piątek, 18 grudnia 2015

Marsz 2: Slaba agitacja

W ubieglym tygodniu odbyly sie w Polsce marsze Komitetow Obrony Demokracji. W tym tygodniu jest kolejny. Jest to niepowazne.

Po pierwsze. Po tak szybko zorganizowanej akcji w calej Polsce, nalezy zebrac wszystkie informacje - zbedne czy nie. Przeanalizowac je. Zobaczyc jaki byl zasieg akcji. Jak zostala odebrana. Czy ludzie niezaangazowani, w ogole wiedzieli w jakim celu inni wyszli z domu.

Po drugie. Przygotowac sie, zorganizowac. Poprawic kanaly informacyjne,  sukcesywnie zwiekszac zasieg. Opracowac jakas strategie.

Po trzecie. Edukowac, edukowac, edukowac. Dzisiaj rozwiazalem sobie kwiz co ja wiem o TK. O dziwo cos wiem. Ale inni nie wiedza, albo im sie wydaje, ze wiedza. I podobnie jak z JOWami Kukiza informowalismy o co w ogole kaman, tak z TK tez to nalezy wytlumaczyc. Naprawde, da sie prosto. Nawet od biedy wikipedia moze pomoc.

Ale nie... "Jeden" marsz sie udal. JUPI! To zrobmy nastepny w kolejny weekend. A to ze jest ostatni weekend przed swietami? Ludzie przyszli raz, przyjda i drugi. Nie podzielam tego entuzjazmu. Ale moge sie mylic. Tak jak mylilem sie na poprzednim.

Nie pojde. I nie dlatego, ze zmienilem zdanie. Nie pojde, bo dowiedzialem sie dopiero dzisiaj. Mam juz plan na sobote.

Mam nadzieje, tak szczerze, ze to wypali mimo wszystko. Jezeli nie... No coz. Za poprzednich rzadow, niezadowoleni ludzie tez chodzili na marsze. Nawet podskakiwali. Ale tez zmarnowali potencjal. Nie tylko swoj, ale innych, lepiej przygotowanych ludzi do rozmow z rzadem.



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Marsz i marsz, statystyki i banialuki

Byl marsz. Marsz ludzi, ktorzy z reguly nie wychodzili wczesniej. Jacy to byli ludzie? Rozni. W roznym wieku, z roznym wyksztalceniem, z roznymi sympatiami politycznymi. Co ich laczylo? Niezgoda na gwalcenie prawa.

Tak szczerze, mam w dupie ile nas tam bylo. Czy bylo nas 1000 czy 20000 mniej. Trzeba bylo przyjsc i zobaczyc samemu na wlasne oczy. Tak samo jak ja, zrobilem to kilka lat temu i poszedlem na wiec PiSu. 

Liczyli jedni bylo wiecej, liczyli drudzy bylo mniej. Nawet chcialbym, zeby tak faktycznie, zeby bylo nas mniej. Liczy sie jakosc, nie ilosc.

Dodatkowo, ponownie wiekszosc Polakow zostala obrazona, nazwana gorszym sortem i sukinsynami (jezeli bedzie zbiorowy pozew, z przyjemnoscia sie dolacze). Ale nie zal mi tych bluzgow. Naprawde. Wychowalem sie w zlej okolicy. Obelgami rzucali we mnie ludzie z marginesu, mety spoleczenstwa, ktore czuly zagrozenie, ze wsrod nich zyje ktos kto sie ich nie boi, a nawet jezeli bal to ze strachu nie stal sie takim czlowiekiem jak oni.

Dowiedzialem sie tez, z profili poslow, ze to wszystko manipulacja, ze dalismy sie zrobic na szaro. I mowia ludzie, ktorzy sobie mordy wycieraja prawica, a sa bardziej czerwoni w swoich programach politycznych niz komunisci - a lud oswiecony ich wspiera. Mówienie o manipulacji nieco przypomina towrzyszy PZPR mowiacych, o ludziach nie zgadzajacych sie z wladza ludowa.

Ja wiem, polokoktowcy nas nie kochają. Ale my ich będziemy tak długo kochać, aż oni nas wreszcie pokochają.
Kingsajz, rez. Julisz Machulski
I my, gorszy sort Polakow, mamy sie bac? Mamy sie bac ludzi, ktorzy boja sie z nami rozmawiac? Ludzi, ktorzy ze strachu wymyslaja banialuki w socialach i swoich gadzinowkach?

Niestety, swiadome spoleczenstwo budzi sie pozno. Mam nadzieje, ze nie za pozno.

Uaktualnienie. Co prawda nie jest to pozew, ale cieszy, ze ktos poruszyl ten problem.



czwartek, 3 grudnia 2015

Kamerki "internetowe"

Miałem krótką, acz treściwą rozmowę ze znajomymi. Otóż jeden z nas miał zaklejoną plastrem kamerę w notebooku. Niby nic wielkiego, ale zrobiono z tego wielkiego "halo". No bo co on? Onanizuje się przed monitorem, że zakleja kamerę?

Nie należę do pokolenia, które było z każdej strony filmowane. Na ulicy, w szkole, w sklepie, w pracy - rzekomo dla naszego bezpieczeństwa. Nie wiem czy akurat przez te kamery czuję się bezpieczniej i czy faktycznie jestem bezpieczny, a nie tylko odarty z prywatności.

Czy lubicie kiedy ktoś się na Was gapi? Tak cały czas. Albo w sposób, którego nie możecie potwierdzić. Perspektywa czegoś takiego źle wpływa na człowieka. Siedzenie naprzeciw sztucznego oka też źle wpływa na człowieka, podobnie jak plecami do drzwi. Co ciekawe drugie nikogo nie dziwi.

Swojego czasu w notebookach nie było kamer. I tak szczerze, jakoś mi ich nie brakowało. Teraz sam też zaklejam te kamerki w notebookach. W mojej ocenie są całkowicie zbędne, bezużyteczne, nieefektywne - niska rozdzielczość, ciemne, wolne.
W innych urządzeniach jak telefon czy tablet też są instalowane. Bez bicia przyznaję się, że w tablecie używałem do wideo czatu jako efekt uboczny rozmowy telefonicznej... ale nigdy w telefonie.

