wtorek, 31 lipca 2012

      PRL był i minął. Kiedyś była własność wspólna, a teraz?
      No właśnie. Kiedyś przynajmniej według przepisów było coś naszą własnością wspólną. Jako, że jako naród nie byliśmy zbyt pokorni (o dziwo dawaliśmy sobie świetnie radę kiedy byliśmy pod zaborami - lepsi zarządcy?), burzyliśmy się również na ową własność wspólną i tak nam zostało.

      Nie tak dawno prawicowe pisemko zaczęło się rozpisywać o tym co to jest leming i jak go można rozpoznać. Zabawne jest to, że opisali moich znajomych mających poglądy prawicowe. How sweet. Powiedzmy, że rozgorzała debata w mediach (temat zastępczy, bo po cóż pisać o naszych "wspaniałych" politykach, który przepychają w sezonie ogórkowym świetne ustawy np. o zakazie publicznych zgromadzeń - prawo o zgromadzeniach). I się okazuje, UWAGA!, że młodzi ludzie są egoistami, że patrzą na partykularny interes i mają w poważaniu własność wspólną. To naprawdę jest ironiczne. Ci sami, którzy są u steru niezmiennie od dwudziestu lat utrudniają obywatelom życie, gloryfikując wolny rynek (jednocześnie go kontrolując), plując na osiągnięcia socjalizmu (będę powtarzał jak mantrę w Polsce nie było komunizmu, a czepliwym proponuję doedukować się - socjalizm to nie tylko PZPR, towarzysz Bierut, kolejki i nagie haki w sklepach), teraz chcą, by ludzie (już nie tylko młodzi) mieli na względzie dobro PAŃSTWA, WSPÓLNE dobro.

      Po cudownych latach 90tych, gdzie zwykłe humanitarne odruchy były tępione przez regulowaną odgórnie gospodarkę nagle zaczyna się pomstowanie, że to nie o to chodzi, by być na swoim i patrzeć tylko na siebie i swoich bliskich. No cóż, idąc przykładem naszych polityków i kolejnymi przykładami nepotyzmu trudno traktować poważnie kogokolwiek z rządu kto mówi o jakiś wspólnym interesie i innych wartościach związane z Polską.

      Nie tak dawno (w zeszłym roku :) jeden z prawicowych przedstawicieli Tomasz P. Terlikowski napisał, że chciałby wychować swoje dzieci w taki sposób, by gdy nastąpi takie wydarzenie jak rozpocząte 1 sierpnia 1944 roku (dla niedouczonych powstanie warszawskie ATSD muzeum powinno unikać rusycyzmów: radziecki a nie sowiecki) wzięły w nim udział. I trzeba tutaj zaznaczyć, że nie chce, by coś podobnego się wydarzyło. Tyle oddając sprawiedliwości dla przeinaczonych jego słów w innych mediach. Ale co z tego wynika? Prawicowy polityk chciałby wysłać swoje dzieci na front? To są słowa, które nie znajdą potwierdzenia w rzeczywistości, i mimo politycznych animozji, nie życzę nikomu, by czyjekolwiek dzieci musiały w tak bezrefleksyjny udowadniać swoje oddanie ojczyźnie. Przypomina mi to scenę z Żywota Briana, gdzie oddział Judańskiego Frontu Ludowego popełnia zbiorowe samobójstwo.

      Swoją drogą jest to zabawne, że prlowska indoktrynacja (jeszcze się na nią załapałem) o oddawaniu życia za ojczyznę przysłużyła się przeciwnemu obozowi.

sobota, 28 lipca 2012

      Od kilku lat polscy, pożal się szatanie, fachowcy pracujący w różnej maści periodykach i serwisach poświęconych tematyce komputerowej plują z lubością na microsoft. Dosłownie rzygają komentarzami jaki to microsoft jest zły i beznadziejny. Ci sami, zaznaczam, CI SAMI używają jednego z faktycznie najgorszego produktu microsoftu czyli z xboxa, którą konsolą nie był i nie jest.

      "Fachowiec", który recenzując produkt skupia się na opakowaniu w kilku akapitach, a punkt odniesienia dla testów są gry jest gówno wart i tyleż są warte jego słowa.

      Kompletnie nie rozumiem tej debilnej nagonki. Wkrótce (czyli za trzy miesiące) ma pojawić się w sprzedaży Windows 8. Powiem tak, przy tych wszystkich komentarzach, opiniach fachowców i innych niedorobionych "dziennikarzy" wiem jedno. Będę stał w pustym sklepie, gdzie kupię swój egzemplarz Ósemki.

      Wiadomość napisana w notatniku pod windows vista, zainstalowanym 5 lat temu. System, który według tych samych fachowców jest beznadziejny, dziurawy i kulawy. Działa u mnie bez zarzutu... Ale ja jestem tylko użytkownikiem.

      I nius. Blizzard skrytykował Windows 8. W pełni rozumiem politykę tej firmy. Będą musieli chłopaki pracować po godzinach, by ich produkty działały i wspierały nowy system operacyjny. No straszne. Wiecie ile na tym stracą?
      Od przyszłego roku nie trzeba będzie biegać z papierkami do lekarza celem udowodnienia, że człowiek jest ubezpieczony. Nie trzeba będzie stawać na głowie i stresować księgowych, pamiętać, że jest to potrzebne... Ale... Rzeczywistość jest nieco inna. W niektórych przychodniach jest prowadzona polityka "płatne z góry", w innych klient ma 7 dni na dostarczenie dokumentu zaświadczającym o jego ubezpieczeniu. Placówka medyczna będzie mogła to zweryfikować przez internet. No wielkie łał. I świetnie. Tylko dlaczego nie wprowadzono tego 20 lat temu?
      Cała heca ma kosztować 77 000 000 zeta.
      Mam nadzieję, że sam zainteresowany będzie miał możliwość sprawdzenia czy przypadkiem jego rezolutny pracodawca nie postanowił na czymś przyoszczędzić.

