niedziela, 10 grudnia 2017

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka.

Rolę blogów przejęły portale społecznościowe... czyli jakie? Facebook i instagram? Na pierwszym jak nie zapłacisz nikt nie zobaczy, pomijam fakt, że na fejsie się nie szuka. Instagram? Pisać? Srsly? No to co? Może google+, którego nikt nie używa? A może środowisko tolerancyjnych i ciekawych świata ludzi na twitterze? Tak, to był sarkazm.

Zaraz, co my tu jeszcze mamy. Youtube. Można się tu naczytać i znaleźć treści w wyszukiwarce, bo przecież wszystko co jest powiedziane zostało spisane.

No cóż, moi drodzy, prawda jest prostsza. Odkąd pojawiła się koncepcja, by zarabiać na blogowaniu, zaczęło wszystko iść w obecnym kierunku (kto mnie zna, ten wie gdzie byłem i co mówiłem).

Fajnie byłoby zarabiać na pisaniu. Piszesz "gówno" a ludzie szaleją, reklamodawcy rzygają kasą. I jest super. Tak też pomyślało wiele osób. Pojawiły się poradniki 12-latków, jak zarabiać megahajs na blogowaniu. Reklamodawcy byli zachwyceni, kiedy zjechałeś ich produkt. Apropo zauważyliście, że nie ma złych książek? Odkąd blogerzy zaczęli współpracować z wydawnictwami poziom literatury znacznie się podniósł. No i w ogóle, jednorożce na łące. Było sex, drugs & rock'n'roll.

Tylko czy tak było naprawdę? Ze swojej strony nie widzę zaniku blogerów. Odchodzą ci, którzy myśleli, że pisanie jest łatwe, i że na tym zarobią. Przecież jak w piosence Stanisława Syrewicza, "Każdy śpiewać może", to mogę i ja. Prawda jest okrutna. Możesz, ale rób to pod prysznicem i nigdzie więcej. Jak chcesz pisać, pisz wpierw do szuflady.

A trudno wielkiemu biznesowi zaakceptować fakt, że zyski mogą być małe. Jak są małe szkoda na nie czasu.

piątek, 1 grudnia 2017

Szkolenie z fejsa

Miałem spotkanie ze specem od fejsa. Szczerze? Wszystkie rady do prowadzenia fanpage zmieszczą się na dwóch kartkach A4. I naprawdę, nie ma, ale to nie ma nic więcej. Jeżeli chcesz większy ruch - płać.

Zasady:

1. Publikowanie linku
Musi być zdjęcie - proporcje 3x2, jeżeli nie wczytuje z linku użyj tego https://developers.facebook.com/tools/debug/
Jeżeli nie masz zdjęcia weź korespondujący z treścią z darmowego stocka.
Opis pod zdjęciem tylko tytuł, opis rozmydla odbiór.
Tekst, w zasadzie nie jest istotny.

W opisie dobrze jest umieścić haczyk, użyć niedopowiedzenia lub stosować zasady chwytliwych nagłówków. Treść zdjęcia musi w jakiś sposób korespondować z treścią, do której chcecie odesłać użytkownika.

2. Publikowanie zdjęcia/grafiki
Jeżeli dodajecie jedno zdjęcie musi mieć proporcje 3x2, dodawanie więcej niż 5 zdjęć jest bez sensu ludzie rzadko korzystają z galerii - lepiej opublikować je później.
Tekst, może być długi lub krótki, trzeba pamiętać, żeby clue zamieścić w pierwszym akapicie.

3. Publikacja wideo
Facebook kocha materiały wideo, więc domyślnie pokaże ten wpis z wideo więcej niż 5-10% fanom fanpage.

4. Czas publikacji
Należy publikować w różnych porach - jeżeli nie płacimy, w zasadzie nie ma znaczenia - w teorii opublikowany wpis jest pokazywany w tym czasie kiedy został opublikowany, w rzeczywistości bullshit, nawet jeżeli śledzący fanpage'a ma ustawione "see first" może zobaczyć go nawet dwa dni później.
Ale wracając do teorii specjaliści sugerują nie publikować o pełnych godzinach np. 11, 15:30 tylko np. 11:04, 15:37

5. Częstotliwość publikacji
Z moich (i nie tylko moich) obserwacji wynika, że jeżeli nie płacimy a chcemy większy zasięg zrobić dobrze jest "przegłodzić facebooka", czyli nie publikować dwa-trzy dni, oczywiście można być aktywnym odpowiadać, lajkować etc.
Jeżeli macie dużo shitowego kontentu warto wrzucać tego dużo np. 5-10 wpisów dziennie, jeżeli jest on coś wart dobrze mieć kilka kont (należy mieć pełne profile i używać serwerów proxy), by w przypadku braku ruchu samemu go rozruszać - im bardziej jest jest coś lajkowane i szerowane tym częściej jest pokazywane fanom fanpage.

6. Aktywność fanpage
Należy jako fanpage lubić innych strony, komentować reagować etc.. Dobrze jest wstrzelić się jako pierwszy na czyimś fanpage'u z chwytliwym komentarzem (link komentującego przekieruje na fanpage).

7. Kółko wzajemnej adoracji
Dobrze się z kimś zakumplować, kto ma większy fanpage od naszego, od czasu do czasu coś skomentuje lub zszeruje u siebie.

To tyle i aż tyle. Można to rozwinąć, że zdjęcia to fajnie jest wrzucać koty, memy i inne pierdoły. Nie każdy osiągnął polot w pisaniu tekstów, ale informacja musi być zrozumiała dla gimnazjalisty (mglistość tekstu).
Ważna jest też szybkość reakcji, jeżeli został opublikowany wpis np. o 14:23 to przez przynajmniej dwie godziny powinno się mieć dostęp do fanpage.

środa, 29 listopada 2017

Fachowcy

Wyciągam telefon, by zrobić głupią fotkę i rozesłać znajomym. Na telefonie aż skrzy się od powiadomień. Emaile, smsy, czaty, ba! nawet ktoś był tak zdesperowany, że zadzwonił ;] Komunikat prosty - pomocy, drukarka odmówiła pomocy. Przeniosłem swą doczesną formę, czyli ruszyłem cztery litery w wyznaczonym kierunku.

Wszedłem. Zadałem kilkanaście pytań. Usiadłem do złoma zrobiłem. Zrobione. Dłużej szedłem niż to robiłem, między innymi dlatego nie zajmuję się tym. Ale o czym innym.