W urządzeniach mobilnych mamy zazwyczaj dwa aparaty. Jeden przy wyświetlaczu drugi na obudowie. W telefonie, w narzędziu, które musi być wszystkim, kamera na obudowie jest nawet zrozumiała. Ale po co z przodu? Będziemy szli do autobusu i będziemy rozmawiać przez wideo? Widuję takich ludzi, konsekwentnie zaliczają wszystkie słupy i kosze na śmiecie. W tablecie jeszcze mogę zrozumieć, ekran w miarę duży. Można rozmawiać z kilkoma osobami jednocześnie i jest git. Tylko dla odmiany po co aparat z tyłu?

Dla mnie te rzeczy są zbędne. Gdybym mógł, wybrałbym modele bez tych "udogodnień" w postaci kamer w urządzeniach. Wolę więcej pamięci, lepszą klawiaturę, whatever.

UPDATE: dla mniej kumatych. Koszt aparatu w urządzeniu mobilnym zaczyna się dla aparatu przedniego - od 100 zł, tylnego - od 200 zł. Dla porównania modem w urządzeniu kosztuje ~300 zł.

niedziela, 29 listopada 2015

Zaangażowanie

Lubimy mieć o sobie dobre zdanie. Wiemy co jest słuszne a co nie jest. Angażujemy swoje emocje, kiedy widzimy ludzkie nieszczęście. Potrafimy słowem zareagować, klikiem, lubisiem. Po prostu jesteśmy zaangażowani.

A video posted by bagienny (@bagienny) on


Tylko wśród nas żyją takie wredoty jak ja, które wyrywają z komfortowego dyletanctwa, błogiej świadomości, że nie ma problemów.

Kiedy filmowałem poniższy materiał do swojego projektu, usłyszałem palących nieopodal uciemiężonych pracowników firmy gastronomicznej – po chuj to filmuje.

Właśnie dlatego. Może w tej chwili nic z tym nie zrobię, ani osoba, która też to widziała też się nie zaangażuje w jakąś pracę wolontariatu czy aktywną pomoc uchodźcom. Ale może świadomość tego jak nie tak dawno, w niebezpiecznych czasach ludzie potrafili wykazać się rozsądkiem i minimalizować straty, w przyszłości pozwoli uniknąć naszych (naszych, bo politycy przez nas wybrani mają obowiązek reprezentować NAS) błędów.

Mieliśmy dość barwną historię. Podbijaliśmy i byliśmy podbijani, i to tak skutecznie, że znikaliśmy. Uciekaliśmy i byliśmy uchodźcami. Kiedyś uciekaliśmy przed zaborcą, okupantem i towarzyszem. Byliśmy uchodźcami. Od czasów odzyskanej wolności jesteśmy uchodźcami ekonomicznymi.

Jesteśmy sercem z naszymi rodakami za granicą. Nieważne kim są. To nasi pobratymcy, nasi emisariusze, po prostu ziomy. Z jakiś powodów opuścili nasz kraj, oni lub ich rodzice czy przodkowie. Czy nie możemy zachować się tak jak ci, którzy przyjęli ich do swojego domu?


Dla zwiększenia dyskomfortu tym co uważają się za wierzących polecam lekturę Ewangelii wg św. Mateusza [25,34-46] - Biblia Tysiąclecia.

piątek, 27 listopada 2015

Czarny piątek

Wczorajszego wieczora dostałem pierwszą ofertę, i przyznam, że kuszącą – oprogramowanie za 800 złotych w piątek ma kosztować 200. Poważna firma to i poważne oferty rabatowe dla klientów.

Dzisiaj przetarłem oczy, spojrzałem na skrzynkę i oniemiałem. Każdy jeden sklep, każda usługa oferuje mi z okazji „czarnego piątku” rabat. Rabat ów niczym się nie różni od całosezonowych rabatów: 3 za 2, drugi produkt za złotówkę, 10% itd..

Nigdy nie mogłem zrozumieć czemu w Polsce nie ma faktycznych wyprzedaży. Nie dość, że sprzedaje się nam towary, które już zarobiły na siebie w krajach zachodnich jako nowość, to jeszcze przy opróżnianiu magazynów mamy płacić niewiele mniej od regularnej ceny. Jeżeli produkt jest niskiej jakości wówczas przecena może robić wrażenie.

Wyprzedaż zaczyna się od 50% wartości ceny. W Polsce maksymalna dochodzi do obniżka 20% (zdarzają się 50% upustu, ale z reguły na dwóch/trzech sztukach asortymentu).
Jako, że po 1 listopada zaczął się sezon przedświąteczny Bożego Narodzenia, sklepy i usługi mamią nas „ofertami”.

Czarny piątek ma swoje korzenie za oceanem, w konkretnie w kraju zwanym Stany Zjednoczone. Ten piątek nie jest jakiś szczególny, różnica wynika w rozliczeniu i by pozbyć się towaru, za który gdy stuknie 1 stycznia muszą zapłacić podatek od zysków (w uproszczeniu). U nas jest podobnie, tylko biorąc przykład z empiku towar tuż przed nowym rokiem jest zwracany do dystrybutora/producenta, by tego uniknąć (jakby ktoś się pytał czemu tylko evergreen są wówczas dostępne).

Nie ma polskiego czarnego piątku. Jest to zwykłe hasło reklamowe. Podobnie jak już stała reklama namalowana lub co częściej ordynarnie przyklejony afisz na frontowej szybie sklepu. Napisy „likwidacja sklepu – wyprzedaż”, „rabat od 50%” widnieją calutki rok. Te likwidowane sklepy są co najmniej kilku lat.

Nie dajmy się zwariować i poddawajmy się stadnemu wyrzucaniu pieniędzy na promocje.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Blog Day 2015

          Jest taki dzień w roku, i nie jest to ani Bożenarodzenie, ani Nowy Rok, ani dzień Kaca Dnia Wszelakiego, w którym coś się dzieje. Jest to dzień zwanym #blogday.

          Tegoż dnia, dajemy sobie pyska (a może po pysku?) i się chwalimy co my tam czytamy cichaczem w domowych pieleszach internetach. Wbrew nowomodnej fali, w tym dniu chwalimy się nie tylko blogrollem, ale też publikujemy we wpisie pięć blogasków, z którymi chcemy się podzielić.

Chomeland Polishizna - blog, który trąci nieco faszyzmem gramatycznym. Nieco, bo miast piętnować pomysłowość redaktorów, dziennikarzy czy jakiś tam celebrytów i innych polityków, doszukuje się głębszego przekazu w treściach mocno niegramotnych. Przodownikiem pracy jest Brezly. Tutaj fanpejcz.