      Zastanawiam się dlaczego polski obywatel musi biegać od urzędu do urzędu, żeby móc zweryfikować swoje dane lub o czymś się dowiedzieć. Internet mamy już brykający od lat. Wprowadzenie tego, poprawka sukcesywne wprowadzenie cyfryzacji biurokracji można było wdrażać naprawdę co najmniej 10 lat temu. Ja rozumiem beton i strach przez www, ale do diaska. Musieliśmy czekać na Boniego, by ten pchnął nas w kierunku cywilizacji?

piątek, 27 lipca 2012

Plagiat – zło! Było o tym, jednak nie z pierwszej linii frontu. Trudno zresztą się dziwić końcowemu oświadczeniu. Zaufanie współpracowników, a co ważniejsze zaufanie czytelnik zostało nadużyte.

czwartek, 26 lipca 2012

      W ubiegłym roku dojrzałem do tego, by rozpocząć romans z e-książkami. Romans nie należał do przyjemności, były wzloty i upadki. Głównie upadki. Próbowałem rozpoznać rynek. To co wówczas miał do zaoferowania nie powalało na kolana ani ofertą ani dostępem ani ceną. W tym wszystkim wiódł prym wielki nieobecny na polskim rynku kidle firmy amazon. Fenomen tego urządzenia jest podobny do fenomenu apple. Jest on adresowany do ściśle określonej grupy, w której nie ma Polaków. Amazonu nie ma w Polsce, i choć czekam na chwilę kiedy wejdzie na nasz rynek i przejedzie się po rodzimych wydawcach pokazując mu co to znaczy konkurencyjny rynek, to osobiście sam sklep mam w głębokim poważaniu. Po pierwsze, określone produkty nie były dystrybuowane na terenie Polski (ban m.in. na gry i programy komputerowe). Po drugie, nawet jeśli kupisz produkt i to legalnie, to nie masz co liczyć na OBOWIĄZUJĄCE PRAWO w UE i możesz pożegnać się z gwarancją - produkty amazon są sprzedawane lokalnie UPDATE podobno to się zmieniło, zatem śpieszę towarzystwo miłośników e-psucia oczu poinformować, by składali reklamacje. Po trzecie, nasi rodacy sprzedający książki w amazonie nagle zostali wyproszeni. Wyjaśnienia były dość kuriozalne, ale zrozumiałe. Zabawnym zdarzeniem był "błąd" skasowaniu użytkowników ich własności. Ale piar czuwa i wszystko traci rumieńce taniej sensacji.

      Kolejnym grzechem koncernu jest zachłanność. Kupując książkę elektroniczną to wielki brat decyduje na ilu urządzeniach będziesz ją miał, to wielki brat decyduje do ilu urządzeń będziesz mógł kopiować kiedy kupisz następny e-czytnik i jeśli wielkiemu bratu strzeli wyczyści zwartość Twojego kindla, a w wolnych chwilach mając dostęp do urządzenia sczyta sobie statystyki co robiłeś z ich urządzeniem. Choć bezprecedensowym i genialnym posunięciem było stworzenie własnego standardu zapisu eksiążki. Szary użytkownik nie ma pojęcia, że ów standard wymaga jedynie parsera i ma książkę przygotowaną na każde urządzenie.

      Obecnie na rynku istnieje zdecydowanie większa oferta adresowana do amatorów pustych regałów. I nie wiem czy jest sens jeszcze bawić się w ograniczanie kupna Polakom kindle. Mogą panowie (i zapewne panie, bo parytet musi być) z zarządu amazonu nieźle się zdziwić, kiedy inna firma będzie królować w polskich biblioteczkach.

wtorek, 24 lipca 2012

Napisałem o tym, że na jutubie nie ma ludzi zajmujących się kontentem. Przynajmniej takich, którzy by reagowali. Ok, nie napisałem. Bezrefleksyjnie rzuciłem pytanie w eter ;] Mamy odpowiedź. Imię i nazwisko z konta gmail. Cud, miód i orzeszki. Więcej na antywebie. Nie wiem jak to wyglądało wcześniej. Moje konta gmail zostały na siłę powiązane z kontem jutubowym z wymuszoną nazwą konta, wówczas nikt nie zaglądał mi do dowodu. Zastanawia mnie jak wygląda sprawa w krajach w których nie ma dowodów osobistych. Jak obywatele tych państw są postrzegani przez takie serwisy.

I druga sprawa. Co prawda podejrzewałem, że Maciek będzie pierwszy z wywiadem z ludźmi od projektu Żarko, ale pomyliłem się. Tutaj wywiad natemat.

sobota, 21 lipca 2012

      Może ktoś mi wyjaśnić... Ridley Scott, człowiek, który nie cierpi fantastyki zrobił trzy zajebiste filmy z gatunku: Alien, Blade Runner i Legend robi coś takiego jak Prometheus i mówi, że to nie ma nic wspólnego z Obcym, mimo że, cała heca opiera się na wątkach z Alien: Ressurection i androidowych wątkach z Alien? O Lexx nie wspominając, na końcu filmu brakuje jeszcze żywego trupa i frajera jako kapitana statku.
      Czuję się jak w South Park, chcę by mi Ridley Scott oddał 16 zeta, które wydałem na ten bzdurny film. Zatytuowałbym go "Poszukiwacze zaginionego moheru".

      Swoją drogą interesujące doświadczenie współegzystować z innymi, którzy nie inspirują a demotywują do jakiegokolwiek funkcjonowania.
      O Grażynie Żarko dowiedziałem się od Maćka vel MediaFun. Uściślając na jego blogu. Sam prawdopodobnie temtu bym nie rozkmninił, bo moja obecność na jutubie ogranicza sie do wrzucania głupot, a oglądanie głupot pozostawiam innym. Na jutubie trafiłem kiedyś na gościa, który wskazywał z zapamiętaniem na idiotyzmy zawarte w biblii. Trudno było się oprzeć i nie wysłuchać go do końca, ale poprzestałem na dwóch klipach. Widząc u Maćka Grażynę Żarko stwierdziłem, że oszołomów nie brakuje. Jego komentarz był dla mnie nieco dziwny, że to podpucha i powątpiewa w brak ingerencji/udziału w tym szoł innych osób. Co też znajdziecie w podlinkowanym poniżej materiale.
      Sam nie mam w zwyczaju czytać cudzych komentarzy. Co najwyżej opsikam lub strolluję wpis i do tego nie wracam (zazwyczaj). Było tak i tym razem. No z drobną różnicą, że nawet nie skomentowałem.

      Zobaczywszy the making of Grażyny Żarko uderzyło mnie to co pewnie MF zobaczył wcześniej, tę bezrozumną reakcję masy gówniarzy (spokojnie, wcale nie byliśmy lepsi od nich, tylko w wiekszości przypadków nie ma na to dowodów). Skolei reakcje na to, chociażby widziane na wallu fb... no cóż. Wzbijamy się na wyżywy elokwencji gnojąc małolatów, a przypomnijcie sobie jak witaliście w poniedziałek kolejny tydzień pracy. Naprawdę jest taka duża różnica między _nimi_ _tymi gimnazjalistami_?

