeiro w 1992 i jest obchodzony 22 marca. Przegapiłem tę datę, bo miałem co innego na głowie. Ale do rzeczy. Odnośnie Szczytu Ziemii należy chociażby się orientować, że coś takiego miało miejsce. Drugą istotną informacją jest Klub Rzymski (założony w 1968) i jego raport Granice wzrostu (1972). I tak szczerze, to trzeba znać. Dlaczego? A choćby dlatego, że czasem ludzie nie są durni i mają coś sensownego do powiedzenia - tutaj jest podsumowanie po latach tego raportu.
      Z dziką rozkoszą udostępniłbym wszystko po polsku, jednak w internecie nie ma wszystkiego. Często trzeba ruszyć dupę do biblioteki czy księgarni, by się czegoś dowiedzieć.

      Polska od zawsze była krajem bagnistym. I nie chodzi mi tutaj o mentalność mieszkańców i ich nadzorców... znaczy się rządu. Przyrodniczo było bagniście. Bagno jest fajne, bagno jest dobre... ale średnio nadaje się do mieszkania. Ale my mamy taką a nie inną mentalność ;]
      Zarówno rządy i samorządy jednostek terytorialnych mają inne problemy niż problem braku wody u nas w Polsce. Ekolodzy, którzy funkcjonują na naszej szerokości geograficznej są tyle samo warci co politycy z którymi "walczą". Walczyli o Rospudę, walczyli o ptaszki na prawobrzeżnej stronie Warszawy - a wystarczyło się przyjrzeć problemowi, żeby wiedzieć, że to nie ma sensu (ciekawe jest to, że "ekolodzy" nie mają najczęściej kierunkowego wykształcenia przyrodniczego). A gdzie jest problem? Z wycinką lasów, brakiem budowy zbiorników retencyjnych, zezwalanie na osiedlanie się w pradolinach rzek lub na terenach zalewowych, czystość wód, zanikanie wód podziemnych etc. Wszystko, by trochę zarobić. Tak postępują wszystkie kraje w UE, o "mocarstwach" jak Chiny czy Stany Zjednoczonych Ameryki (na dodatek radośnie przyjmujemy ich technologie niszczące środowisko naturalne) nie trzeba wspominać.

      Oczywiście to jest domena filmów katastroficznych pokazywać co się może wydarzyć w przyszłości, kiedy woda stanie się towarem luksusowym. Ale jest jeden film dokumentalny, który jest udostępniany w całości w kilku językach za darmo już w dniu premiery (tutaj z polskim lektorem). W Warszawie był wyemitowany tylko w jednym kinie, w Lunie. Co prawda dla kogoś takiego jak ja, który przez pięć lat uczył się o tym czym jest woda to raptem broszurka. Obejrzyjcie film, i przy następnych wyborach samorządowych może zapytacie się kandydatów co mają zamiar zrobić w sprawie wody. Lokalnie, bo trzeba zaczynać od małych rzeczy.

czwartek, 20 marca 2014

Akcja "Wyrzuć książki"

      Od kilku lat zbierałem się do zrobienia porządku z książkami. Najdosadniej ujmując w czym problem to, że mam ich w chuj. Nie ma ściany, na której by nie było co najmniej kilkuset książek (kuchnia i łazienka ze względów oczywistych się obroniły). Zaraz złośliwcy zapytają się czy to przeczytałem. Zdecydowaną większość. Nawet przyjmując, że czytam średnio 50 książek rocznie to przez dwadzieścia lat wychodzi ich 1000. Jednak czytam więcej i żyję jako czytelnik dłużej.

      Czemu kupowałem i kupuję? Bibliotek nie ma? Są. Aktualnie jestem zapisany do trzech. Ale jakimś trafem zawsze szedłem pod prąd. Miałem do wyboru albo liczyć na czyjąś litość albo samemu ogołocić swój portfel z pieniędzy.

      Zmieniło się sporo. Nie tylko fakt, że upowszechniły się czytniki książek. Zresztą można teraz czytać choćby w ramce na zdjęcia. W wersji elektronicznej czytam od drugiej połowy lat 90tych. Przepisywałem wraz z innymi trudno dostępne książki i udostępnialiśmy kolejnym czytelnikom. Współpracowałem przy _faktycznej_ pierwszej elektronicznej bibliotece Reja, ale ze względów prawnych polegliśmy. Zmieniła się także wiedza o jakości książek. Już nie chodziło o to, że książki z Phantom Press czy Zysku po dwukrotnymkrotnym przeczytaniu rozpadały się. Zawsze można było zanieść do introligatora (link dla młodzieży). Ale na jakość papieru introligator,o ile jeszcze jakiegoś można znaleźć, nie pomoże. Papier zwyczajnie się rozpada.

      Utknęła mi w głowie informacja, że swojego czasu zbiory książek z XIX i początku XX wieku w pewnym momencie uznano za zabytki, a z XVIII jeszcze nie. Zatem wizja Wehikułu czasu z 1960 (poniżej przewińcie sobie do 59 minuty) nie jest aż tak bardzo fantazyjna. Raczej przerażająca. Książki, które chwile temu dostałem w swoje łapy nie muszą czekać tysiącleci, żeby się rozpaść.