Yegua bazgrze - Yegua-ha porzuciła drewniane kredki na rzecz cyfrowych. Zazwyczaj kadr z życia. Choć dziwne to życie. Zwierzątka gadają i bardziej sensowniej od człowieków.

Million - nikt nigdy nie dał nikomu nic za darmo. Nawet, żeby dostać w mordę trzeba zapracować. Andrzej na tropie swojego miliona.

Okiem obserwatora - blogasek o społeczeństwie, zdecydowanie na poważnie. To co nas gryzie, nurtuje, a także nurtuje Missjonash. Tutaj fanpejcz.

Zjedz Mnie - w zasadzie jeden z niewielu blogów, także do czytania a nie tylko do lizania. Chociaż to nie jest nawet złe. Poliżesz i masz czysty ekran. Zjedz Mnie szwenda się nie tylko w  kuchni i nie zawsze za jedzeniem. Tutaj fanpejcz, a tutaj gógielplus, a tu insty.

Zatem Wasze zdrówko, i pamiętajcie, że jutro do szkoły ;]

środa, 20 maja 2015

Wybory i co dalej?

          W 1989 roku kiedy weszliśmy w tzw. demokrację (złośliwie nazywane przez pewną subkulturę rządem w wersji demo), weszliśmy jednocześnie w świat do którego i dziś nie jesteśmy przygotowani. W świat ekonomii globalnej. Mimo 26 lat nie odrobiliśmy żadnej lekcji. Jesteśmy małym państwem, wewnętrznie skłóconym, w którym jedna grupa chce wszędzie stawiać krzyże, druga powołuje instytucje, by udowodnić, że PRL to dzieło szatana, inna… No tak. Nie ma innych.

          Nie jesteśmy partnerami na świecie. Nie produkujemy ani też nie dostarczamy usług, które są rozpaczliwie pożądane na świecie. Nie wiem czy w istocie coś mieliśmy interesującego dla świata, ale nie dane nam było się o tym powiedzieć, bo lud przemówił. Lud przemówił i zapomniał. Otóż każdy pełnoletni obywatel w raczkującej III Rzeczpospolitej otrzymał akcję. I miast zachować się jak prawdziwy patriota, zatrzymać dla siebie ową akcję i skupować od wrogów ojczyzny ich akcje, by nie dopuścić, by polski majątek poszedł w obce ręce, szybko spieniężył tę akcję. Jak mi patriota mówi, że Polskę sprzedano, to pytam się „gdzie Twoja akcja?”  Ten drobny świstek w rękach obywateli zaważył na polityce gospodarczej. Kto ma te akcje dziś? Patrioci? Nie wydaje mi się.

          Pozostałości PRLu w postaci publicznej służby zdrowia, publicznej edukacji (samo zło, nie?) oraz uprzywilejowanych grup w społeczeństwie: rolników, górników, służb mundurowych (tej grupie, został podniesiony wiek emerytalny, niestety o 20 lat za późno) ciążą na wydatkach publicznych. Jeszcze przez długie lata stocznia była sporym obciążeniem dla obywateli – nie będę pisał rządu, bo co prawda to truizm, ale trzeba każdorazowo powtarzać rząd nie ma żadnych pieniędzy, to są pieniądze obywateli. Możemy się solidaryzować z rolnikami czy górnikami, ale zajrzyjcie do swoich portfeli. Wiecie skąd macie pieniądze - ze swojej pracy, ale nie wiecie gdzie idą podatki z tych pieniędzy? Idą także na publiczną służbę zdrowia, edukację i całą resztę.

          Brutalnie upraszczam sprawę, bo wydatków jest znacznie więcej. Trwonionych pieniędzy na inne cele również jest więcej. Upraszczam, bo są rzeczy, które moim zdaniem państwo powinno zagwarantować lub ułatwić dostęp. To jest wpis na blogasku, a nie analiza wydatków publicznych czy wprowadzenie do finansów publicznych.

          Jesteśmy biednym krajem, który jest cholernie zadłużony. Absolutnie żaden polityk nie będzie miał jaj, by zrobić to co powinien: zakręcić kurek z pieniędzmi i zacząć spłacać nasze długi. Nie zrobi tego, za to obieca, że wyda jeszcze więcej naszych pieniędzy na ludzi, który potrzebują pomoc. Wyda pieniądze z naszych portfeli.

          Zwykle w tym momencie spotykam się, że utrzymanie urzędników i innych pasożytów dużo kosztuje. Otóż nie. Suma na utrzymanie tych pasożytów jest spora i może włos się na głowie jeżyć, że to aż tyle. Tyle, że w skali dla jednego człowieka, a nie w skali kraju. Pytanie czy są potrzebni? Oczywiście, że nie. Najlepiej zostawić jednego na miasto, skróci to wszelkie kolejki oczekujących, nieprawdaż? Likwidacja paru etatów musi się pokrywać z redukcją usług państwa na rzecz obywateli.

          A więc co? Rozwiązań jest kilka. Trudno powiedzieć, które z rozwiązań byłoby dobre. Egzystujemy w gospodarce globalnej i niestety to nie jest uzależnione od własnych podwórka. W socjaliźmie mieliśmy zamkniętą gospodarkę (rzekome nagie haki), teraz mamy otwartą (brak haków i dykta zamiast jedzenia).

          Lubię się posługiwać analogią do domu. Polska jest naszym domem (także literalnie). Nasze wydatki to energia, woda, kanalizacja, ubezpieczenie, telewizja satelitarna, telefon komórkowy. Nie jesteśmy w stanie zarobić, by to wszystko utrzymać. Dodatkowo dach przecieka, zbiornik szamba należy już wymienić, bo niedługo się rozpadnie. To co robimy? Ano, dalej płacimy za internet, komórki i telewizję. To jest dobre i tego potrzebujemy. A jak brakuje to bierzemy kredyt z banku. I tak ciągniemy przez lata. A nasze zarobki stoją w miejscu. Analogia jest zrozumiała dla każdego kto się zajmuje budżetem domowym. Jeżeli nas na coś nie stać i nie jest niezbędne do życia to rezygnujemy z tego i zaczynamy żyć oszczędnie i sukcesywnie spłacać kredyt. A dziecku nie kupujemy najnowszej konsoli tylko piłkę do zabawy.