      Prawie kilkanaście lat temu z jakiś tam badań dowiedziałem się, że dzieciaki, które urodziły się w popkulturze zalewanej reklamami, otoczonymi kolorowymi opakowaniami z prawie zerowym kontentem są bardziej odporne na fałsz/kłamstwa. Wówczas mnie to dziwiło. Teraz nie dziwi fałszywość tego założenia, które przez kilkanaście lat doświadczenia pracy z młodzieżą tylko się każdorazowo potwierdzało. Małolaty łykną wszystko, byleby było zapakowane w odpowiedni, atrakcyjny sposób. Nie widzę też powodu, by ich za to potępiać. Człowiek całe życie się uczy. Sami musimy to robić. Zarówno uczyć bądź przynajmniej wskazać kierunek. Jesteśmy świadomi? Dojrzali? Inteligentni? Jesteśmy społecznością? To do jasnej ciasnej zacznijmy to robić. Tylko bez tekstów "a za moich czasów". Bo za moich czasów 12-15latkowie pili spirytus techniczny, raczyli się kompotem (jeżeli to Cię śmieszy, znaczy się, żeś naprawdę młody), a ich rówieśnice dawały dupy za dżinsy z Pewexu.

      Projekt, który zrealizowało dwóch gości (zapewne Maciek jest w trakcie przygotowań z nimi wywiadu, choć nie wiem co mogą jeszcze mieć do do powiedzenia - wszystko moim zdaniem jest zawarte w prezentowanym przez nich materiale) jeszcze nie odznaczył swojej obecności w konwencjonalnych mediach. Pewnie pojawią się jakieś krwawe nagłówki (nie mam na myśli tylko li tabloidów). Rozdmucha się sprawę i... to czego się obawiam, próbę otwarcia oczu zakończy się kolejnym krokiem/ustawą cenzurowaniu sieci (i w tym przypadku trudno o inną reakcję) a idea gdzieś się ulotni. Karać! Karać! Karać I powiesić winnych!

      Swoją drogą fascynuje mnie bezkrytyczność serwisów internetowych, zwłaszcza tych z amerykańskim rodowodem. Absolutnie nie ma tam żadnych moderatorów? Żywych ludzi, którzy trzymali jakąś pieczę nad kontentem?

piątek, 20 lipca 2012

      Statystyki są w gruncie rzeczy fajną sprawą. Można uzyskać wiele interesujących informacji. Ale z drugiej strony w odpowiednich rękach, przy wszystkich możliwych wskaźnikach (nowomodnie z angielska indicators) można porażkę zaprezentować jak zwycięstwo. To nie musi być suchy fakt, że przegraliśmy. Lepiej. My wygraliśmy, bo zyskaliśmy więcej x punktu względem poprzedniej statystyki. Przy często olewa się więcej.
      Co oznacza dla przeciętnego obywatela słowo statystyka. To, że poszło coś o 60% w górę. Teoretycznie dla większości do policzenia w głowie, czyli połowa ceny plus coś tam. Ale kiedy mówimy o procentowym przedstawianiu cen, to serwisy informacyjne lubują się w podawaniu takich bzdurek "coś zdrożało o 75% względem wczorajszej podwyżki, która wynosiła 60%". Jak to większość odczyta. W dwójnasów. To, że coś zdrożało o 75% z (czyli wczorajszy wynik X+60% i z tego liczmy) lub że coś zdrożało 75% od podstawy (czyli od x).
      Język jest wrednym tworem i wymaga precyzji. Język matematyczny nie dopuszcza do mówienia "swoim językiem". Na coś takiego mogą sobie pozwolić osoby, które ogarniają tę precyzję.

      A co ze statystykami dalej. Patrząc choćby na statystyki tego blogaska. Co mi one mówią.
      Skąd były wejścia:
            Francja 69
            Polska 69
            Rosja 21
            Stany Zjednoczone 5
            Wielka Brytania 4
            Niemcy 1
            Ukraina 1

      Z jakich przeglądarek:
            Firefox 86 (50%)
            Internet Explorer 57 (33%)
            Opera 13 (7%)
            Chrome 11 (6%)
            Safari 3 (1%)

      Oraz z jakich systemów:
            Windows 162 (95%)
            Macintosh 6 (3%)
            Android 2.3.3 1 (<1%)
            Linux 1 (<1%)

      Francja? Chyba jakieś automaty. Polska znajduje odzwierciedlenie we wszystkich statystykach. Ponieważ Polacy używają najcześciej przeglądarki Firefox pod Windowsem.
      Stany Zjednoczone dominują na Macu/Windows i Safari/Chrome. I można sobie tak dłubać.

      Ale co to mi mówi o wchodzących? Nic. Owszem, mogę pogmerać w statsach i dopatrzeć się, że jakieś automaty z dziwnych stron agregowały treść blogaska. Ale nic ponadto. Nie wiem kto to przeczytał. Czy w ogóle czytał. Co nim kierowało. Co chciał znaleźć, i czy znalazł to u mnie. Sporo pytań, na które statystyki blogasków nic nie powiedzą. Jeżeli bym szukał reklamodawcy, to co mu te dane powiedziały. Zapewne niewiele. Można bawić w śledzenie odwiedzających... tylko co to naprawdę ta. Statystyka będzie służyć rachunkowi prawdopodobieństwa i wszystko będzie uśredniane, a to co nie będzie pasować do wzorca zwyczajnie się oleje. Zresztą nie ma co się dziwić.

      Jest jeszcze inny powód, bardziej fascynujący. Kontrola. Wiedząc co było przedmiotem poszukiwań, i kto. Nie ważne, nawet personalnie. Człowiek nie występuje samodzielnie ani w kosmosie ani w przyrodzie (ergo kosmosie), więc jest częścią jakiejś zbiorowości. W zależności od zainteresowania można uśredniać liczby i wyciągać wnioski.

      Lata temu czytając cykl Isaaca Asimova - Fundacja, bardzo spodobała mi się koncepcja psychohistorii (nie mylić z Frodo do podtekstów seksualnych) i dla ułatwienia sobie zacytuję wpis z Wikipedii.

Psychohistoria to fikcyjna dziedzina nauki wymyślona przez Isaaca Asimova na potrzeby cyklu Fundacja.

Psychohistorią nazywa się również dziedzina badań nad szeroko rozumianym wpływem emocjonalności/osobowości jednostki na historię.

W życiu codziennym w środowisko psychologiczno-pedagogicznym psychohistorią nazywa się opis rozwoju psychicznego jednostki.

