piątek, 2 czerwca 2017

Brak prądu

Obudziłem się rano (dla niektórych w środku nocy). Istotnym faktem w tej opowiastce jest to, że nie jestem jedynym rannym ptaszkiem w okolicy. Dość szybko odkryłem, że nie ma w mojej najbliższej okolicy prądu. Sprawdzone bezpieczniki w mieszkaniu, na klatce, w budynku. I nic, wszystko włączone. Wracając do siebie zerwałem kartkę z kontaktami z administracją i takie tam. Nie jestem tak zboczony, by biegać wszędzie z aparatem czy choćby smartfonem.

Zadzwoniłem do gościa od awarii. Ten jeszcze ziewał. Nawet mnie to rozbawiło, bo w tym czasie kiedy on próbował hamować ziewanie za oknem rozbrzmiał ptasi trel (co oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia dla tej historyjki).

Mieszkam w dość ciekawej okolicy. Jeżeli coś się dzieje, przez ok. dwie godziny wszyscy udają, że nic się nie dzieje. Później wychodzą na klatkę, bo kogoś usłyszą i pada znamienne:

„Czy ktoś już gdzieś zadzwonił?”

O ile, w PRLu gdzie posiadanie telefonu było luksusem, i zazwyczaj czekało się, aż ów ktoś zadzwoni tam gdzie trzeba - tak dziś na jedno mieszkanie przypadają co najmniej dwa telefony. I za złych czasów, przez krótką chwilę pełną naiwności i wiary liczyłem na posiadaczy tego cudu techniki, że gdzieś zadzwonią.

Dość szybko się zorientowałem, że w społeczności w której żyję, jedyną rzeczą, która pobudza innych współmieszkańców do jakiejkolwiek akcji to plotki.

W PRLu kończyło się to tak, że szło się z buta do najbliższej budki telefonicznej i z gorszą informacją niż jest dziś szukało się telefonu do pogotowia elektrycznego (dzisiejszy przypadek). Dziś wystarczy telefon czy komórka i podróż jest już zbędna.

Jeżeli kiedyś zdarzy Ci się czytelniku być tutaj i zostaniesz napadnięty (czego nie życzę) lub stanie się inna krzywda (tego również nie życzę) i zaczniesz krzyczeć o pomoc, wpierw się upewnij czy jestem w okolicy, bo nikt nie zadzwoni ani nie wyjdzie na pomoc, tylko będą patrzeć przez firanki co się dzieje, by móc później pod bramą licytować się kto widział dokładniej całe zdarzenie. I nie, to nie jest sarkazm. To się zdarzyło.

Wielokrotnie zdarzyły się jakaś awarie, kiedy byłem poza domem. Nikt niczego nie zrobił, nigdzie nie zadzwonił, dopóki nie wróciłem lub firma zarządzająca budynkiem tego nie zauważyła.

Swoją drogą… może kiedyś opiszę jak zmusiłem firmę budowlaną, która wymieniała kanalizację, do pracy a nie porzucenia swojej pracy w połowie, bo żaden prezes wspólnoty mieszkaniowej (jest ich pięć w jednym budynku) nie wiedział co zrobić.

Update. Problem rozwiązano w 20 minut od mojego telefonu. Kartkę z telefonami kontaktowymi przykleiłem na swoje miejsce.

Brak komentarzy:

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...