Zastanawiam się, jak funkcjonują firmy, które dostarczają usług z informatyki biurowej, po których pracownikach trzeba poprawiać. Dlaczego takie firmy i tacy ludzie mają w chuj zleceń, choć niczego nie potrafią. Nie trzeba być specjalistą w danej branży, żeby móc ocenić kompetencje takiego pracownika.

Poziom jaki prezentuje dzisiejszy specjalista w Polsce jest tak żenujący, że zastanawiam się czemu niektórzy z tego nieźle żyją, a niektórzy są przepłacani. Śmiać mi się chce, kiedy słyszę jakiegoś specjalistę, który wyzywa grupę "hipsterów" wchodzących w zakres jego kompetencji, by po paru miesiącach być nawet nie specjalistą, a mistrzem w branży.

Nie wiem czy niestety, ale cały czas trzeba się uczyć. I jeżeli mam coś do zrobienia oceniam wysokość zysków, jeżeli mi się kalkuluje siadam i się uczę, by umieć to zrobić. Wydawać by się mogło, że fachowcy powinni cały czas doskonalić swoją wiedzę i umiejętności.

wtorek, 28 listopada 2017

Dzień, jak co dzień

Ludzi na ulicach postrzegam jako jedną szaruoburą masę, która przelewa się bądź wyrzuguje z różnych miejsc. Skojarzenia mam iście fizjologiczne. W dodatku zdecydowana większość ubrana szaroburo - mężczyźni czarny, szary, granat, niebieski i z rzadka brązowy, kobiety identycznie... przy czym kobiety mają z reguły w swojej masie identyczne buty.

W moich oczach z masy wyróżniają się ludzie:
- ubrani w żywe kolory, lub odbiegających od przyjętego smutnego popielcowego kanonu;
- pewni siebie;
- choc to nie precyzyjne, bo atakują zmysł węchu a nie wzroku - śmierdziele (wszelkiej maści indywidua żyjący na rachunek społeczeństwa);
- oraz nie tyle co głupi, co głupio zachowujący się.

Dzisiaj spotkałem dziewczynę należącą do tej ostatniej grupy. Dość ciekawe, że ktoś kto przysłużył się bliźniemu pomówieniami, podkładaniem świń oraz innymi sposobami akceptowanymi w katolickim kraju, ucieka wzrokiem przed osobą, której zapewniła dodatkową "rozrywkę". Nie zauważyłbym owego dziewczęcia, gdyby nie kuliła się o mało nie wpadając na śmietnik. A wystarczyło iść, jak zawsze noga za nogą a ja tradycyjnie nie zwrócił uwagi.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Nie było black friday, nie ma cyber monday

Black friday minął... Polskę szerokim łukiem. Nie będę tutał pisał jaka firma czy sklep miała pocieszne promocję, ale wspomnę o niektórych. Przypomnę, że sklep może zejść ze swojej marży 30% i nie wiele straci. A zatem:
- 20%, pod warunkiem zarejestrowania się w sklepie internetowym (udostępnienie swoich danych)
- 3 za 2, weź trzy produkty a za trzeci zapłacisz 1zł/gr
- 50% obniżki na towary objęte promocją (czyt. towar zalegający w magazynach, nieatrakcyjny na którym zalega od lat kurz)

Myślałem, że ludzie mają nieco rozsądku i przeszły im te propozycje chujowych promocji. Mnie też zabrakło rozsądku i nieopatrznie poszedłem zrobić zakupy... dziki tłum w sklepach mnie zaskoczył. Co prawda nie było tak dramatycznie jak to pokazywali w internecie, ale od samego patrzenia brakowało mi powietrza i przestrzeni. Jednak nie mogłem się powstrzymać i stanąłem przy kilku kolejkach i patrzyłem jakież to promocje skusiły ludzi. Okazało się, że w zasadzie żadna.

Wychodzi na to, że w Polsce słowo promocja - ma w dalszym ciągu tę magię, która zapala bezrozumny impuls do wydawania pieniędzy. Niżej podpisany też miewa tę słabość, jednak asortyment, który jest w promocji nie leży w graniach ani gustu ani zainteresowań.

Dzisiaj jest cybermonday - który niczym się nie różni od blackfriday.

Btw. jajka i masła nie były w promocji.

czwartek, 23 listopada 2017

Czarny piątek w Polsce nie istnieje

Czarny piątek w Polsce nie istnieje, chyba że trafi się nam jakaś tragedia. Tyle, że wówczas to nie ma nic wspólnego ze sprzedażą. Mega wyprzedaże przez rodzimych sprzedawców jest rozumiana jako "masowa sprzedaż towarów". W sklepach można trafić na upusty sięgające raptem 30% dotyczące żywności, odzieży i oprogramowania w pudełkach (pod warunkiem, że są polscy dystrybutorzy).

Inna sprawa ma się ze sprzedażą w internecie poza granicami naszego kraju. Tutaj w istocie można zaszaleć. Co prawda w granicach mieszczą się wyprzedaże software'u sięgające 90%, ale to zwykle oznacza, że za chwilę będzie nowa edycja, więc warto się dwa razy zastanowić przed zakupem.

W Polsce nie ma ani wyprzedaży, ani znaczących przecen, ani akcji w postaci czarnego piątku - wszystkie rabaty mieszczą się w marży jaką narzuca (a najczęściej jaką wcześniej wyliczył producent) sklep, marża to z reguły 30% wartości produktu. Zatem nie zacierajcie rąk, tylko zastanówcie się czy nie warto jakiegoś produktu kupić przez internet, poza granicami naszego "promocyjnego" kraju, bo często się okazuje, że nawet dodatkowym koszcie dostawy towar jest znacznie tańszy niż w promocji w polskim sklepie.

Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że już w październiku obserwuje się wzrost cen, by później było z czego robić upusty, rabaty czy inne promocje.

czwartek, 22 czerwca 2017

Tańsze ubezpieczenie za śledzenie

Kilkanaście lat temu wymyśliłem i zaprojektowałem system (2002) do bezpiecznej komunikacji. W skrócie polegał on na umieszczeniu nadajniku w samochodzie i zainstalowaniu odbiorników na drogach - tzw. punkty wejścia i wyjścia. Od razu powiem, że nie GPS, bo technologia raz nie nasza, dwa kiedyś (w końcu) będziemy mieli swój system, trzy nie jest tak precyzyjna jakby się to mogło wydawać.