Z książki Preludium Fundacji dowiadujemy się, że psychohistoria jest jednym z działów matematyki, stworzonym przez Hariego Seldona, zajmującym się przewidywaniem zachowań zbiorowisk ludzkich poprzez ujęcie statystyczne. Warunkiem działania psychohistorii była niewiedza ludzi o tym, że są obiektem badań, gdyż w przeciwnym wypadku mogli zmienić swoje zachowanie, przez co przewidywania byłyby nietrafne. Psychohistoria pomogła Seldonowi opracować tzw. Plan Seldona, który jest główną osią fabuły książek z cyklu Fundacja.
      W tym ujęciu i na przestrzeni tysięcy lat. Jest to niesamowicie zajmujące. Nawet gdyby wziąć to pod uwagę tylko i wyłącznie w kontekście fikcyjnych wydarzeń.

      Zaś rzeczywistość... No cóż. Słuchając dra Frankowskiego nie sposób uciec od tego, że te wszystkie socjologiczne rzeczy łatwiej byłoby zamknąć w liczbach i przemielić je w matematycznej maszynce, by finalnie można było sobie statycznie analizować indykatory ;]

czwartek, 19 lipca 2012

      Kilka dni temu miałem chwilę na to, by przysiąść do tzw. sieci społecznościowych. Niezmiennie od kilku lat pewnym mię zdumiewem okrywa fakt, że owe sieci cieszą się popularnością. I w końcu istnieje też zwyżkowy trend dla systemów typu android (jak wyjdę w końcu poza gingerbread, może zmienię zdanie) czy ios, gdyż nie wymaga od użytkownika jakiejkolwiek refleksji poza bezmyślnym klikaniem. Skoro klikanie to można się poonanizować krótkimi komentarzami. Świetnie od jakiś dwóch lat wpisuję się w ten trend. Choć nie zwyżkuję personalnie, to prowadzone przeze mnie fanpejdże pną się sukcesywnie do góry. Pomijając, że nie prowadzę ofensywnych kampanii, ani też nie bronię się przed ewentualnym odpływem ocenę swoich działań postrzegam pozytywnie.

      Jak na razie pod względem kontentu znajduję się bardziej w G+. Z tym, że mam tam tylko dwoje znajomych. Co w porównaniu z ilością generowanego materiału porównawczego na fb wygląda komicznie. Nie mówiąc już o jakości a przede wszystkim szybkości generowania (będę litościowy) i udostępniania materiału. ATSD zawsze była ta zależność, że im mniej ludzi na danym serwisie, usłudze, technologii tym większa satysfkacja użytkowników. Poza tym nie czuje się też ciśnienia kolekcjonowania widzów. Jeszcze.
      Na fejsbooku same suchary. Zresztą jest to domeną polskich demotywatorów, klonów pokroju kwejka ("przed kwejkiem była soup'a"), by emitować suchary z radością na wallach fb. Pomijając polskie akcenty, ktoś kto bryka po zagranicznych serwisach widzi co najmniej kilka dni wcześniej owe graficzne dzieła.
      Kontynuując pod względem treściowym nie znajduję niczego absorbującego pod adresem pinterest, pod względem wizualnym, a i owszem. Siedzę i czasami mię zachwyt trzepnie. Podoba mi się to miejsce, które daje radę i można o dziwo przez grafikę/zdjęcie dojść do naprawdę interesujących miejsc w sieci. Ocena książki przez okładkę... Oh well, świat nie stoi w miejscu. Dąży zgodnie z naturalnym rytmem do uproszczenia.

środa, 18 lipca 2012

      Dzień rozpoczyna się gdzieś koło 3 nad ranem. Wtedy to ptaszyska wszelkiej maści zaczynają napierdalać swój letni koncert. Gdzieś w okolicach 7 firmy, których skąpi właściciele prowadzą działalność gospodarczą w mieszkaniu informują innych, że mają telefon komórkowy i "kurwa niech se w chuja nie leci, bo mu przyjebie". Do koncertu dołącza się fundacja na rzecz jakichś popierdolonych ludzi, którzy od rana do nocy potrzebują pomocy, afiszując to w dB. Koło godziny 10 zaczyna się koncert życzeń na tokarkę i piłę. Smród przypalonych wiórów czuć mniej więcej do 3 w nocy. Po godzinie 15 wracją melomani, którzy zmęczeni padają przed 1 w nocy. Pod wieczór dołączają do nich słuchacze stacji radiowych, telewidzowie, komputerowcy, których start komputera jest oznajomiony przez ryczące głośniki. Nie można zapomnieć o koncercie psów ujadających przez cały dzień, bo kiedy jeden padnie, odzywa się kolejny.

Dzień świra tudzież rege.

wtorek, 17 lipca 2012

      Człowiek rozsądny powinien wysłuchać opinii i samodzielnie przeanalizować fakty. Tej możliwości w polskiej rzeczywistości nie ma. Wszędzie otrzymujemy przetrawione informacje przez ośrodki rzekomej czwartej władzy, która manipuluje faktami. Program Marka Markiewicza Bumerang lubował się w telewizyjnych manipulacjach. Pokazany okrojony materiał i interpretacja wydawców informacyjnych. Suma summarum, polski widz dostawał gotową interpretację dziennikarza za fakty.
      Aktualnie nieco zawrzało, bo w Pulsie biznesu opublikowano zapis nagranej rozmowy Władysława Łukasika (byłego szefa gencji Rynku Rolnego) z Władysławem Serafinem (szef kółek rolniczych). Czy afera dotyczy, że opublikowano kontrowersyjny materiał. Bynajmniej. Aferę podnieśli dziennikarze śledczy. Ten zapis został pozbawiony komentarza (dokładnie tak jak mówiła okładka).
      Refleksja jaka mię nachodzi jest jedna. Po chuj komentarz? Po co mi blurowanie rzeczywistości przez dziennikarza forsującego swoje poglądy? Zainteresowani obywatele będą wiedzieli jak to odczytać. Reszta tradycyjnie - po swojemu. Komentarz wyjaśniający można puścić później, rozpoczynając nad tym wydarzeniem publiczną debatę. Ale tego nie uświadczymy. Publiczne debaty są zbędne, a to co teraz rozumie się pod tym określeniem, to inny rodzaj forsowania swoich poglądów.

