Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2013
Bodajze kilka dni temu, rozmawialem z pewna grupa ludzi na temat czytelnictwa w Polsce. Weglud jakis statystyk wynika, ze statystyczny Polak czyta pol ksiazki przez rok. Jeden z rozmowcow przyznal, ze czyta okolo 50 ksiazek rocznie, co skwitowalem, ze to standard. No i zostalem zaatakowany. Nie do konca rozumiem dlaczego. Wiekszosc moich znajomych czyta, juz nie idzie o ilosc czy jakosc. Jednemu wrecz sila wpycham do gardla beletrystyke, ale nawet i bez moich poczynan i tak bedzie czytal literature fachowa. Wiadomo, ze ksiazek specjalistycznych nie czyta sie tak jak romansidla. To nie jest myk i po sprawie. Nawet odnoszac to do tej polowy ksiazki, obawiam sie, ze wiedza do zrozumienia tej ksiazki zawiera sie w dziesiatkach innych by ja przyswoic.

      Akurat mi sie tak przydarzylo, ze w ubieglym tygodniu przeczytalem dwie ksiazki. Prowadzac tzw. normalne zycie, przygotowujac sie do egzaminu. Tak jakos.

      Mysle, ze z tym czytaniem nie jest az tak zle. Oczywiscie nie ma potrz…
Nie wiem o co chodzi z tymi sześciolatkami. Srsly. O co kaman?!? Co z tego, że dziecko pójdzie do szkoły?

      Miałem sześć lat kiedy poszedłem do zerówki, która znajdowała się w szkole. I uwaga! Miało to miejsce w pierwszej połowie lat 80tych. Oczywiście zrobiło to mnie duże wrażenie... chociaż mając w pamięci wspomnienia z wysokości około metra to ja wywarłem wrażenie. Zresztą reszta dzieciaków również. Nie wiem czy owa zerówka mnie do czegoś przygotowała. Dzisiaj mogę zaryzykować stwierdzenie, że rozwinęła moje umiejętności socjalne (żartując lub nie).

      I teraz jakiś szum się pojawił, że sześciolatki pójdą do szkoły? So what? O co tyle szumu? Wcześniej zaczną marnować swój czas na "naukę". Nie będą z tego powodu ani głupsi ani mądrzejsi. Jeżeli chodzi o tzw. edukację to nie będzie miała żadnego wpływu, a jeśli już to nikły na umiejętności dzisiejszych sześciolatków w przyszłości.



      Kolejny fan. Raport Blogerzy w Polsce 2013. Jest kilka nieścisłości, ale n…
Przyrośnięty język do podniebienia, będącą daleką aluzją do pochodzenia szlacheckiego (nie pytajcie się dlaczego, w Starym Kinie chodziły takie damy i miały tytuł hrabiowski, bo innego, dzięki Piłsudskiemu, mieć nie mogły) pozwolił wyartykułować zacne stwierdzenia o żołnierkach, które są kobietami, a żołnierze facetami... Chwilę później pozwolił, by powstała śmiała teza, że demokracja wyklucza torturowanie ludzi. A problem, by sklecić wypowiedź, która zalatywałaby sensem jakoś umknął słuchaczom. Ale to może wina akcentu a la szlachecki, który cudownie zanikał podczas wypowiedzi.
      No cóż, ale to dziennikarz, redaktor i pełniąca jeszcze parę innych funkcji kobieta. O poglądach oczywistych i wiadomych.
      Pomijając właśnie te poglądy, sympatie polityczne oraz (w tym przypadku) animozje historyczne... to jest przerażające, że taki język trafia do ludzi.
      Nic dziwnego, że oponenci wypowiadają się raczej zrozumiałym językiem, jednak nie mówiącym jednym głosem, mają probl…
W sumie to lubię oglądać filmy o zombie. Począwszy od pierwszego jaki zobaczyłem reżyserii Romero. Szkoda, że mało kto się tematem bardziej sensownie nie zajął. Z jajem, zacięciem czy czymkolwiek. I o ile w grach jeszcze temat obleci, to w kinie kicha. 28 dni później czy Wysyp żywych trupów nie czynią wiosny... a Resident Evil jest ok, pod warunkiem, że Paul W.S. Anderson go nie reżyseruje (Uwe Boll przy nim to artysta).
      Przeczytałem The Walking Dead. Żywe Trupy Narodziny Gubernatora. Dennością przebija gnioty wydawane swojego czasu przez Phantom Press czy Amber. Albo to trzeba kochać, albo bezkrytycznie łykać wszystko co zowie się zombie.
      Komiks był słaby. Serial jeszcze gorszy. Ale z tego wszystkiego bez wątpienia najgorsza jest książka. Akcja rozgrywa się na ponad 300 stronach, gdzie akcji nie ma przez ponad 3/4 powieści. Dodatkowo jest tragicznie przetłumaczona. Nie znając oryginału można bez trudu znaleźć popełnione przez tłumacza błędy. Od zawsze wychodzę z za…
Jakąś chwilę temu myślałem (nie, to nie oksymoron), by na nowyekran.pl rozpocząć cykl o blogosferze i zarabianiu. Nie jestem ani popularny, ani rozpoznawalny w sieci (no z tym bywa różnie). Czyli co ja tam wiem. Nie jeżdżę na blogparty, nie zarabiam na szkoleniach blogerów jak zaistnieć i zarabiać.