W skrócie projekt zakładał, że będzie mierzyć dystans, prędkość i stosowanie się do znaków (uwzględniał margines błędu czasu reakcji kierowcy - nawet powstał fajny algorytm, który na podstawie czasu reakcji obliczał wiek kierowcy) oraz ewentualne kolizje (o bezsensowności kradzieży już nawet nie wspomnę). Dodatkowo wyliczanie w czasie rzeczywistym faktycznych tras szybkiego ruchu dla ekip ratunkowych (karetki, straż pożarna czy policja).

Czemu to zrobiłem? Z reguły nudzi mi się, i lubię sobie główkować. Czemu tego nie wdrożyłem (nawet nie próbowałem)? Pracowałem w sektorze publicznej i wiem jak to wygląda od środka, a dostarczać za darmo dobrych rozwiązań przestało leżeć w mojej naturze.

Zatem projekt sobie leżał w szufladzie, z listą wszystkich "ale", rozpoczynającej się o braku anonimowości. I jak w powieściach Philipa K. Dicka podobne rozwiązanie znalazł rynek finansowy - a konkretniej ubezpieczeniowy. Co prawda inna technologia, ale zachęcająca do skorzystania ze zniżek. Dajesz się "śledzić" mniejsza cena ubezpieczenia. Dla mnie bomba. I tak jestem śledzony przez swoją komórkę. Tylko jest mały problem... mieszkam w mieście i nie potrzebuję samochodu ;]

I tak sobie myślę, jeżeli rynek miałby przejąć schedę po FUS momentalnie by się okazało, że badania prenatalne byłyby obowiązkowe, obowiązkowa aborcja, a dla chorych i seniorów eutanazja w darmowym pakiecie :D

środa, 21 czerwca 2017

Fejs

Z fejsa nie korzystam od kilku miesięcy. Od samego początku mówiłem i powtarzam - fejs powinien odejść, zniknąć i zostać zapomniany. Kiedy się pojawił nie było zbytniego zamętu. Zamęt powstał później, kiedy wszystkim pozwolono tam wejść. Nic się tam nie działo, nic nie było. Wszystkie funkcjonalności, które są obecnie zostały skopiowane z innych serwisów (w tym z pierwszego faktycznego portalu social media - ICQ).

Po wejściu na portal (z którego zacząłem w ogóle korzystać po 4 latach od założenia konta) nie mogłem niczego znaleźć. Kto korzysta, wie jak dopracowanym narzędziem w chwili jest wyszukiwarka (dla młodszych podpowiedź - to był sarkazm). Jakoś udało mi się pozbierać fanpage o rzeczach, które mnie interesują. Nie było ich mało.

I tak dzień po dniu, oglądałem w feedzie reklamy i wrzuty z fp, których nie lubiłem. Z rzadko pojawiało się coś moich znajomych lub fp, który faktycznie polubiłem. Dwa lata temu, zacząłem wchodzić bezpośrednio na fp, które polubiłem - eee nie lubię tego słowa, oznaczyłem, które mnie interesują. Okazało się, że dają dziennie minimum dwa wpisy. W przypadku muzyków - co i rusz jakieś focie ze studia lub z trasy koncertowej. Od znajomych (bo im a nie mi fejs pokazywał) dowiadywałem się o najnowszych newsach o muzykach czy pisarzach.

Za to byłem idealnym targetem na kupno samochodu, lodówki, telewizora, wiagry, komputerów dla amatorów i generalnie sprzętu dla osób atechnicznych. Obejrzałem sobie lubiane przeze mnie fanpage. Odnalazłem tam rzeczy, których nie tknąłbym kijem.

Czym jest facebook? Jednym wielkim słupem reklamowym. Nie jestem pierwszym, który o tym mówi i na pewno nie ostatnim. Nigdy nie byłem od tego uzależniony, nie korzystałem tak często jak usenetu, irca czy icq. I de facto nikogo, ale to nikogo nie poznałem na fejsie.

Dodatkowo słuchaliście różnego bullshitu na temat kampanii fejsowych, zdobywanie nowych odbiorców, o byciu prokonsumenckim (ta, zwłaszcza to dotyczy miliarda blogasków). Konwersja, przekliki czy inne dziadostwo... nawet jeżeli macie lajki podlinkowanego Waszego wpisu, to nie oczekujcie, że ktoś kliknie i się przeniesie na jakiś tam blogasek. Chcesz być na fejsie? To publikuj na fejsie, tylko nie zapomnij, że jeżeli jesteś tym jednym z twórców, którego brać fejsbukowa pokocha, to zarząd fejsa ma prawo sprzedać tu i tam rzeczy, które umieściłeś na fejsie (wideo, zdjęcia, grafiki, teksty) - jakbyście nie wiedzieli to o to było kaman jakiś czas temu z łańcuszkami na "nie wyrażanie zgody".

Próbowałem "dobrodziejstw" fejsa, a jakże. Grupy, appki, funkcje, ba! nawet gry. Fejs wiedział o mnie wszystko, a ja o świecie i innych ludziach nic.

Jeżeli ktoś chciał mnie nazwać hipokrytą, że się publikuję na fejsie to informuję, że są ludzie, którzy to robią za mnie - im sprawia przyjemność, a ja im poprawiam teksty na blogaski.

wtorek, 20 czerwca 2017

Norma 2.0

Mieszkanie w mieście jest obarczone pewnym szaleństwem. Jeżeli mieszkasz w miejscowości lub na wsi możesz „posiadać” jednego lub dwóch co najmniej dziwnych ludzi. Chyba, że Ty jesteś tym normalnym a cała reszta jest zbzikowana.

Codziennie przechodzę obok przystanku (nieważne jakiego) i codziennie mogę zrobić co najmniej jedno zdjęcie. Pod znakiem zakazu palenia pysk z petem w japie. Co ciekawe w innych miastach tego nie zauważyłem, a w Gdańsku przy dworcu kolejowym palacze grzecznie palili na wydzielonej wysepce.

Każdemu się śpieszy. Czerwone? A co to? Jestem wybrańcem, może we mnie nie trafi. A może nie rozpoznają kolorów? Daltonizm dotyka zarówno kierowców, jak i pieszych.

Ścieżka rowerowa? A co mi tam. Deskorolki, rolki, hulajnogi, wózek dziecięcy, balkonik… tak. Bywa śmiesznie.