      Denerwuje mnie od lat, jawne lekceważenie odbiorcy. Jako bezmózgiego obywatela III RP trzeba instruować i pokazywać jak ma reagować. Oczywiście istnieje wolność (przemilczę ten oksymoron) i obywatel ma prawo wybrać sobie takie źródło informacji jakie uznaje za odpowiednie. Na tej stacji będziemy lżyć lewaków, na tej prawicowych pachołków, na tej masonów, na tej żydów (wyznanie, nie naród dlatego małą literą). Dla każdego coś miłego. Oczywiście zajebisty ustrój demokratyczny mówi, że w kupie jest siła i ma rację ten kto ma największą widownię. Czyli porzucamy profesjonaliny obiektywizm, czy raczej dążenie do obiektywizmu i przedstawiamy fakty w sposób odpowiadający jakiejś grupie.

      Opatrzenie komentarzem suchych faktów powinno mieć na celu zwrócenie uwagi na aktualnie drażliwe tematy. Skupienie uwagi na istotnych elementach prezentowanych faktów. Inaczej będziemy te fakty rozpatrywać pod kątem bieżących wydarzeń a inaczej w odniesieniu do jakiegoś przedziału czasowego.

      Były (są) dwa wyjątki w postaci serwisów informacyjnych, które miały inną politykę. Teleexpress prezentowali od samego początku w lżejszej formie informacje. Oraz już nieistniejący serwis informacyjny na TV PULS, gdzie starano się emitować w pozytywny sposób informacje, a kiedy zdarzyła się tragedia nie komentowano tego z uśmiechem na ustach. Niestety dla polskiego malkontenta, który wszędzie widzi szubrawców poza swoim lustrem, ta formuła programu była nie do zniesienia.

poniedziałek, 16 lipca 2012

      Jeżeli mam ochotę przejechać się maybachem jak znany radiowiec, a nie stać mnie na niego, to nie idę z [ocenzurowano] rozwalić szybę w takim samochodzie, i podłączać się z notebookiem, by odpalić silnik. Nie. Nie robię tego.

      Jeżeli chcę przeczytać książkę, a nie mam na nią pieniędzy. Nie kradnę jej z księgarni, tylko idę do biblioteki. Ale już na etapie spaceru do biblioteki zaczynają się schody. To co mnie interesuje, nie znajdę w bibliotece. Za młodu i za PRLu (już niemłodego) należałem do KILKUNASTU bibliotek i trzeba było niekiedy miesiącami czekać na jakąś interesującą mnie pozycję. A teraz? Czas oczekiwania skrócił się od kilku dni do kilku tygodni (ale czas oczekiwania w miesiącach też się zdarza).

      Od kilkunastu lat istnieje jeszcze jedna opcja. Elektroniczne książki. Początkowo fani (niżej podpisany też brał czynny udział) przepisywali po kilka-kilkanaście rozdziałów i przekazywało dalej książkę do opracowania. Później ktoś to dzielnie ujednolicał. I w świetle prawa, wydawcy mogą nas cmoknąć w cztery litery. Lata jednak mijały i różnej maści technologie stały się dostępniejsze. Jednak też wymaga to pracy jakiejś osoby, która zeskanuje i optymalnie przejedzie publikację OCR'em. Czy jest złodziejem? Też nie. Kolejny buziaczek dla naszych odwłoków.

      Formalnie piractwo ma miejsce tylko w dwóch przypadkach, gdy nabywca publikacji dystrybuuje ją za opłatą bez uiszczenia określonych w prawie opłat autorowi lub właścicielowi praw majątkowych lub gdy udostępnia ją wszystkim zainteresowanym. Pierwszy przypadek najczęściej robią to sami wydawcy, którzy bez wiedzy/umowy sprzedają publikacje (jak na razie autorzy niszowi) lub zaniżają ilość drukowanych pozycji, by przypadkiem za dużo nie zapłacić autorowi. Drugi przypadek... no cóż. Znam wiele osób. Mam sporo ich książek u siebie w domu, który mi pożyczyli bym sobie przeczytał w wolnej chwili (bywają jeszcze takie?). A co kiedy znajomy chce mi udostępnić e-książkę za którą zapłacił? Może? Może!

      W czym zatem jest problem? W wydawcach. Jeszcze chwilę temu wierzyłem w bajki o tym, że koszt wyprodukowania książki jest duży i stąd ceny. Rzeczywistość facebook'owa mnie naprostowała, a żem niedowiarek to sobie dodatkowo sprawdziłem. Koszt druku konwencjonalnej (jeszcze) książki wynosi około 5 złotych (w zależności od wielu fizycznych czynników). I w zasadzie to jest jedyna różnica między książką papierową a książką elektroniczną. Magiczne pięć złotych. 50 złotych na papier, czy 45 złotych na kilka impulsów (z DRM - zabezpieczeniem, które o dziwo nie jest pogwałceniem prawa, ale łamie MOJE prawo, taki dziwny paradoks w polskim prawie). Zaznaczam koszt przygotowania e-książki i p-książki jest taki sam, ale koszt dystrybucji p-książki znacznie przewyższa koszt e-książki. P-książka leży w magazynie (koszt magazynu, pracowników pracujących tamże), ktoś ją zabiera (dystrybucja, koszt benzyzny, samochód, kierowca), ktoś ją sprzedaje (koszt księgarni, pracowników). A co z e-książką? Darmowa dystrybucja (możemy policzyć zużycie prądu i dostęp do internetu). Sprzedajemy to w internecie, a więc koszt utrzymania serwisu (nawet nie serwera) i pracownika. Jak się to ma do p-książki? Śmiesznie.
      Tradycyjnie zarabia na tym dystrybutor. Kilka lat temu jeszcze wciskali ciemnotę, że płyty CD są drogie, bo ich koszt wyprodukowania jest wysoki. Tak, stawiam znak równości między wydawnictwem fonograficznym a wydawnictwem książko-prasowym.

      Książki w wersji elektronicznej nie powinny kosztować więcej niż 10 zł brutto za sztukę. Koszt zarobku dla wydawnictwa byłby ~taki sam, przy zwiększonej sprzedaży. W bieżącej sytuacji rozsądny człowiek poczeka parę miesięcy i kupi tę samą książkę gdzieś na przecenie :P
      Ale ok. Rozumiem. Polaczek musi zarobić. Nażreć się zanim wejdą wielkie zagraniczne koncerny i zgniotą lub wchłoną lokalne wydawnictwa. Na pewno będę po nich płakać.

      Czy jest jakaś alternatywa? Czy są, przykładem zachodu, elektroniczne biblioteki pozwalające wypożyczać e-książki, które są do odczytu przez określony czas? Nie ma.

      Pomijam jeszcze jeden aspekt całej awantury sztucznie pompowanej przez "biedne" wydawnictwa. Są pozycje, które mają ograniczony nakład i jednocześnie nie ma ich w wersji elektronicznej. Mój ulubiony periodyk Literatura na świecie wychodzi jedynie w postaci papierowej. Odpowiedź na mój e-mail nie była radosna. Szczęściem, że biblioteka do której należę ma w swojej ofercie ów periodyk.