          To wszystko jest jasne, dla każdego. Pytanie dlaczego podczas wyborów ludzie używają dupy zamiast głowy? Dlaczego nie sprawdzą programu wyborczego danej partii czy kandydata, tylko skupiają się na tym co ci "oni" opowiadają w telewizji czy internetach? 26 lat demokracji i nadal nie wiemy, że to jest pudrowanie? Kiełbasa wyborcza? Sprawdź program wyborczy partii i kandydata. Zwróć się do jego sztabu z pytaniem, na które chcesz uzyskać odpowiedź. A jeżeli już ów kandydat znajdzie się w urzędzie do którego startował, to Twoim obowiązkiem jest wraz z innymi obywatelami żądać realizacji jego programu.

          Zatem, w najbliższych wyborach, nieważne na kim postawimy krzyżyk, pamiętajmy: prezydent odpowiada przed nami, przed obywatelami, przed narodem a nie przed partią.

sobota, 25 kwietnia 2015

Żryj ten gluten, jeśli chcesz

          Otrzymałem kolejny link do artykułu o tym jaka dieta bezglutenowa jest chujowa. Kolejna okazja do wykazania jaką głupotą kierują się ludzie, którzy wyeliminowali ze swojego zestawu żywieniowego gluten.

          Nie będę się na nic powoływał, nie będę przedstawiał wyników badań i tym podobnym. Absolutnie lata mi to koło pióra czy ktoś będzie jadł produkty zawierające gluten czy nie. Nie jedzenie glutenu nie ma ubocznych efektów, więc pytanie po cholerę się tak spinacie glutenożercy?

          Twórca odkrycia "gluten jest be" rzekomo zrewidował swoje wnioski (tu info dla ludzi atechnicznych - te badania nie są reprezentatywne, a po lekturze można powiedzieć, że badania były tendencyjne). W tym wszystkim dziwi mnie to, że mądre głowy: naukowcy, lekarze, blogerzy, którzy za wyznacznik swojej działalności stawiają sobie motto "science bitch" nie sprawdzili czegoś innego. Istnieją inne badania, dużo starsze i już potwierdzone przez światek naukowy i medycyny... ale nikt po nie nie sięgnął. Mogę wietrzyć w tym spisek, celowość działań i złą wolę wszystkich nastawionych na nie. Jednak jako techniczny mogę tylko wskazać jeden (i prawdopodobnie jedyny) powód dlaczego tego nie zrobiono - zafiksowanie na jednym temacie, obalić pogląd, że gluten jest szkodliwy. I bardzo dobrze, każdy temat powinien być porządnie zbadany z każdej strony. Ale póki co, pierdolą. Niech udowodnią, że jest to głupota, poświęcą swoje granty na walkę z kolejnym zabobonem. Jestem za tym. Srsly.

          Nie mam celiaki, nie jestem uczulony na gluten. Pod kontrolą lekarza odstawiłem gluten z innych powodów niż moda. Czy moja dieta się zmieniła? Tak, nie ma w niej glutenu. Poza tym jem to samo co wcześniej.

          Od lat 90tych ładuje się w wędliny barwniki, emulgatory, skrobię modyfikowaną (hint. nie jest to GMO), gumę guar, karagen i co przyjdzie im jeszcze do głowy. Gluten też jest, jakoś trzeba te resztki mięsa powiązać z resztą towaru, które w dużej dawce nie są szkodliwe. Nie znalazłem informacji na temat wieloletniej "ekspozycji" na te _nieszkodliwe_, w małych ilościach, składniki.

          Gdzie można znaleźć gluten oprócz wędlin? Pytanie powinno brzmieć gdzie go nie ma. Jest dodawany do frytek, przypraw, jogurtów, serków, słodyczy etc. ba! nawet do mięsa mielonego.

          Przyznam się, że w latach 90tych zepsuł mi się smak. Ser żółty przestał być serem żółtym, mleko zostało domyślnie wysterelizowane, wędlina wyglądem zaczęła przypominać te ze zdjęć w Pewexie a w smaku dyktę. Nie ma co, postęp i ogólny dobrobyt.

          Mina jaką miałem kiedy mi lekarka przedstawiła to voodoo w postaci bezglutenowej diety była podobno bezcenna. Tyle, że ktoś kto nigdy nie chorował poważniej nie zrozumie, że spróbuje się wszystkiego, by tylko być zdrowym. Efekt diety bezglutenowej zobaczyłem w wynikach krwi. Wtedy uwierzyłem.

          Zatem drogie misie, bujajcie się.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Potrzebna pomoc

          Przeczytałem dzisiaj na stronie tatromaniak.pl apel o pomoc. Przyłączam się do apelu i mam nadzieję, że Wy także to zrobicie.

          Poniżej jest film Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej - Akcja ratunkowa Babia Góra. Potrzeba obejrzeć ten film 100 000, aby fundator zakupił niezbędny sprzęt do ratowania życia. 




UPDATE: niestety, znów wyszło jak zawsze. Szczegóły pod adresem http://tatromaniak.pl/aktualnosci/c/wyswietlenia-filmu-dla-gopr-akcja-nieaktualna-sponsor-sie-wycofal

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jestem z...

          Dzisiaj usłyszałem wraz ze znajomym jak początkujący nastolatek przemawia. Każdy słuchał go z rozbawieniem. Trudno mu nie było w kilku kwestiach nie przyznać racji, jego wypowiedź była spójna i z zawierała zrozumiałą argumentację. Słuchając go jako tła na równi wentylatorów przez chwilę zastanowiłem się na ile to co mówi ów młody człowiek jest jego manifestacją niezależnego myślenia a na ile powieleniem wypowiedzi swoich rodziców.

          W pewnym momencie znajomy stwierdził, że to dzieciak z miasta. Nie za bardzo rozumiałem czemu, akurat tylko z miasta miałby się tak wypowiadać. W pamięci zacząłem szukać jakiś realnych przykładów, z którymi sam się zetknąłem. Nie znalazłem, najmłodsze pociechy znajomych, które znam są tylko z okolic co najdalej podmiejskich.

          Rozbawiło mnie to, bo srsly nie widzę de facto różnicy pomiędzy dzisiejszym dzieckiem z miasta czy ze wsi (różnice widziałem jedynie w starych filmach) . Uproszczając. Internet wyrównuje dostęp do wielu rzeczy. Ponadto inwestuje się, nie tylko z europejskich funduszy, w rozwój regionalny, co oznacza to w kulturę . Przybiera czasem to dziwną postać, ale jednak. Intelektualnych różnic nie znajduję.