Ale żeby nie było, że rowerzyści tacy porządni. Jest ścieżka? No weźcie… przecież jest ulica albo chodnik. Jest kontrpas dla rowerzystów? A nie, pojadę chodnikiem metr szerokości… i będę dzwonił dzwonkiem na pieszych. Czerwone? OMG też jestem daltonistą.

Obsrane chodniki przez pieski. Chociaż przyznam, że coraz częściej widzę właścicieli zginającym się nad odchodami swojego pupila (to się nazywa miłość do zwierząt). Ale wciąż można trafić na minę.

Po ostatnim weekendzie mogę dodać naturystę, które eksponował swoje wątpliwe atuty. Starszy pan po 60tce, przy bulwarach nad Wisłą.

Zmęczona bielizna starszej damy wyeksponowana w parku. Powiśle.

Piwko w autobusie. Bez żenady.

Wódka w papierowej torbie. Krakowskie Przedmieście.

O publicznych aktach defekacji i urynoterapii nawet nie warto wspominać.

Policja legitymuje jakąś emerytkę ze zwiędłymi kwiatkami. Straży miejskiej ani widu, ani słychu. Ale to tak na marginesie.

piątek, 16 czerwca 2017

Spinner

Ludzie to dziwny twór. Lubią nienawidzić. I żeby nie było, że to tylko nasza polska domena narodowa. Wystarczy czytać co boli naszych towarzyszy za oceanem.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie hejtują #selfie i #samojebki. Srsly. Być może, nie rozumiem tego, bo sam uprawiałem samojebki nim powstała na nie moda. Sporo zdjęć wykonanych aparatem z łapy samemu sobie. Aparatem na kliszę. Robi ktoś sobie zdjęcie, ma selfie sticka i ci to przeszkadza? Idź do lekarza. Może jakaś żyłka w dupie jest zbyt napięta. Ale to tak przy okazji, bo tematem dzisiejszego wpisu na blogasku jest łożysko :D

Od dłuższego czasu na zachodnich heheszkowych portalach rozsiewa się informacja o jakimś intelektualnym raku. Jest to spinner. Temat mnie nie obchodził i za bardzo nie wiedziałem o co chodzi i srsly głupota i hejt średnio mnie interesuje. Wiedza przyszła, sama i nie proszona. Otóż spinner się kręci i nic więcej nie robi i to jest mega głupie. Naprawdę?

No cóż... pamiętam:
- plastikowe rury, którymi się kręciło i robiły "łuuuuu";
- blaszkę z uchwytem na palec, która strzelała przy zgięciu;
- patyczki ze śmigłami;
- pająki gluty, które rzucało się na szybę;
- kartoniki z łańcuszkiem, które trzeba było potrząsnąć i łańcuszek przybierał jakiś kształt, który kończył jakąś twarz;
- breloczki, w które trzeba było dmuchnąć, by zobaczyć napis...

Tak. Faktycznie za "naszych" czasów nie było żadnych, ale żadnych głupot pozbawionych sensu i wartości edukacyjnych.

czwartek, 8 czerwca 2017

Od pieluchy, aż po grób

Przed chwilą odbyły się prelekcje, wróć jeszcze się odbywają, FORUM IAB 2017 w zasadzie odnośnie wszystkiego, w tym przetwarzania big data. Na jednej prezce dosadnie przedstawiono dwóch mężczyzn, którzy zostali sprofilowani tak samo, lecz ich zainteresowania były w zupełnie różne. Na innej w jaki sposób została zaplanowana i wdrożona strategia marketingowa Trumpa.

I wszystko super. O tym jak jest, jak powinno być i jak planować strategie. Człowiekowi serce rośnie, że chociaż w jednym, moim, przypadku w końcu będzie trafiona reklama. Dostanę ofertę o której istnieniu nie wiedziałem, a jak to zobaczę aż spocę się z wrażenie i będę chciał się rozstać ze swoimi pieniędzmi.

No cóż. O przyszłości na forum, a w skrzynce…


Zastanawiam się czy to nie pierwszy znak i nie powinienem zacząć szukać ostatecznej sosnowej jesionki.

piątek, 2 czerwca 2017

Brak prądu

Obudziłem się rano (dla niektórych w środku nocy). Istotnym faktem w tej opowiastce jest to, że nie jestem jedynym rannym ptaszkiem w okolicy. Dość szybko odkryłem, że nie ma w mojej najbliższej okolicy prądu. Sprawdzone bezpieczniki w mieszkaniu, na klatce, w budynku. I nic, wszystko włączone. Wracając do siebie zerwałem kartkę z kontaktami z administracją i takie tam. Nie jestem tak zboczony, by biegać wszędzie z aparatem czy choćby smartfonem.

Zadzwoniłem do gościa od awarii. Ten jeszcze ziewał. Nawet mnie to rozbawiło, bo w tym czasie kiedy on próbował hamować ziewanie za oknem rozbrzmiał ptasi trel (co oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia dla tej historyjki).

Mieszkam w dość ciekawej okolicy. Jeżeli coś się dzieje, przez ok. dwie godziny wszyscy udają, że nic się nie dzieje. Później wychodzą na klatkę, bo kogoś usłyszą i pada znamienne:

„Czy ktoś już gdzieś zadzwonił?”

O ile, w PRLu gdzie posiadanie telefonu było luksusem, i zazwyczaj czekało się, aż ów ktoś zadzwoni tam gdzie trzeba - tak dziś na jedno mieszkanie przypadają co najmniej dwa telefony. I za złych czasów, przez krótką chwilę pełną naiwności i wiary liczyłem na posiadaczy tego cudu techniki, że gdzieś zadzwonią.

Dość szybko się zorientowałem, że w społeczności w której żyję, jedyną rzeczą, która pobudza innych współmieszkańców do jakiejkolwiek akcji to plotki.

W PRLu kończyło się to tak, że szło się z buta do najbliższej budki telefonicznej i z gorszą informacją niż jest dziś szukało się telefonu do pogotowia elektrycznego (dzisiejszy przypadek). Dziś wystarczy telefon czy komórka i podróż jest już zbędna.