      I teraz druga strona medalu. Ludzie to taborety. Przykładem jest legalna muzyka w sieci. Ktoś w to wierzy? Że niby wystawca nie zaniża liczby pobrań? Zmyślam sobie? Do jasnej ciasnej ile, z Was otrzymało paragon za kupno wersji elektronicznej publikacji? Idąc dalej. Można kupić sobie kilka kawałków, jeden lub całą płytę. Czy ktokolwiek policzył ile to kosztuje? Koszt płyty jest znacznie niższy. Dodatkowo istnieją wyprzedaże, kiedy można kupić płyty taniej, z których samodzielnie można sobie LEGALNIE zrobić wersję elektroniczną.
      Nie powstało też nic co podwyższyłoby jakość utworów muzycznych dsytrybuowanych legalnie. Ktokolwiek zgrywał płyty winylowe (piracił!!!) lub kasety zauważył, że trzymanie się specyfikacji CD niszczy dźwięk (min. 16bit i próbkowanie 96kHz). W mp3 dźwięk jest przycięty. Skoro tak kochają muzykę, może zainwestowaliby w rozwój i rozpropagowanie nowego formatu od którego audiofilom spadłyby skarpetki
      W temacie muzyki w sieci proponuję zacząć śledzić dwóch panów Davida Bowiego i Prince'a i ich postępowanie względem elektronicznych dystrybutorów.
      Może coś pozytywnego na początek nowego tygodnia? Żyjemy, większość z nas ma co jeść i gdzie spać. Ma do kogo twarz otworzyć. Czy potrzeba czegoś więcej? Trochę nadziei na dzień dzisiejszy, że jutro będzie odrobinę lepsze dla nas i naszych bliskich.
      I na tym poprzestanę, bo jeszcze mi się przewróci tu i ówdzie :D

niedziela, 15 lipca 2012

      Zastanawiam się jaką mają wartość blogi z linkami. Brak możliwości przekopiowywania treści i umieszania interesujących fragmentów lub nawet całości psuje całą zabawę. Ruszyłem parę archiwalnych rzeczy sprzed kilku lat. Co kliknięcie w link 404 lub for sale lub zupełnie inna zabawa. Jaką to może mieć wartość poznawczą? Nie mówiąc już o archiwalnej. Mam dość dobrą pamięć do pierdół i zazwyczaj wiem do czego prowadzą linki sprzed 10 lat. Ale czy za 10 lat będę pamiętał dzisiejsze linkowanie? Wątpię. Wówczas treści interesujących w sieci było mało, a wartościowych było na tyle, że można było je ogarnąć. Bez agregatorów człowiek dawał sobie z tym radę. Teraz problem jest taki, że trzeba odfiltrować chłam od rzeczy, może nie tyle co wartościowych, ale interesujących i mające jakie istotne informacje. Przykładem takiego śmietnika jest natemat.pl. Kto korzysta wie o czym mówię. Tytuły chwytliwe, nazwiska nawet jakieś znane (niekoniecznie popularne) a co w środku? Klik, a tam review artykułu i podlinkowanie do niego. Jaki ma to sens? Po zastanowieniu jednak chyba, gdy popatrzę na sytuację z początku tekstu. Link gdzieś prowadzi, ale gdzie? Dlaczego wydał mi się interesujący? Do tego natemat.pl może się przydać. Innej wartości nie znajduję.

środa, 11 lipca 2012

      Dawno, dawno temu kiedy o pisaniu bzdur i ich publikowaniu mógł tylko zamarzyć. Czyli nie było dostępu do jakiejkolwiek sieci, grafoman mógł się co najwyżej wyżyć w brulionie kupionym w papierniczym (Miśku o ile ktoś kojarzy klimaty). Co odważniejsi, z większą zacięciem i pędzlem na ścianie mogli wymalować "głupi chuj". Twórczość uliczna była zdecydowanym aktem wandalizmu... brudas wysmarowany palcem na samochodzie nie robił wrażenia na kolegach, ale pojechanie po bandzie i zrobienie tego gwoździem. Ówczesny artysta oprócz uznania, mógł jeszcze liczyć na wpierdol od rodziców. Bo w dziwnej strefie życia bez komórek, internetu... zawsze się znalazł jakiś kabel.
      Ale rzecz nie o tym. Siedząc i skrobiąc kolejne tomy idiotycznych opowiadań, człowiekowi też coś strzelało z nudów, by prowadzić pamiętnik. Oczywiście zarzucany na rzecz innych, ciekawszych rzeczy (jak na przykład postawienie warburga na tylnym zderzaku). Dziwnym trafem ostały się zeszyty z dokonań szkolnych.
      Za serce mnie łapie, że ów niewykształcony gnojek, siedzący w fartuszku, do którego guziczkami przypięto biały kołnierzyk... już wówczas był wywrotowcem.
      Nie mogłem wówczas i nie mogę dziś zrozumieć polskiej historii. Owszem przewalenie się przez studia filologiczne (szczęśliwie porzucone) rozjaśniło kilka spraw. Jednak opór materii gloryfikacji ułanów pędzących na konikach z szabelkami na czołgi nie przemawiał ani wówczas ani dziś. Świętowanie jakkolwiek moralnie pozytywnych zrywów narodowych, tak idiotycznie zorganizowanych i przeprowadzonych, że aż żal dupę ściska... to nasi antenaci byli tak gł... bezrefleksyjni. Coś jak komentarz w którychś tam wyborach zostały skwitowane "Polacy głosowali sercem", a co moim zdaniem dosadniej zostało wyrażone, padło z ust radiowca "kurwa mać".
      Zatem od dziecka uczono mnie, że zajebiście jest ginąć za ojczyznę. Że super jest oddawać swoje życie w głupiej akcji. I należy świętować porażki, a wina nigdy nie leżała w nas tylko w kimś innym, z boku... a jak nie znajdowało się wewnętrznego wroga.