          Co mi przypomina, jakąś odwieczną (mierząc skalą swojego istnienia) niechęć ludzi ze wsi do miastowych. Spotkałem się, też z odwrotną sytuacją. Jednak zarówno mnie i moje towarzystwo pierdoliło i pierdoli czy ktoś jest z miasta, z miasteczka czy ze wsi zabitej dechami, gdzie co rano doi się bizony. Bardziej interesuje nas to jakim człowiek jest niż skąd pochodzi. No ale według stereotypów ja mam wielkomiejskie myślenie i gender i w ogóle ;]

niedziela, 8 marca 2015

Dzieci dorastają

          Przeczytałem tekst jednego z blogerów Antyweba i nasunęła mi się refleksja "dzieci dorastają". Choć dla części ludzi zawsze będę tym młodym, tak naprawdę jestem dinozaurem w świecie internetu. Jeszcze nie skamielina, a żywym organizmem. Co mnie odróżnia od tych "dzieci" to doświadczenie, którego one nabiorą za lat kilka lub kilkanaście. Nie jestem złośliwy, to rezultat wieloletniej obserwacji. A sam tekst warto wziąć sobie do serca.

          Nerwowe zerkanie, co kilka minut na telefon, bo dostaliśmy z dowolnego miejsca pinga już zostało dostrzeżone, ze źle wpływa na funkcjonowanie człowieka. BA! Nawet ma tuż swoją nazwę, ale nikt o tym już nie pamięta. Człowiek jest w ciągłym stresie i gotowości, przez to jest nieefektywny, rozproszony. Ma problem na skupieniu się na jednym zadaniu, o jego zrealizowaniu już nie wspominając

          Przypomina mi to nastolatka, który jednocześnie gra, słucha muzyki, odrabia pracę domową, czatuje i ogląda film. Wszystko w porządku, wszystko pamięta, ale w niczym tak naprawdę go tak nie ma. Czy z tym należy walczyć? Wydaje mi się, że samodzielnie dostrzeże problem. Czytanie i słuchanie muzyki spoko. Granie i odrabianie pracy domowej już nie. Ale to dzieciaki, i żeby nie było, że byłem lepszy ;]

          Na zaawansowane zarządzanie powiadomieniami trzeba będzie jeszcze długo poczekać. Jest to w chwili obecnej nierentowne. A sami użytkownicy, znaczy w swojej masie ilorazem inteligencji sięgają raptem doniczki z petuniami (po konsultacji, informuję, że to podobno geekowski dowcip), więc projektanci apek zaspakajają najprostsze potrzeby, ale nie zaawansowanych użytkowników.

          Można jednak sobie z tym poradzić i to za pomocą dostępnych narzędzi. Wymaga to jednak wiedzy stricte informatycznej oraz umiejętności zarządzania własnym czasem. I tak też czynię. Ale nie wzięło się to z dnia na dzień. Wymagało to lat, by wypracować określone scenariusze postępowania. Część odrzucałem całkowicie, część mniej lub bardziej modyfikowałem. To know how przyniosło mi również pieniądze.

          Wczoraj na mój widok smyrającego na tablecie padło stwierdzenie, "że mam centrum dowodzenia w ręku" i tak jest w istocie. Nie tylko dowodzę swoim życiem prywatnym, ale tez służbowym, kontroluję funkcjonowanie kilkunastu sajtów i paru serwerów. W przypadku urządzeń mobilnych - rozwiązań do tych działań na rynku low czy mid-endowego nie ma więc stworzyliśmy ze znajomymi własne. Korzystam ze smartwatcha, ale nie podskakuje jak rażony piorunem, kiedy dostaje powiadomienie, pomimo że, aplikacje mienią się odcieniami setek powiadomień.

          Wracając do tekstu. Podczas lektury zastanawiałem się, kiedy niedzielny meloman ze słuchawkami na uszach, przemieszczając się z punktu A do punktu B, wpadnie na to, by użyć odtwarzacza, w którym może wyłączyć powiadomienia. Albo lepiej, że dedykowane urządzenie do słuchania muzyki jest lepsze (tak jest w istocie).

          Bycie on-line, nie oznacza bycie niewolnikiem. A co do stwierdzenia, że kiedyś było inaczej i nie było hmm zasięgu ;] Z przyjemnością informuję, że mnie dalej jest łatwiej znaleźć w terenie niż się skontaktować... Chyba, ze zna ścieżkę jak się skontaktować ze mną natychmiast. Ci co znają, szanują mój czas i jeżeli im się świat nie wali lub go przejęli nad nim władzę, nie zawracają mi dupy pergolami, bo rzucili słit focie. Jak będę wyluzowany i postanowię aktywnie włączyć się w zaśmiecanie infosfery, wówczas z przyjemnością zobaczę wszystko ;]

          Polecam off-line jeszcze z innego powodu. Bycie niedoinformowanym co się dzieje w świecie jest fajne. Nie dość, że nie zaśmiecam sobie pamięci rzeczami, które mnie nie dotyczą, nie obchodzą czy nie mam na nie wpływu, to jeszcze mogę uczestniczyć w rozmowie, w której ktoś twarzą w twarz opowie mi o co szyszunia. Jest to miło. Srsly.

niedziela, 1 marca 2015

Koniec weekendu

          Często czytam w sieci o tym, jak to młodzież nie potrafi się tak zajebiście bawić jak my onegdaj. Pominę sprawę strzelania babek w piaskownicy, bo raczej nie mieliśmy na to zbyt wielkiego wpływu, a rozrywki nie szukaliśmy sami, tylko nam ją serwowaną. Powiedzmy, staliśmy się na tyle niezależni, by wyjść poza znane okolice i zniknąć z oczy rodzicom, ku ich uciesze a później zmartwieniu, kiedy nasza eskapada przeciągnęła się w czasie.

          A teraz co? Siedzą z tymi smartfonami, tabletami (chwilę temu jeszcze przed komputerami) i nic robią tylko macają te ustrojstwa, a za oknem słońce wyszło. Część rodziców się nawet cieszy. Bo za tym oknem na każdej ulicy czeka pedofil, bandyta, złodziej, groźne zarazki, zombie i cała reszta. Z tym się nie da wygrać. Takim rodzicom, aż strach mówić, że tego zła nie jest więcej. Teraz to zło się wyłapuje i nagłaśnia w mediach. A straszniejsza rzecz jest taka, że nie zna się ani dnia ani godziny ani miejsca, kiedy owo zło może się przytrafić.