Jeżeli kiedyś zdarzy Ci się czytelniku być tutaj i zostaniesz napadnięty (czego nie życzę) lub stanie się inna krzywda (tego również nie życzę) i zaczniesz krzyczeć o pomoc, wpierw się upewnij czy jestem w okolicy, bo nikt nie zadzwoni ani nie wyjdzie na pomoc, tylko będą patrzeć przez firanki co się dzieje, by móc później pod bramą licytować się kto widział dokładniej całe zdarzenie. I nie, to nie jest sarkazm. To się zdarzyło.

Wielokrotnie zdarzyły się jakaś awarie, kiedy byłem poza domem. Nikt niczego nie zrobił, nigdzie nie zadzwonił, dopóki nie wróciłem lub firma zarządzająca budynkiem tego nie zauważyła.

Swoją drogą… może kiedyś opiszę jak zmusiłem firmę budowlaną, która wymieniała kanalizację, do pracy a nie porzucenia swojej pracy w połowie, bo żaden prezes wspólnoty mieszkaniowej (jest ich pięć w jednym budynku) nie wiedział co zrobić.

Update. Problem rozwiązano w 20 minut od mojego telefonu. Kartkę z telefonami kontaktowymi przykleiłem na swoje miejsce.

czwartek, 1 czerwca 2017

Zimno na wiosnę

Mieszkam w dziwnym kraju. Nie raz i nie dwa to mówiłem czy pisałem. Dzisiaj trochę wiało, było lekkie zachmurzenie… w internecie i generalnie w mediach informowali, że jest kilkanaście stopni. Wiara (stardaw. ludzie) zubierani w kurtki, swetry, ba! nawet wełniane kominy widziałem u kobiet. Temperatura owszem wynosiła kilkanaście stopni… ale tam gdzie ją mierzono, czyli na jakiejś wiosce pod miastem, koło lasu, na otwartej przestrzeni na wysokości ok. 1,5 m nad gruntem. A termometry w mieście? 20-24 stopnie C. Ale to nie tylko ubiór jest dziwny. Jak tylko zrobi się ciepło ludzie otwierają okna. Serio. Przez cały sezon tzw. zimowy mają pozamykane okna. Skąd wiem, że nie otwierali wcześniej? Ano, po tym jak otworzą pojawiają się mole. Są absolutnie wszędzie. Ciepło wyzwala w ludziach jeszcze chęć dzielenia się tym co mają. Najczęściej tym co oglądają w telewizji (to tyle, jeżeli idzie o deklaracje, że nikt nie ogląda telewizji), słuchania radia i hip hopu. Jednego, jebanego kawałka przez godzinę. Naprawdę rozumiem, że polski hip hop ma niewymagającą publikę (wróć, dzisiejszy hip hop w całej krasie, nie tylko rodzimy) i tylko jeden kawałek, który idzie do promocji w mediach jest dopracowany. Ale na przestrzeni lat można stworzyć naprawdę zajebisty mixtape. A dzisiaj? Żadnych powodów do narzekania. W końcu w telewizji powiedzieli, że jest zimno. Okna pozamykane i nawet stłumiony hip hopu „moje ulice, moje dzielnice” nie zrywa do lotu moli. Można poczytać książkę… a zatem dobranoc, idę czytać ;]

środa, 31 maja 2017

Przewartościowanie

Muzyk, który zaczyna karierę w boysbandzie, który odniósł sukces jest predentem do okresowego króla portali plotkarskich, w których albo już się zaczytują nastolatki lub wkrótce będzie.
Nie wiem czy znacie zespół One Direction - nie wypowiadam się o zespołach na których koncertach słychać nieprzestający pisk nieletnich dziewczynek. Lubią i słuchają, to czemu im tego bronić. Nie byłem atakowany z każdej strony twórczością tej grupy, więc nie miałem powodów do zgrzytania zębami. Ale to się zmieniło.



I cóż tam widać? Kolejny Bowie? Srsly? Król umarł, niech żyje król? Po Bowie będzie wieloletnie bezkrólewie i raczej wątpliwe, że chłopaczek za którym szaleje sześcioletnia córka mojej znajomej wbije się na artystyczny poziom Bowiego.

Przesłuchałem płytę. I nie byłem zniesmaczony. Muzyka nie jest zła - zdecydowanie w kierunku Becka (tych słabszych) - ale czy warto poświęcić czas, by tego słuchać? Bo na pewno nie pieniędzy. Warto spojrzeć też na tytuły piosenek, które mają się pozycjonować w internecie (google został już spacyfikowany).

Dziewczyny dorastają wraz ze swoimi idolami, i jeżeli Harry Styles rozegra to jak Robbie Williams dożyje emerytury w luksusie. Sukces murowany, weź nastolatka zrób z niego gwiazdę a potem do końca życia odcinaj kupony i przez przypadek nie zrób niczego, by zniknąć z plotkarskich portali.

Jednak nie mówię nie - być może w przyszłości dojrzeje jako człowiek a tym samym jako artysta o którym będę mógł powiedzieć coś więcej niż "obleci". Ale nie dziś.

wtorek, 30 maja 2017

Coming out

Dostalem zaproszenie na prezentacje fotografii. Troche dziwne, prezentacja a nie wystawa, ale nic nie mowie. Poszedlem i pacze. A tu wychudzone laski na szpilach z plastikowymi usmiechami. W tle scianka sponsorow... gdzies tam dalej alkohol sie leje. Pacze, idzie fotograf. Wczesniej sie nie zastanowilem. Wbijam w google w wynikach zero fotografa, tylko aktor trzeciego planu (wybaczcie jezeli obnizylem range, nie znam sie na telenowelach).

Konczac, zacytuje barda:

Stoję qrwa nieruchomo
Co jest – qrwa nie wiadomo
I tak myślę qrwa sobie – 
co ja tu qrwa robię?

poniedziałek, 29 maja 2017

Kurier

Dzwoni telefon, chociaż w moim przypadku wibruje zegarek, ale rezultat ten sam - ktoś próbuje się do mnie dobić. Odbieram. Jest to kurier, który aktualnie zmierza w moją stronę. Jednak nie tam gdzie się aktualnie znajduję, tylko zupełnie gdzieś indziej.