      Jesteśmy szczęśliwie republiką (dawniej Rzeczpospolita). Nie jesteśmy obarczeni jakimś królem, który naznaczony przez jakieś bóstwo każe robić to czy tamto. Mamy kiepską demokrację, gdzie lud niewykształcony (nie mam na myśli formalnego wykształcenia) głosuje nie sercem a d..., za każdym razem opowiadając się za kimś innym, kto sprzeda lepszy kit. Nie jest jeszcze źle... Niestety od kilku lat widać wschodzący trend gloryfikacji szlachty. Rozumiem, że w historii nawet w wersji PRL (żeby nie było wersję III RP też średnio łykam) nie podawało/podaje się faktów jak ludzie odebrali, gdy zaorano Polskę. Dotarłem do materiałów, że lud wówczas był zadowolony z jednego. Koniec szlacheckich rządów. Patrząc na te nieudane zrywy, powstania należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy - przede wszystkim czynnik ekonomiczny (tego nie będzie w historii w wersji lite). Co i kto na tym miał zyskać, a kto za to zapłacił. Dość zabawne kiedy porówna się ówczesne podejście, czasami nawet język był bardzo podobny z tym co nam się serwuje w mediach. W materiałach tkwię, bo jakkolwiek wyjaśniają wiele to mój wrodzony sceptycyzm nakazuje mi również w nie wątpić ;]

poniedziałek, 9 lipca 2012

      Kolejne zdziwienie. Śląsk pod wodą. Ktoś zdziwiony? Nie ja. Wystarczy trochę geografii, trochę wiedzy hyrdrologicznej i leśnictwa... Ok. Rozumiem to już przekracza możliwości pojmowania naszych polityków. Bo kogóż tam mamy? Samych inżynierów, nie? I wszystko co te komuchy było złe i niedobre. No tak. Tyle, ze gdyby panowie ekonomiści, prawnicy, administratorzy, politolodzy wykształcili się jak od 20 lat walą propagandą, że potrzebni są wykwalifikowani robotnicy mieliby jakąś przydatną wiedzę. Ale cóż. Balcerowicz przeprowadzając reformy na organiźmie żywym stwierdził, że w globalnie rozwijającym się świecie nie potrzebujemy kształcić na określonym poziomie (luźno cytowne z pamięci blisko dwadzieścia lat temu z wypowiedzi ówczesnego ministra finansów). Wracam do tematu. Odkąd nastała wolność głupoty i nic nie robienia, jesteśmy okresowo nawiedzani przez powodzie, ulewy i inne takie. Wszystko próbuje się tłumaczyć efektem motyla, że ktoś w Ameryce Południowej nasikał do sadzawki to u nas jest ulewa. Poniekąd tak jest, ale można temu przeciwdziałać. Wystarczy kontynuować prace hydrologiczne w skali kraju realizowane po '45 roku.
      Nie chce mi się po raz setny pisać i wypowiadać, gdzie jest problem. Jeżeli teraz rozpoczęlibyśmy prace sytuacja w Polsce za dwadzieścia lat wyglądałaby nieźle. A tak? Czy naprawdę muszę się powtarzać? Brakuje w Europie wody. Czy tego nikt nie widzi czy nie chce widzieć?
      Cisco Connect Cloud stała się faktem. Jeszcze chwilę temu opisałem potencjalne zagrożenia. A teraz? Nie obejrzysz sobie pornosa ani nie ściągniesz plików z sieci. Początek wielkiej cenzury.
      Zastanawia mnie kiedy słuchanie i oglądanie będzie nielegalne. Już sobie wyobrażam ludzi, których nie stać na licencje patrzenia i słuchania biegają z zasłoniętymi oczami i uszami z białymi laskami. Poniekąd tak się dzieje. W kieszeni iphone, w ręku kubek starbucksa... I nie byłoby nic w tym złego. Jednak kiedy wyciągam swojego lg, żeby sprawdzić pocztę jestem jak kosmita na innej planecie. Potępiamy kasty w Indiach, a co sami uprawiamy we własnym ogródku?
      Sytuacja z życia. Siedzę i grzebię w sklepie szukam diabli wiedzą czego. Przychodzi delikwent, któremu zepsuły się słuchawki. Sprzedawca poleca mu kossy... ale nie mogą być, bo przecież ma ipoda. Koleś spokojnie mu tłumaczy. Nie za bardzo widać czy ów klient rozumie. Po chwili łapię się, że uczestniczę w rozmowie. Pokazuje mu białe słuchawki 4world. Człek ów jest zachwycony, a potem pada pytanie. No o takie mi chodziło, ale czy będą pasować do ipoda.
      Mam okulary, facepalm byłby nie na miejscu.
      Wracając do chmurki Cisco, niech ktoś mi powie, że się mylę. Proszę.

niedziela, 8 lipca 2012

     Wyobraźmy sobie świat przyszłości. Nie tak daleki. Mając w głowie doświadczenia ostatnich kilkunastu lat pracy w sieci.
Rok jakiś tam. Siadasz do terminala (coś jak zamknięty niedawno Minitel, tylko lepszy, bo ładniejszy, ale gorszy bo pod względem bezpieczeństwa dziurawy jak ser szwajcarski i zawodny, bo wszystkie wykonane zostały po kosztach). Nie masz systemu operacyjnego, ani dysku. Jedynie coś co roboczo nazwę kickstartem, łączącym się z Twoim profilem w chmurze gdzie masz wszystko. Znalazłeś jakąś książkę wrzuciłeś do swoich zasobów.
     Wielki amazon swoimi mackami dobiera się do konta, bo książka została udostępniona nielegalnie. Automatycznie wszystko masz wykasowane z konta (btw. amazon zrobił już to dwukrotnie). Zostaje zgłoszone właścicielowi chmury, żeś złodziej. Automatycznie zostajesz odcięty od chmury tym samym od wszystkich swoich zasobów. Nie możesz nawet anonimowo przeglądać sieci, bo według polityki facebooku i google wszystkie informacje są jawne. Chcesz założyć konto u innego usługodawcy. Nie możesz, bo IP terminala jest powiązane z systemem ios lub androidem.
     Myślisz sobie "oh well, to se pogram". Bierzesz tablet do ręki, gdzie usability zostało zamordowane, bo ergonomiczny kształt konsol przenośnych był do dupy i podwyższał koszty produktu, który kupiłeś za trzykrotnie większą sumę pieniędzy. Odpalasz grę, za której dostęp płacisz miesięczny abonament. Po chwili gra jest zablokowana. Informacja, żeś złodziejem z opóźnieniem dotarła do chmury z grami. Prewencyjnie zostałeś zablokowany, a namiary z check-in zostały zgłoszone na policję.
     A najlepszy dowcip jest taki, że tej książki i tak nie mógłbyś czytać. Zabezpieczona DRM, którego sam nie mógłbyś zdjąć boś za głupi a z drugiej strony musiałbyś pracować w programistycznej chmurze i po napisaniu, któtkiego programu zdejmujący zabezpiecznie poszedłbyś siedzieć, bo byś naruszył warunki licencji (oprócz nielegalne posiadania dóbr elektronicznych) oraz za naruszenie patentu pisząc program, który został opatentowany przez apple kilka dziesięcioleci przed twoim narodzeniem.