          Ale pomijając tę ciemniejszą stronę życia. Jest dziecko, na tyle duże, że na plac zabaw już się nie zmieści, a na tyle małe, że do nocnego klubu na melanż się nie uda. To co ma zrobić, jeśli ma ograniczyć kontakt z piekielnymi urządzeniami mobilnymi? Do galerii? Może, ale nie po to, by podziwiać prace Canaletto, czy jakiegoś tam... no jak mu tam Matejki. Ale na bauns w galerii trzeba mieć hajs, a tego nie zawsze styknie na cały miesiąc.

          Za moich czasów, nie było kieszonkowego. Może to niechlubne i mocno niewychowawcze, ale jak były potrzebne pieniądze to się zwyczajnie szło do rodziców poprosić o pieniądze do kina czy na basen. Jak się szło na wędrówkę po mieście, wychodziło się zwyczajnie gdzieś i jedynym wyznacznikiem był powrót o przyzwoitej porze. Raz, by nie oberwać po uszach, a dwa, żeby milicja nie przywiozła do domu ;] Bez pieniędzy w kieszeni, bez fastfoodów (ok, przepraszam, były bułki z pieczarkami) głód nas dopadał gdziebądź. Bez kart z pejpasami też sobie nieźle dawaliśmy radę. Znajdowało się kilka butelek po piwie czy po wódce i było na jedzenie. Bułka wrocławska i ptyś w Samie. A jak jeszcze dobrze poszło, to zostały drobne na bilet i można było brykać dłużej na mieście.

          Tak, to były czasy. Tyle... że nie pamiętam zbyt wielu rówieśników, którzy cokolwiek robili. Siedzieli w domu albo na podwórku, trzymając się trzepaka lustrowali teren i tworzyli sieć społeczną. Chodzenie do kina czy do teatru srsly? Nie wiem, może chodzili na poranki a potem im się znudziło. Z głupot jakie jeszcze wyczynialiśmy pamiętam jak z legitymacją Ligi Ochrony Przyrody terroryzowaliśmy okolicę za to, że ktoś wlazł na trawnik ;]

          Ale to my. Ładnie opowiadać jak się biegało po podwórku, grało w klasy, w gumę. Może tak było gdzie indziej, w mojej okolicy panowała moda na alkohol, kompot i bicie słabszych. Oczywiście dużą niesprawiedliwością byłoby stwierdzić, że wszyscy nic nie robili czy choćby wmawianie Wam, że nic nie robiliście. Ale książki o tym nie będę pisał.

          To jednak było. Zmieniło się. My się zestarzeliśmy. Technika poszła do przodu, i?

          Tak uczciwie, przed sobą, narzekający proletariacie, który wyrósł na niepasteryzowanym mleku, na tę dzisiejszą młodzież - przyznajcie się, co robiliście w weekend, poza rzeczami, które spadły na Was niechciane a nazywanymi sprawami dorosłych? Podejrzewam, że po całym tygodniu pracy, jedynie na co macie ochotę to dwudniowy romans w łóżku (czy raczej z łóżkiem), a forma aktywności zarówno fizycznej i intelektualnej to pukanie w ten mały szklany ekranik ;]

Udanego... przyszłego tygodnia ;]

wtorek, 10 lutego 2015

O pewnej aferze

          Wybuchla afera. Wlasciwie aferka, bo wiekszego znaczenia tak naprawde nie ma. Okazalo sie, ze na prestizowy konkurs Blog Roku mozna bylo kupic glosy.  No po prostu dramat.

          Konkursy, w ktorych liczy sie platna popularnosc w postaci smsow na konkretna pozycje zawsze sa obciazone tym ryzykiem. Zwlaszcza jezeli komus na tym zalezy. Pojawily sie glosy, ze to nieuczciwe i w ogole. Moze. Nie znam sie. Ale tak na dobra sprawe, niemal kazdy kto korzysta z internetu predzej czy pozniej spotkal sie z prosba o oddanie glosu. Czy to klikniecie czy to wyslanie smsu. Czy to jest uczciwe? No przeciez wspieramy naszego ziomka. Kwestia tutaj sie rozbija jak duzo mamy dobrych ziomkow na fejsie, jezeli ich nie mamy... to se ich kupimy ;]

          Oczywiscie taki ranking popularnosci nie jest przypisany tylko konkursom w internecie. Tak samo dzieje sie na rynku ksiegarskim czy muzycznym, wykupuje sie caly naklad ksiazek, plyt tylko po to, by zgarnac jakas nagrode. Nihil novi sub sole (sie chodzilo do podstawowki, a co!)

          Konkurs w ktorym zasiada jury, ktore ma jakies doswiadczenie w danej materii to, w moim odczuciu, jest prawdziwym konkursem. Owszem konkurs popularnosci tez jest mile widziany, bo opinie miedzy tym co rozum a co serce, czesto bywaja rozbiezne. Poza tym wzbogacaja cala zabawe, a przeciez o nia tutaj chodzi.

sobota, 31 stycznia 2015

Akcja - Wybierzmy wspólnie lektury najmłodszym uczniom

          Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej jest projekt/konkurs na propozycje książek/lektur dla uczniów szkół podstawowych. Naprawdę świetny pomysł. Po tylu latach, ktoś się w końcu zrozumiał, że to jest serwowane w szkołach tylko zniechęca. Podejrzewam, że gdybym przygodę czytelniczą rozpoczął w szkole, dzisiaj czytałbym jedynie etykietki z cenami.

          Usiadłem zadowolony, zobaczyłem puste pola i... zaciąłem się. Moja wiedza na temat małolatów jest nieco większa niż przeciętnego Kowalskiego choćby z powodu, że przez ponad 10 lat pracowałem w szkole. I to co czytałem w wieku 7-13 albo zestarzało się (choćby książki Hanny Ożogowskiej) albo jest zbyt trudne nawet dla ludzi dorosłych (tak, moje pokolenie jest zryte i czytało Joyce'a pod ławką na polskim).