      Gorzej. Piszę, poprawiam teksty komercyjne dla blogerów, którzy najczęściej są w kropce. I robię to na co mam ochotę.
      Chociaż nie. Wróć. Byłem popularny i byłem rozpoznawalny w sieci.
      Zarabianie na blogu, to najprościej mówiąc bycie A.P. opisującą swoje podboje seksualne. Dużo pierdolenia, sporo złośliwości. Do tego bycie tępym człowiekiem bez cienia wrażliwości i autoautorytatywnym. Hejterzy komentujący też są dobrzy. Jest feedback.
      Dobry początek, ale to nie spowoduje, że bloger będzie popularny. Trzeba znaleźć nośny temat, kontrowersyjny. Najlepiej obyczajowy (polityczne mają krótki zasięg). Ale o czym pisać? O wyższości stosunku analnego nad konwencjonalnym…
Dzisiaj rano poszedłem na kije. Muza na uszy. Do tramwaju. Jeszcze nie śmierdział. Dojechałem do parku, wytuptałem. I zacząłem robić swoje kółeczka. Trochę po śniegu, trochę po błocie i trochę po asflacie. Dziś nie było tak radośnie jak wczoraj, ale dla mnie temperatura wystarczająca. Tuptając po parku znalazłem siłkę ;] Pod chmurką ustawione, różne dziwne twory do rzeźbienia sylwetki ludzkiej. Do rozruszania nóg jak znalazł (siłownia będzie w Minął tydzień #41, a dziś wrzuciłem 40 odcinek).
      Na swój powrót wybrałem ponownie tramwaj. Wskoczyłem radośnie. Tak se stoję. Wciągam powietrze, które powietrzem nie było. Niby dyskretnie obwąchuję się... Nie to nie ja. Przeszedłem na przód tramwaju. No myślałem, że jebnę.
      Później w autobusie sztyniło. Ba! Jebało. Przytulił się wonny osobnik, aż łzy wyciskało. Nie powiedziałem "idź na szczaw" czy "spieprzaj dziadu", bo kariery w polityce nie mam zamiaru robić.
      Po południu dyskretnie powiedziano mi, ż…
Po weekendzie spędzonym nosem w książkach i na zajęciach zgłębiając tajniki finansów publicznych było miło choć na chwilę wyrwać się na rower. Co prawda jazda wśród ludzi oślepionych (aż nie wierzę w to co piszę) wiosennym słońcem nie należała do najłatwiejszych. Topniejący śnieg bryzgający spod kół też trochę studził entuzjazm. Zdecydowanie lepiej jeździ się po śniegu przy -10 oC. Ale narzekać nie będę. To jak narzekania na brak _prawdziwej_ wiosny. Dla przypomnienia _prawdziwej_ zimy też za bardzo nie było (dla mnie jest to -20 oC więcej niż jeden dzień). Alleluja i do przodu ^^ do kolejnej zimy.
Szczerze powiedziawszy nawet ja, chłodnolubne zwierzę mam dość przeciągającej się zimy... chociaż moje stawy wrzeszczą, że jest wiosna (od co najmniej lutego). Udało mi się w marcu przez dwa dni pobrykać na rowerze. Jednak obyło się bez szaleństw (i tak zdołałem niedawno skręcone kolano przeciążyć).
      W chwili obecnej nie chce mi się nawet dupy podnieść do biblioteki (tak, używam takiego ustrojstwa) czy pójść do kina. W zasadzie działają jedynie zaproszenia z kin bym poszedł na seans. Jeżeli bym gdzieś dalej musiał się dotransportować to chyba tylko teleportem.