niedziela, 1 marca 2015

Koniec weekendu

          Często czytam w sieci o tym, jak to młodzież nie potrafi się tak zajebiście bawić jak my onegdaj. Pominę sprawę strzelania babek w piaskownicy, bo raczej nie mieliśmy na to zbyt wielkiego wpływu, a rozrywki nie szukaliśmy sami, tylko nam ją serwowaną. Powiedzmy, staliśmy się na tyle niezależni, by wyjść poza znane okolice i zniknąć z oczy rodzicom, ku ich uciesze a później zmartwieniu, kiedy nasza eskapada przeciągnęła się w czasie.

          A teraz co? Siedzą z tymi smartfonami, tabletami (chwilę temu jeszcze przed komputerami) i nic robią tylko macają te ustrojstwa, a za oknem słońce wyszło. Część rodziców się nawet cieszy. Bo za tym oknem na każdej ulicy czeka pedofil, bandyta, złodziej, groźne zarazki, zombie i cała reszta. Z tym się nie da wygrać. Takim rodzicom, aż strach mówić, że tego zła nie jest więcej. Teraz to zło się wyłapuje i nagłaśnia w mediach. A straszniejsza rzecz jest taka, że nie zna się ani dnia ani godziny ani miejsca, kiedy owo zło może się przytrafić.

          Ale pomijając tę ciemniejszą stronę życia. Jest dziecko, na tyle duże, że na plac zabaw już się nie zmieści, a na tyle małe, że do nocnego klubu na melanż się nie uda. To co ma zrobić, jeśli ma ograniczyć kontakt z piekielnymi urządzeniami mobilnymi? Do galerii? Może, ale nie po to, by podziwiać prace Canaletto, czy jakiegoś tam... no jak mu tam Matejki. Ale na bauns w galerii trzeba mieć hajs, a tego nie zawsze styknie na cały miesiąc.

          Za moich czasów, nie było kieszonkowego. Może to niechlubne i mocno niewychowawcze, ale jak były potrzebne pieniądze to się zwyczajnie szło do rodziców poprosić o pieniądze do kina czy na basen. Jak się szło na wędrówkę po mieście, wychodziło się zwyczajnie gdzieś i jedynym wyznacznikiem był powrót o przyzwoitej porze. Raz, by nie oberwać po uszach, a dwa, żeby milicja nie przywiozła do domu ;] Bez pieniędzy w kieszeni, bez fastfoodów (ok, przepraszam, były bułki z pieczarkami) głód nas dopadał gdziebądź. Bez kart z pejpasami też sobie nieźle dawaliśmy radę. Znajdowało się kilka butelek po piwie czy po wódce i było na jedzenie. Bułka wrocławska i ptyś w Samie. A jak jeszcze dobrze poszło, to zostały drobne na bilet i można było brykać dłużej na mieście.

          Tak, to były czasy. Tyle... że nie pamiętam zbyt wielu rówieśników, którzy cokolwiek robili. Siedzieli w domu albo na podwórku, trzymając się trzepaka lustrowali teren i tworzyli sieć społeczną. Chodzenie do kina czy do teatru srsly? Nie wiem, może chodzili na poranki a potem im się znudziło. Z głupot jakie jeszcze wyczynialiśmy pamiętam jak z legitymacją Ligi Ochrony Przyrody terroryzowaliśmy okolicę za to, że ktoś wlazł na trawnik ;]

          Ale to my. Ładnie opowiadać jak się biegało po podwórku, grało w klasy, w gumę. Może tak było gdzie indziej, w mojej okolicy panowała moda na alkohol, kompot i bicie słabszych. Oczywiście dużą niesprawiedliwością byłoby stwierdzić, że wszyscy nic nie robili czy choćby wmawianie Wam, że nic nie robiliście. Ale książki o tym nie będę pisał.

          To jednak było. Zmieniło się. My się zestarzeliśmy. Technika poszła do przodu, i?

          Tak uczciwie, przed sobą, narzekający proletariacie, który wyrósł na niepasteryzowanym mleku, na tę dzisiejszą młodzież - przyznajcie się, co robiliście w weekend, poza rzeczami, które spadły na Was niechciane a nazywanymi sprawami dorosłych? Podejrzewam, że po całym tygodniu pracy, jedynie na co macie ochotę to dwudniowy romans w łóżku (czy raczej z łóżkiem), a forma aktywności zarówno fizycznej i intelektualnej to pukanie w ten mały szklany ekranik ;]

Udanego... przyszłego tygodnia ;]

7 komentarzy:

Anna Kurtasz pisze...

Nie chodziłam nigdzie, bo miałam daleko do miasta, a obok jedną koleżankę. Ale czas miałam wypełniony w 100% - robiłyśmy w pudłach wielkie domki z plasteliny, z papieru, lalki z papieru i stroje dla nich, czytałyśmy mnóstwo książek, zakładałyśmy własne ogródki... a teraz? Cóż ja robię w weekend? Zajmuję się zwierzakami (mamy ich w sumie 20 sztuk), w lecie - ogród i zwiedzanie (głównie wiatraki), zimą - scrapuję i wyszywam... zawsze czytam, planuję notki na blog... ale ja to zawsze byłam inna :P

bagienny pisze...

Czyli było udanie i bez nudy ;]


Btw. gdybym na poważnie napisał to co robiłem będąc dzieciakiem nikt, by nie uwierzył (a ci co widzieli i tak nie wierzyli) ;]

Wieczne Miasto Bg pisze...

To wszystko zależy od tego jakich mają rodziców. Jeśli biernie ich wychowychowują to będą siedzieć z telefonem w rękach przez cały weekend. jeśli nie pokażą im od wczesnych lat jak aktywnie spędzać czas wolny to nigdy się tego nie nauczą. Tym bardziej z internetu hahaah

bagienny pisze...

Wielu ludzi o tym drobnym fakcie zapomina, że tego ustrojstwa internetu też trzeba się nauczyć. Trafne spostrzeżenie ;]

goldenbrown pisze...

A co tu opowiadać, jak było?;) Inaczej i tyle;) Banda podwórkowa, wygłupy, bilety do kina po 75 groszy (miało się dostęp;) ) i inne aktywności, no, bo internetu nie było;)
Mój weekend był pod znakiem remontu, w sobotę ekipa brudziła, w niedzielę usiłowałam to uprzątnąć. Wciąż zresztą trwa akcja "dziury w ścianie";)

bagienny pisze...

No właśnie, teraz są bandy, ale w sieci. Nie ma darcia się pod budynkiem "Stefan, Zośka". No właśnie, nie wydaje mi się, że zachowalibyśmy się inaczej niż dzisiejsze dzieciaki.
No to ja się pochwalę karnetami do kina hyhy


Ech czytałem. Współczuję ;] Mój weekend to kino, kino i szwendanie się po mieście.

zjedz_mnie pisze...

To były czasy, niezapomniane i szalone. Nie usiedział człowiek w domu, bo tyle ciekawych rzeczy było poza nim. Zresztą obecnie internet też nie stoi mi na przeszkodzie spędzać czynnie wolne, na które czekam z utęsknieniem :)
Pokolenie, które wyrasta może podziękować swoim rodzicom, że nie pokazali im czegoś więcej niż wypasiony telefon...

Fejsik

Podoba mi się, jak przy aferze z fejsem część internetu od bezpieczeństwa, która uprzedzała jest konsekwentnie ignorowana przez marketing lu...