          Ale pomyślałem, że jeżeli dam Wam link to sami coś zaproponujecie (tylko błagam nie Bajki Lema ani nic Tolkiena -> dzieciaki tego nie trawią). A może sami też komuś prześlecie link dalej.

men.gov.pl/index.php/58-nie-przypisane/1642-ankieta

Update. Niestety niby poważny serwis, z którego otrzymałem tę wiadomość nie popisał się. Ja również się nie popisałem, bo nie zweryfikowałem czy konkurs jest aktualny. Zobaczyłem ankietę to postanowiłem się z Wami podzielić.

niedziela, 11 stycznia 2015

Cyk i pstryk


      Przeczytałem ponownie tekst na Fochu (swoją drogą polecam jego lekturę). Za pierwszym razem mi się spodobał, za drugim również. Dla leniwców, którym się nie chce: autorka napisała o swojej miłości do fotografii analogowej zarówno tej na kliszy, jak i tej „polaroidowej” z całą chemią w zdjęciu.

      Myślę, że należę do pewnego pokolenia w którym bardzo wiele rzeczy przeszło i przechodzi do lamusa. Poznałem komputery 8bitowe i 16bitowe o kompletnie innej architekturze sprzętowej niż obecna, korzystałem z taśm i kaset magnetofonowych, płyt winylowych (chociaż te przeżywają swoją kolejną młodość), aparatów fotograficznych na błony. A za chwilę do lamusa pójdą książki, płyty CD i DVD...

      Swoją przygodę z fotografią rozpocząłem dwadzieścia dziewięć lat temu. Do późnych lat 90tych używałem błon czarnobiałych, jak i kolorowych. Ale zdarzało się, że w nowym milenium utrwalałem obraz w stylu oldschoolowym.

      Odbitki, które powstawały w drugiej połowie lat XX wieku, czeka ten sam los co książki, o których chwilę temu pisałem. A to za sprawą technologii i procesu produkcji papieru fotograficznego. Obecnie jest on bardzo nietrwały. Odbitki, które zostały wykonane wcześniej są lepiej zachowane (przyjmując, że ktoś ich zwyczajnie nie wrzucił do pudełka po butach, tylko klasycznie przechowuje je w albumach fotograficznych) niż te wykonane później. O odbitkach wykonanych w salonach typu express nawet nie ma co wspominać.

      Aktualnie robienie zdjęć na błonach to kosztowne, ale to bardzo kosztowne hobby. Jeżeli ktoś chce się sprawdzić i zrobić na zwykłym filmie 36mm. Jednak jest to mocno amatorskie podejście. Kto nie próbował wcześniej jest idealnym początkiem, ale prawdziwa zabawa i wyzwanie to wielkoformatowa fotografia. Wymaga ona więcej pracy, nauki i... pieniędzy,. I to całkiem sporo, tych pieniędzy ;] Ale zrobienie zdjęć to jedno, drugim etapem jest wywołanie filmu, a następnie wykonanie odbitek.

      W tym miejscu podziękowałem. Jeżeli ktokolwiek choć raz miał do czynienia z robieniem odbitek nigdy nie wypomni czy amatorowi czy profesjonaliście, że modyfikuje swoje zdjęcia na komputerze (czy jak to już bywa w samym aparacie). Nie mam na myśli tylko poprawianie zdjęć, ale też jego modyfikację czy zabawę.

      Ciekawostką było to, że zdjęcia, które wykonałem musiałem mieć dobrze opisane (pamiętałem każdą cholerną rolkę filmu) i kiedy oddawałem je do laboratorium opisywałem jak te zdjęcia były robione i jaki chcę uzyskać efekt. W skrócie, jeżeli wykonywałem zdjęcia astronomiczne, w dzień czy w zimie miało to ogromne znaczenie w późniejszym procesie robienia odbitek. Dlatego zanim je się zrobiło wykonywało się kopie stykowe potocznie stykówka (później nazywano to foto indexem, były to zdjęcia na jednej odbitce 1 do 1 bez powiększalnika). A samodzielna zabawa wywoływania, robienia własnej ciemni w domu? Srsly? Przy czarnobiałej fotografii można było się jeszcze w to bawić, ale w kolorze można było o tym zapomnieć.

      W swoim tekście Natalia wspomina także o niedoskonałościach fotografii tradycyjnej. Trudno mi jest się tak bezpośrednio odnieść. Moje zdjęcia były wykonywane aparatami, bez bajerów, nie było w nich ani autofokusa, ani światłomierza. Bywały nieudane, ale doszedłem do wprawy, że proponowano mi pracę w fotografa i fotografika. Obecnie psuję zdjęcie zanim je wykonam ;]

      Ale nim doszedłem do wprawy, sprawa z fotografią wyglądała nieco inaczej ;] Nie wiem czemu, ale już jako dzieciak robiłem inaczej zdjęcia niż reszta. Zupełnie inaczej kadrowałem, robiłem zdjęcia z zaskoczenia (teraz to norma, ale w latach 80tych nawet mężczyźni poprawiali ubrania i włosy przed zrobieniem zdjęcia). I... UWAGA robiłem sobie sam zdjęcia. Tak, robiłem sobie selfie lustrzanką z ręki. Dodatkowo po wielu latach używania jednego aparatu, człowiek uczył się co potrafi a czego nie potrafi jego aparat i obiektyw. Tak naprawdę wtedy zaczynała się fotografia.

      Brzydkie zdjęcia... najczęściej wynikały z chujowej błony. Do dzisiaj mam żal do błon firmy ORWO, o ile zabawa zabawą, część zdjęć po prostu chciałem mieć. W latach 90tych nie było stać na Kodaka, więc tłukło się na ORWO z nadzieją, że wyjdą.

      Efekty, które można uzyskać na błonie można w pewnej części osiągnąć i w cyfrówkach. Efektów związanych z samą błoną siłą rzeczy nie da się osiągnąć bez ingerencji w późniejsze zdjęcie, a to moim zdaniem jest bezsensowne. Ale całą resztę? Dziwne powiększenie, rozmycie, poruszenie, niedoświetlenie, prześwietlenie... wszystko się da osiągnąć i podobnie jak w tradycyjnej fotografii to są rzeczy zależne od aparatu. Nie wierzycie? Idźcie do sklepu i kupcie najtańszy aparat ;] Dla miłośników dziwności z zasobniejszym portfelem są aparaty dedykowane do lomografii (same aparaty nie są drogie, zabawa zaczyna się od kupna filmu, wywołania i zrobienia odbitek lub skanów).

      A dziś? Lubię zdjęcia nietypowe, to co mnie zafascynuje lub przyciągnie moją uwagę. Robię masę kotletów, często lecę i robię w ruchu (swoją Vilią robiłem zdjęcia z biodra, robiąc fotki na czuja), a przy byle papierku przyklejonym do kruszejącego tynku potrafię spędzić kilka godzin. Nie interesują mnie ładne, poprawione zdjęcia, zwłaszcza te stockowe.