Przy zamówieniach często nie ma możliwości doboru godzin (chociaż kurierzy je też mają to w dupie i jadą jak i kiedy im jest wygodnie). Ale nic, to pytam się jakie są inne opcje wyboru. Jutro o tej samej porze. Odpowiadam, że nie ma takiej opcji. To się dowiedziałem, że to mój obowiązek być tam gdzie została zamówiona paczka. Nie chciało mi się z intelektualistą z firmy kurierskiej rozmawiać, że paczkę wg wszystkich znaków w sieci powinienem dostać w sobotę, ale stwierdziłem, że nie będę omawiał problemów egzystencjalnych niedoskonałego systemu. Po paru minutach, jakże błyskotliwej dyskusji dowiedziałem się, że mogę zmienić miejsce odbioru. Stwierdziłem, że mi to pasuje i podziękowałem za informację. Pożyczono mi miłego dnia i wzajemnie.

Morału z tej historii nie ma żadnego. Ot, koleje rzeczy związane z kochanymi kurierami, którzy jak taryfiarz w PRL'u jedzie tylko na Grochów.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Cisza w święta

Święta w Polsce to jest dość nietypowy okres. Nie wiem dokładnie kiedy tak zaczęło się dziać, ale jakoś w drugiej połowie pierwszej dekady nowego tysiąclecia.

Okres świąt w sieci to był okres, w którym wydarzały się co najmniej dwa światowe nowe wydarzenia, o których użytkownicy będący offline próbowali ogarnąć w pierwszym tygodniu po świętach.

Teraz wszyscy idą w "offline". To "offline" znaczy, że są i monitorują publiczne kanału w poszukiwaniu jakiejś aktywności, samemu ograniczając się do aktywności w trybie prywatnym.

Na blogach, forach, serwisach społecznościowych puchy... ale tylko publicznie. Jeżeli przeanalizować ruch sieciowy, wynika z niego zupełnie co innego – liczba strumieniowania wideo rośnie, aktywność na portalach społecznościowych jest duża (zaznaczam – mowa o ruchu sieciowym).

Dodatkowym sygnałem, że pomimo pozornej martwoty na sieci są przeciążone serwery usług. Zresztą dostawcy na święta zwiększają liczbę użytkowanych łącz, są duplikowane serwery i takie tam.

A jak to wygląda za granicą? Odwrotnie niż u nas. Tam świat internetowy nabiera tempa. Patrząc na Hiszpanie czy Irlandię (oba katolickie państwa), tam ludzie nie udają, że nie ma ich w sieci – a wg badań (źródło jak nie zapomnę dokleję) są bardziej towarzyscy i rodzinni od nas.

Dzięki badaniom analitycznym wiadomo, że to ukrywanie nie ma sensu. Może i ktoś ze znajomych nie zorientuje się, że szalejemy w sieci, ale sprzedaż towarów i usług w sieci, wie, że brak aktywności to pic na wodę. Część kampanii jest zautomatyzowana. Wystarczy jednak odezwać się do firmy, by uzyskać odpowiedź od człowieka, a nie od bota.

Dosyć ciekawym fenomenem są małolaty, które jeszcze nie mają regularnych przychodów. Z reguły w wolne można ujrzeć tabuny wciśnięte tam gdzie jest darmowe wifi. Wszelkie galerie handlowe, tanie kafejki, choć w tych droższych również. W święta było podobnie. I podobnie jak za moich szczenięcych lat, dzisiaj grupy małolatów z iphone'ami w dłoniach siedziało nad jedną latte ;]

Wracając do braku aktywności, czy raczej maskowaniem swojej aktywności w sieci. Zauważyłem pewną prawidłowość związaną z migracjami ludzi ze swoich miejsc rodzinnych w nowe, związane z karierą. Tworząc siatkę nowych znajomych (networking) zapomina się, że powinni przede wszystkim zdobywać i tworzyć bardziej złożone relacje (making friends). W okresie świątecznym, nie ma potrzeby komunikować się ze znajomymi czy też dzielenia się aktualnymi przeżyciami. Okres ten jest tzw. ściśle prywatny, rodzinny. Dodatkowo networking jest nastawiony na wykorzystywanie w efektywny sposób znajomych. Pokazując się w sieci w okresie świątecznych wykazujemy, że jesteśmy tzw. no-life'ami - w dużym uproszczeniu nie wiele rokującym towarzystwem, który ma służyć do ścieżki awansu, osiągnięcia zawodowego celu, backup'u na wypadek zwolnienia (wolna kanapa), etc..

czwartek, 13 kwietnia 2017

Komętowanie

Blogowaniem zajmuję się jeszcze zanim to co robiłem w sieci nazywano blogowaniem. To długa i ponura historia, ale to co kiedyś nazywało się "blogowaniem" w Polsce to była bufonada, a ja z upodobaniem prowadziłem przez kilka lat antybloga... co później stało się definicją blogowania ;]

Platform blogowych nie było. Tzn. za chwilę miały być, ale najczęściej blogi prowadzili ludzie z mającym ze stałym łączem (nieletni nie ogarniają) w chacie lub w pracy/uczelni. Ich systemy były patchworkowe, strona skądś tam, system komentarzy chałupniczo zrobiony w php 3 ;]

Przez wiele lat siedziałem na najlepszej platformie bloxa. A jak ;] Kupa fajnego luda i takie tam. Owszem gdzie indziej też była kupa fajnego luda, ale żeby odfiltrować kiepską kupę od fajnej kupy to przerastało, przede wszystkim, chęci. Jednym z zajebistym plusów było to, że po zalogowaniu się na platformę można było (i dalej) zobaczyć czy pojawił się kolejny komentarz pod wpisem gdzie się człek wyprodukował.

No i fajnie. Nastąpiła eksplozja fajności blogasków. Łomatko. No i co? Teraz szukanie to banał (przemilczę sprawę jakości oraz interesowności treści). Tylko zostaw tam komcia. Spoko. Jest sytem wordpressowy - skądinąd fajny, ale strasznie upierdliwy jeżeli nie masz tam konta - to dostajesz tysiące e-maili z żądaniem potwierdzenia, że napewno sam sobie zasubskrybowałeś. Jeżeli masz konto, a blogaska gdzie indziej to mało zawita do Ciem osób zachwyconym Twoim komciem. Blogspotowy (właściwie bloggerowy) jest podobny, pod warunkiem, że komuś palma nie odbiła i nie włączył komci z google+. poza tym podobny problem.
Zaletami powyższych jest to, że można udostępnić komentowanie z innych systemów lub tzw. użytkownikowi niezalogowanemu.

O innych systemach nie warto wspominać. Serio, serio.