piątek, 6 lipca 2012

Łaaaaaa. Znowu mnie coś maca po sieci. Nie mogą się zapytać o co szyszunia bezpośrednio u mnie? I co znajdą? Głupoty rozsiewane przez lata. Chociaż to nie jest zły pomysł. Może coś upadło na żyzną glebę i coś z tego wyrosło ^^

Drodzy szperacze, którzy lubicie macanie przez sieć. Jak znajdziedzie coś fajnego dajcie znać :D A najlepiej jakbyście znaleźli opowiadanko BrowTreka w którym gościnnie wystąpiłem. Pliiiiiis :D
Spostrzeżenie, które staje się zajebistym spostrzeżeniem. Im dłużej używam sieci (teraz już głównie internetu) tym więcej czasu zajmuje mi ustawienia czegoś czego nawet nie można nazwać konfiguracją i coraz mniej mam kontaktu z ludźmi. Przez szajs typu fejs jest coraz trudniejsze najwiązywanie nawet wirtualnych kontaktów. Idiotyczne lajki, jedynki, tłity czy wykopy. Zostaliśmy już zgregowani po IP, każdy do każdego worka zwanym państwem. Kisić się we własnym sosie.

Bystre 20latki mają problem z ogarnięciem e-mailu. A podobno wychowani z siecią są bardziej kumaci. Interesujące spostrzeżenie.

Ciekawe jak będzie wyglądał kolejny bunt ala 'ACTA'... ach zapomniałem, już po japkach (gdyby byli twórcami byliby za ACTA, mieliby wówczas chociaż cień szansy na walkę z korporacjami).
Patenty nie dotyczą "internautów", ich żywot ogranicza się do klikania "like it". Istotne elementy świata polityki i biznesu ich ominęły.

Kolejny debilny (akutalnie) przepis EU. Możliwość odsprzedawania software'u. No bardzo logiczne, 10 lat temu miało to jeszcze sens. W chwili obecnej software jest w zasadzie darmowy, płaci się za licencję, a tej jakby nie patrzeć nie można sprzedać kiedy jest powiązana z kontem. W tym przypadku brakuje opcji wyrejestrowania produktu. Kolejny bubel prawny, który został wyprodukowany bez konsultacji. Oklaski. Za chwilę wchodzą zaawansowane gry dostępne w chmurze. Ciekawe co tam będzie do odsprzedania.

czwartek, 5 lipca 2012

Nowy dzień, nowe gówno... czyli modyfikacja wyglądu blogaska. Jakby to miało w czym pomóc.

Pierdu pierdu płać kartą i płać za płacenie

Rostkowski kombinuje co by część opłat za korzystanie z karty przenieść na klienta banku. Zastanawiam się w jakim celu. I tak mamy to wliczone w cenę, więc WTF. Prawda jest inna, a żaden burak znawca ekonomii się do tego nie przyzna, a lud ciemny albo prosty... w niektórych przypadkach jedno i drugie. Rzekomo ma to zmusić ludzi do korzystania z gotówki. Nie będę przytaczał argumentacji, która jest nielogiczna. Powód jest inny. W Polsce nie wiem ile, ale mamy chyba tylko jeden polski bank. Reszta banków ma kapitał zagraniczny - są tzw. córkami. Prawo bankowe w UE ma się zmienić jakoś tak, że córki mają podlegać bankom matkom i bank centralny danego kraju będzie miał mniejszą rolę... Szczerze jakoś mi się w to nie chce wierzyć, ale... Pomysł Rostkowskiego ma na celu ograniczenie przepływu elektronicznego pieniądza, zmniejszyć płynność pieniądze i zatrzymać go w obiegu dosłownie w naszych portfelach. O ile ludzie rozsądni nie korzystają z debetów, kredytów w życiu codziennym - dla nich problem nie istnieje, ale reszta, a jest ich zdecydowana większość (pomijam brak umiejętności ograniczenia wydatków czy fizycznie niemożliwości zarządzania domowym budżetem bez zaciągania okresowych pożyczek/kredytów) już tego nie potrafi. Co prawda nie wiem jak ma to wpłynąć na odpływ pieniędzy z naszego kraju. Jeżeli import przewyższa eksport znaczy tylko jedno, że potrzeby obywateli nie zaspakaja własny rynek, i nieprodukujemy nadwyżek (już patrząc tak super prostacko), które znalazłby odbiorców poza granicami, to w końcu musi dupnąć, że nie ma w naszym grajdołku pieniędzy, by kupować pokątnie kundla z amazona. Jakby też jestem ciemny albo prosty, choć pod pewnymi przypadkami tylko prosty. A to miało sie opublikować uhuhuhuuu durny blgospot.

Nie kupuję

Nie wiem kto komu co chce wcisnąć, ale nie kupuję kilku rzeczy. Truskawkowych jogurtów. Przykro mi, jestem wychowany na prawdziwych truskawkach i nawet kiedy rodzimy farmerzy zaczęli sprzedawać na ulicy chińskie mrożonki to dałem się nabrać na to dwa razy. Rezultat? Rynek okazał się w miarę inteligentny. Teraz jemy hiszpańskie (i jeszcze jakieś). Czasem można kupić nawe rodzime i nie obsiane magicznym białym proszkiem. Piwa. Na to nie ma mocnych. Nie rozumiem tego fenomenu. Piwo ubogi krewny prawdziwego alkoholu. Ileż się tego nie nasłuchałem, że piwa trzeba się nauczyć pić. Nie wiem gin z tonikiem, whiskey z lodem lub bez, podrabiany rum. Tego nie trzeba się uczyć pić. Piłki nożnej. Dwudziestu ludzików biegających za kropką, czas dostępu do kropki ograniczony do jednego użytkownika kombinującego, by wkopać kropkę w prostokąt. Rozrywka dla intelektualistów. Bardziej pasjonująca jest wyprawa w upalny dzien, by obserwować jak piją jaskółki. A ci, którzy lubią sport sami go uprawiają nie siedząc pacząc się w monitor czy grzejąc ławkę na stadionie. Religii. Pomijając cały aspekt racjonalności z nią związanej. Ale to jest jedyny produkt stworzony przez człowieka, który w cudowny sposób jest pozbawiony wad i nawet UE nie jest w stanie wydusić na firmie dystrybuującej gwarancji na dwa lata.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...