      Zamiłowanie do fotografii czarnobiałej pozostało, zdjęcia są w tej kolororystyce są wykonywane bezpośrednio w aparacie (prowadzę blog od 10 lat, który aktualnie znajduje się pod tym adresem blog.bagienny.net), szaleję również w kolorze (niedawno dojrzałem do tego, by swoje kiksy i inne paskudztwa emitować w świat kolorowy.bagienny.net). A Wam niezależnie czy się bawicie amatorsko czy profesjonalnie i niezależnie od używanego sprzętu na błonę czy na kartę pamięci, robione telefonem, suszarką, kompakt, DSLR czy ekspresem do kawy – czerpcie z tego przyjemność, bo o to w tym chodzi ;]

sobota, 10 stycznia 2015

CTRL+C CTRL+V

      Dzisiaj czytając kolejne wpisy na blogach i „blogach” uśmiałem się serdecznie. Jedną z tych rzeczy była ta grafika.


      Druga rzecz rozśmieszyła mnie nieco inaczej. Otóż znany bloger i fachowiec stracił dane w chmurze. Nie jest istotne kto, bo ani fame'u ani flame'u nie chcę mieć/produkować. Rozbawił mnie fakt, że ktoś dobrze obcykany z technologiami zawierzył czemuś tak zawodnemu jak chmura, w dodatku DropBoxowi. Kiedyś ludzie dzielili się na tych co robią backupy i na takich, którym nie dupnął dysk. „Zmiana” technologii nie powinna zmieniać naszych przyzwyczajeń. Lubimy swoje śmieci? Swoje pliki związane z naszym osobistym życiem i pliki z naszą pracą? Używamy backupu. Jest to nudne i żmudne zajęcie. Nigdy nie ufałem i nie zaufam całkowicie automatycznemu backupowi. Korzystam, ale co jakiś czas wykonuję ręcznie. A co zrobić kiedy nie chce się brykać z dyskami po kieszeniach i mieć pewność, że pewnego dnia nic nie zniknie? Używać więcej niż jednej chmury, dobrze jest też przy niewielkiej inwestycji zafundować sobie domową chmurę. Problemem we wszystkich rozwiązaniach jest kwestia dobrego zabezpieczenia. Do ochrony plików może służyć PGP, ale innym zagadnieniem jest sam dostęp do nich.


czwartek, 8 stycznia 2015

Wolność "słowa"


       Przeczytałem wczoraj o zamachu we Francji, dla tych, którzy nie wiedzą co się stało, krótkie wprowadzenie. W 2012 roku we francuskim czasopiśmie satyrycznym Charlie Hebdo opublikowano kilka rysunków, których bohaterem był Mahomet (prorok muzułmanów). Wczoraj do redakcji wydawnictwa wtargnęło dwóch mężczyzn i otworzyli ogień. Zginęło 12 osób, a 11 zostało rannych. Jak wyglądały nagłówki naszych dzienników? Świetne zestawienie zrobił Faktoid.



      Kwestią smaku jest poziom satyry, ale w pewnym momencie satyra musi przypierdolić, by coś uzmysłowić. Nie będę wnikał co "poeta miał na myśli". Mnie zastanawia w tzw. wolności słowa, którą brutalnie chcą odebrać we Francji, jak ona wygląda w naszym kraju.

      Pomijam pieniaczy, którzy kalumniami czy pomówieniami chcą coś zdziałać. Kiedy się robi porządek z bydłem, to piszczą, że nie ma wolności słowa. Owszem ma się prawo do swobodnej wypowiedzi tego co myśli (tylko najczęściej się nie myśli). Jednak jak to z wolnością bywa, owa wolność może ograniczać czyjąś inną. A jeżeli już się tak stanie, sprawa najczęściej ląduje w sądzie. Wówczas w paragrafach można zapoznać się jaką ona ma cenę. Zazwyczaj wysoką. Stąd też w naszym państwie nie ma takiego Charlie Hebdo, mamy co prawda tygodnik NIE, który redakcję może przenieść do sądu (choć może się mylę i tych pozwów nie ma aż tylu).

      I w zasadzie na tym tygodniku sprawa się kończy. Nie ma u nas nikogo, kto by pojechał po bandzie, zszargał świętości, wsadził palec w oko hipokryzji. Za bardzo cenimy sobie wolność osobistą, by ją narazić i korzystać z wolności słowa.

      W sumie te sądy są lepsze niż kiedyś cenzura. Tyle, że cenzura nie puszczała za często chłamu. Teraz jej nie mamy. Teraz są sądy, odszkodowania i twór zwany poprawnością polityczną.

środa, 7 stycznia 2015

Ofys Mikromiękkiego na Andku

      Od jakiegoś czasu stałem się malkontentem produktów i usług Google. Polityka firmy nie wnerwiła mnie jak dotąd, by przestać i zacząć korzystać z innych narzędzi (poczta, video, mobilny system), ale coraz mniej mi pasuje system Google jako użytkownikowi. Przestałem korzystać z ich usług Docs, Sheets, Drive (chociaż z tego ostatniego korzystam pośrednio poprzez pocztę czy choćby tego blogaska). Zamiast tego korzystam z płatnej wersji Microsoft Office (nie, to nie jest wpis sponsorowany) w połączeniu z pocztą Outlook i dyskiem Onedrive jest to zajebisty zestaw do pracy. I o ile na Ubuntu piszę głównie w Libre Office (przez dłuższy czas korzystałem i byłem zadowolony) to teksty finalnie przerzucam do Office Online. Przez długi czas brakowało mi aplikacji na Androida, bo co prawda na telefon była, ale o tablecie można było pomarzyć. I teraz się to też zmieniło. Jest dostępna wersja na Androida w wersji jeszcze testowej – i jeżeli o mnie chodzi działa bezbłędnie. W wersji online brakuje kilku opcji choćby otwieranie zabezpieczonych dokumentów, aplikacje na Androida wyglądają tak samo jak w wersji desktop na komputerze.

Linki do sklepu Play:
Word
Excel
PowerPoint

      A malkontentom tak tylko wspomnę, że nie zaczynałem przygody od softu Microsoftu. Programy biurowe z jakich korzystałem na systemie GEOS z geoCalc, geoWrite, później na DOSie Lotus 1-2-3, Quattro Pro oraz rodzimego TAG.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...