Przejdę do najlepszego. Przekonywałem się do niego rok ;] Disqus, możesz używać fejsa, wordpressa i kupę innych dziwnych systemów komentarzy. Jest banalnie prosty, tylko jeżeli masz blogaska na oficjalnej stronie wordpressa to trzeba zabulić, żeby go zainstalować. Plusy? Niezależnie czy jesteś w serwisie czy na setkach różnych blogaskach, który korzysta z disqusa po zalogowaniu dostajesz info o tym, że ktoś ocenił Twoją wypowiedź lub tez odpowiedział. Mogę też z poziomu swojego centrum dowodzenia znajdować nowe wpisy i dyskusje. Wordpress też działa w podobny sposób, ale tylko na stronach opartych na nim.

Czemu o tym piszę? Od jakiś dwóch lat wnoszę, że wielu blogerów celowo utrudnia komentowanie wpisów na swoich blogaskach. Pomijam, że blogiem nie jest serwis, który nie ma systemu komentarzy (nawet via e-mail). Zdarza mi się znaleźć fajny wpis lub cały blog, którego nie mogę skomentować - bo nie mam konta w tym serwisie (na cholerę mi kolejne konto do komentowania tylko na jednym blogu?). Dodatkowym minusem dla właściciela takiego bloga jest brak alternatyw do komentowania - jeżeli nawet mam opcję skomentowania jako niezalogowany - raczej nie przeczytam odpowiedzi na swój komentarz, bo i skąd mam wiedzieć, że odpowiedział.

środa, 5 kwietnia 2017

Dzień za dniem

Są takie dni po których człowiek ma ochotę wrzucić na luz jak Michael Douglas w Upadku.
Poranek. Godzina jeszcze mi nieznana. Za oknem walą się rury. Pies zaczyna wyć. Dołącza drugi. Otwieram oczy.
- Dzień dobry, kurwa.
Patrzę na zegarek. Minuta po szóstej. Po prostu cudnie. Leżę jeszcze ładując wkurwa, który działa lepiej niż kofeina. Po chwili do kakofonii dźwięków dołącza diaks. Wsuwam stopy w kapcie i człapię do łazienki. W paszczę wkładam szczoteczkę i szoruję. Spluwam, chcę spłukać. Głuchy bulgot z rur się dobył.
- Kurwa.
O herbacie też można zapomnieć. Biorę telefon do łapy wbijam 19115. Wduszam przycisk do dzwonienia. Cisza. Patrzę na modem - martwy.
- Kurwa.
Biorę komórkę do łapy. Po jednej rozmowie dobijam się do wodociągów.
- Aktualnie jest awaria, będzie trwała około dwóch. Przepraszamy...
Dziękuję i się rozłączam.
Techniką kombinowaną, chemią i resztką wody z czajnika jakoś się umyłem.
Pukanie do drzwi. Patrzę przez judasza, jakiś ziomek z kabelkami.
- Bry, wymienić licznik przyszłem.
- Nie było informacji o tym.
- Była sprzed niedzieli. W gablocie.
- W jakiej gablocie?
- W bramie.
Włazi z ujebanymi butami. Gmera przy liczniku. Coś tam mówi, ale mam wyjebane. Trzeba będzie odkurzyć. Znowu.
Woda pojawiła się wcześniej niż zapowiedziano. Umyłem się tym razem normalnie. Wychodzę na klatkę. Schody ujebane. Wczoraj były przejechane szmatą. Na dole widzę skąd ten brud. Wymieniono w końcu drzwi wejściu z dwóch skrzydeł na jedno. Alleluja. Po wyjściu z bramy było już tylko lepiej. Amen.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wykrochmalony sąsiad

Sąsiadów ma każdy. Bliższych takich w drzwi, dalszych takich zza płota. Najzabawniejsi są ci, którzy mają urojone urazy. A o tym dowiedzieć się można od lokalnego dystrybutora wiadomości.
- Sąsiad taki urażony, że nie powiedział pan dzień dobry.
Plama na honorze. Nie wiem czy Chajzer z vizirem dadzą radę ją usunąć. Nic, doczekam swych ostatnich dni mijając sąsiada w milczeniu.

Jednak nie o takim miałem opowiedzieć. Jest pewien typ człowieka, który jeżeli jest wstanie, wita nas "drogi sąsiedzie". Drogi oznacza jakąś zamożność. Nie musi być ona wielka. Tak w przedziale od złotóweczki po pięć zyla na lekarstwo, bo go strasznie męczy po wczorajszym.
- A dało się słyszeć panie sąsiedzie. Te piosenki Miecia Fogga o pierwszej w nocy cud marzenie. Dziwię się, że nie bierze pan udziału w voice of poland.

Tu w zależności od intensywności nocnych prób następuje proces analizy, jak z tej odpowiedzi płynnie przejść do magicznego słowa "sąsiad, poratowałby pan człowieka". Nie muszę mówić, że definicja człowieka raczej nie przystaje do czteroramiennej ośmiornicy z trudem trzymającej się poręczy.

Przyznam, że uwielbiam ten moment kiedy na twarzy pachnącego rosą sąsiada wyskakuje "syntax error". Po krótkim zawieszeniu, do modułu głosowego jest ładowana losowa odpowiedź:
- Pan jak co powie - tłum. ni chuja nie rozumiem
- O to to... właśnie - tłum. ni chuja nie rozumiem
- Kawalarz z pana - tłum. ni chuja nie rozumiem, ale mam ochotę ci przyjebać
- A tam (połączone z gestem) - tłum. idę szukać innego jelenia

piątek, 31 marca 2017

Czas letni

Zmianę czasu wymyślił idiota. Sobie można znaleźć w wikipedii, który to. Być może kiedyś były ku temu faktyczne jakieś przesłanki, ale w dzisiejszych czasach nie mają racji bytu. Oszczędność, by później włączać światło. I niby według zegarka tak czynię. Ale włączam światło rano, by coś widzieć. A przed zmianą tego nie robiłem.

No i nie można zapomnieć o trybie zombie. Budzik dzwoni, a mózg się pyta "czego kurwa". I jak tu dyskutować? Zwykle wtuleni jeszcze w opary snów, mówimy sobie "jeszcze pięć minut". Ale gdzieś tam jest jakaś półprzytomna myśl, że to już ten moment. Po zmianie czasu nie ma niczego półprzytomnego. Tylko wściekłość, jak na panów z budowy, którzy przychodzą o szóstej rano, by ponapierdalać czym się da. A godzinkę później w ciszy wciągać śniadanie na rusztowaniu.