      Do większości książek w wielu wypadkach nie sięgnę ponownie. Postanowiłem kilka lat temu, że radośnie je oddam do biblioteki. Nic bardziej szalonego mi do głowy nie mogło przyjść. Do biblioteki? Ale po co? No właśnie. Zjechałem pół Warszawy. Drugie pół sobie olałem, a o miejscach w style Nigdziebądź nawet nie brałem pod uwagę.

      Zacząłem od rozdawnictwa. Fajnie się trafiło, że spotkałem osobę, która chciała się zapoznać z klasyką literatury fantastycznej. Inni łyknęli po kilka sztuk beletrystyki mieszanej.

      A pewnego dnia wstając z łóżka wjebałem się w słupek. Postanowiłem, że jeżeli nie ma chętnych to pozostałe lądują na śmietniku. Najpierw poleciało ponad 10 lat (a może 15?). Jedna pożegnalna focia na pożegnanie.



      Drugie podejście. Zostawiłem książkiw kafejce. Zły Tyrmanda i Trylogia Księżycowa Żuławskiego.



      Następne w kolejce książki Stephena Kinga wydane przez Amber. Ale na to chyba już chętny znalazł. Zobaczymy ;]

      Aha. Nie mam zamiaru bawić się w sprzedaż książek via jakieś zalległo czy coś w tym rodzaju.

czwartek, 9 stycznia 2014

Pijani za kierownicą

      Na tapecie są pijani kierowcy. Na blogach, w gazetach i jeszcze gdzieś tam. To i ja dorzucę swoje pięć groszy.

      Polak zna się na wszystkim, także zna się na tematach, o których ma tylko blade pojęcie. Głównie z opowieści. Niezależnie od tego kto jaką opowieść zna ma jakąś opinię i jest przy tym zajebiście opiniotwórczy. Wśród znawców tematu są widoczne dwa obozy. Pierwsi chcą karać, karać i jeszcze raz karać. Głównie finansowo. Ale póki co, karanie pieniężne, punktami na nie wiele się zdało. W przypadku jazdy po pijaku jestem za jedną karą. Permanentną. Delikwent zdał egzamin, zna konsekwencje. Był idiotą i wsiadł za kółko. Nic się nie stało? Niech dziękuje wszystkim okolicznościom, że nic się nie stało. Do końca życia powinien jeździć jako pasażer. Spowodował wypadek? Do końca życia jako pasażer i jeżeli kogoś potrącił dodatkowo koszty leczenia (ale przez cały czas występowania, a nie jednorazowe "zadośćuczynienie").

      A druga strona sporu? Kary bla bla bla sa złe i to jest przegięcie pały? Rozumiem, coś się stało ktoś potrzebuje do szpitala, nie ma taryfy, nie ma ambulansu a źle się dzieje. To jest wyższa konieczność. I z tym nie będę dyskutował. Ale przeciwnikom kary spróbuję coś uświadomić. Zostaliście napadnięci. Wyszliście z tego żywi, to oznacza, że ktoś kto dokonał na Was napadu powinien dostać upomnienie i mandat. Spokojnie może egzystować i dalej napadać ludzi. Interesująca logika.

      Nie powinno być tolerancji dla takich zachowań. Idziesz gdzieś, chlapniesz kielonek - to jest Twój problem. Samochód zostawiasz i zasuwasz z buta. Nikt nie trzyma pistoletu przy Twojej głowie i każe Ci pić, a następnie wsiąść do samochodu.


      Czemu na rysunku umieściłem kobietę? Bo w dwóch wypadkach, w których miałem "szczęście" brać udział jako poszkodowany, sprawczyniami były pijane kobiety.

piątek, 3 stycznia 2014

2014, czyli jak leci

      Rok 2014 rozpoczęty. Co parę chwil (z punktu widzenia istnienia wszechświata), ktoś się pyta jak tam w nowym roku. Odpowiadam, że bez zmian, a u ciebie? Odpowiedź jest podobna. Nie ma deklaracji, obietnic i innych takich. Po chwili dodaję, że tak naprawdę nic się nie stało.

   Fachowcy (bo nie historycy) zaprzeczają, że zwyczaj obchodzenia Sylwestra nie wziął się z mitu. Mit o tym, że papież Sylwester I, który pokonał smoka Lewiatana w IV w n.e., i go uwięził w Lateranie (odpowiednik dzisiejszego Watykanu). I ten smoczek miał w 1000 roku (za proroctwem Sybilli) rozpirzyć wszystko w drobny mak. Nie bez powodu pod koniec X wieku kolejny papież przyjął imię Sylwester (coś na kształt jeden dał radę to drugi też da). Zbieżność proroctwa Sybilli z wizją Apkalipsy Św. Jana była oczywista, a potem już tylko ognie piekielne dla każdego ;] Można się śmiać i nabijać z naiwności, ale przypomnę jak niektórzy robili pod siebie przy bombie milenijnej, że będą spadać samoloty, jeże zjedzą kable i nie będzie prądu, telewizji, radia i internetu (w Polsce jeszcze nie tak powszechny jak chcą wmawiać trolle). Sam zwyczaj obchodzenia Sylwestra (w rocznicę śmierci papieża Sylwestra I) jest stosunkowo nowym zwyczajem (i w tym względzie fachowcy mają rację).

   Ale wracając do rozmowy. Zatem ówcześni, albo jak mawiają Amerykanie - "antyczni", ludzie cieszyli się z tego, że nie nic nie stało. W sumie idealnie wpasowuje się w to naszą współczesną polską kulturę (nie wspominając o sporcie). Przecież nic się nie stało ;]

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...