Zastanawiałem się czemu nie rezygnuje się z tego DST. Trafiłem kiedyś na pewną hipotezę, która mówi o tym, że regularnie męczony organizm zmianą czasu krócej funkcjonuje na tym padole. Takie wytłumaczenie idealnie pasowałoby na potrzeby ZUSu. Inna hipoteza coś przebąkuje, że lud musi być gotowy na wszelkie zmiany i to jest wojskowe ćwiczenie ;] Tych hipotez całkiem sporo.
Żadna z nich jednak nic nie mówi, że istnieją jakakolwiek oszczędności prądu wyświecanego w naszych domach. I niby jak żarówka ledowa włączana godzinę później ma się istotnie przyczynić do oszczędności na gruncie krajowym.

środa, 29 marca 2017

Coś tam, z czymś tam

Od 2014 roku zacząłem się parać blogerstwem z innej strony. Wróciłem do początków mojej przygody z internetem i... stworzyłem dwie postacie. Jedna to mężczyzna, druga to kobieta. Odrzuciłem wszystkiego zasady, czegoś co nazywam, nowoblogerstwem - czyli poradnictwo, autolans (wliczając w to kółko adoracji) i ciśnienie na zarabianie oraz na wybicie się.

Poszły konie po betonie

Co się stało? Męskim okiem - dość szybko zyskał popularność. Bawiąc się tylko GA, chciałem zobaczyć jak wypłynę (o ile w ogóle). Finał po około roku 20000 UU miesięcznie. Kobiecym okiem - wolno się rozwijał, być może dlatego, bo musiałem wejść w inną skórę i przede wszystkim jak nigdy pilnować końcówek ;] Po roku było 100000 UU.

Czy mnie znacie

Bywają zabawne sytuacja. Znajomi, którzy cytują moje teksty w rozmowie, albo opowiadający historie opisane na którychś z blogów jako swoje. Lepszym ubawem zostałem poczęstowany kiedy kilka historii znalazło swoje odbicie w prasie kolorowej, tak dokładnie, że część akapitów nie została nawet przeredagowana.

Czy przyznam się do tego co zrobiłem? Nie. Do napisania o swoich obserwacjach nosiłem się od roku i na tym poprzestanę.

Zwątpienie

Od ponad roku obserwuję trendy w zachodniej blogosferze. Powstało i wciąż powstaje wiele poradników jak zostać blogerem... amatorem. Odwrotny trend niż u nas. Jeszcze. Może, nie wiem. Jednak przeszła mi ochota na czytanie blogów, które przestały być blogami a stały się pełnoprawnymi serwisami przy których pracuje kilkoro ludzi. Sytuację ratują jeszcze blogi poradnikowe, które coraz częściej operują naturalnym, a nie "seo-wym" językiem".

Z osobistych pamiętników, które przeszły ciekawą metamorfozę w reporterskie, czytam już nie wiele. Chętnie rzucę okiem jeżeli ktoś coś mi poleci, ale dłużej zatrzymuję się tylko na garstce. Więcej przyjemności czerpię z lektury blogerów, którzy opisują swoje zmagania z rzeczywistością pisaną po angielsku, rzadziej po rosyjsku.

Sam postanowiłem nie marudzić pod oficjalnym pseudem. Stąd taki wysyp wpisów.

Światełko w tunelu

W ubiegłym roku postanowiłem konsekwentniej olać fejsa. O wartości tego "portalu" wypowiedziałem się w 2006 roku. W tym roku puknie jedenaście lat posiadania kont w tym serwisie i zdania nie zmieniłem. Co ciekawe dosłownie garstka znajomych utrzymuje jakąkolwiek aktywność poza swoimi fanpage'ami. Sito informacyjne w tym serwisie jest przerażające. Jeżeli chcesz być niedoinformowany używaj fejsa.

Próbowałem przejść na twittera. Bez powodzenia. Zacząłem używać fejsa po angielsku... I to było to co trzeba było zrobić od samego początku. Spotkałem kupę fajnych ludzi z różnymi zainteresowaniami bez ciśnienia na posiadanie internetowej etykietki "ekspert". Co ciekawe, jest w tym światku sporo Polaków.

Miłe i zabawne jest to, że moje kalekie teksty są poprawiane przez samouków edytorów i puszczane w sieci o których nie miałem pojęcia. Są brzydkie, czasami wyglądają jak fora. Czasami nimi są jak 4chan czy reddit.

Brak puenty

Ciekawą drogę czasem trzeba pokonać, by znaleźć coś czego się szukało w innym miejscu. W tym miesiącu porzuciłem ostatecznie blog kobiecy finał jeżeli dobrze pamiętam niecałe pół miliona wizyt w miesiącu (przykro mi UU nie pamiętam). Mimo to, blog żyje własnym życiem w komentarzach, których nie byłem w stanie śledzić po paru miesiącach.

Co dalej

Nie wiem ;]

czwartek, 19 stycznia 2017

Recepta online

Za młodu człowiek wyczyniał mnóstwo głupot. Zwłaszcza tych ekstremalnych. Przeskoczenie płotu 150 cm w biegu, wbieganie na drzewo czy przemykanie po dachach. Ale na starość zaczynają dobijać różne kontuzje... a tym śmieszniejsze są, że kontuzje nabyte podczas normalnego funkcjonowania. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że wystarczy potknięcie, by spieprzyć sobie przyjemność z życia. Nawet pijana baba za kółkiem, która bardzo sie starała wypisać mnie z listy żyjących, raptem spieprzyła mi jedno lato.

Tym bardziej wkurzające jest, że pomimo, w miarę racjonalnego dbania o zdrowie potrafi coś jebnąć co jest w genach. A potem te pigułki... Nie zapominam o ich wciągnięciu, ale konsekwentnie zapominam, zapisać się do lekarza, by dostać nowe. Dzisiaj przyszła mi w sukurs technika. Zamówiłem leki via inet. Zero czekania na wizytę. Zero siedzenia w przychodni. I jeszcze zadzwonią, żeby receptę odebrać. Jeszcze chwila a dostanę receptę elektronicznie a w aptece machnę internetem rzeczy NFC i automat wypluje odpowiednie pigułki.

A mi się marzy, by w in vitro dzieciakom oszczędzić zaszłości chorób zapisanych w genach, które mogą, ale nie muszą uprzykrzyć w przyszłości życie.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...