wtorek, 23 kwietnia 2013


      Bodajze kilka dni temu, rozmawialem z pewna grupa ludzi na temat czytelnictwa w Polsce. Weglud jakis statystyk wynika, ze statystyczny Polak czyta pol ksiazki przez rok. Jeden z rozmowcow przyznal, ze czyta okolo 50 ksiazek rocznie, co skwitowalem, ze to standard. No i zostalem zaatakowany. Nie do konca rozumiem dlaczego. Wiekszosc moich znajomych czyta, juz nie idzie o ilosc czy jakosc. Jednemu wrecz sila wpycham do gardla beletrystyke, ale nawet i bez moich poczynan i tak bedzie czytal literature fachowa. Wiadomo, ze ksiazek specjalistycznych nie czyta sie tak jak romansidla. To nie jest myk i po sprawie. Nawet odnoszac to do tej polowy ksiazki, obawiam sie, ze wiedza do zrozumienia tej ksiazki zawiera sie w dziesiatkach innych by ja przyswoic.

      Akurat mi sie tak przydarzylo, ze w ubieglym tygodniu przeczytalem dwie ksiazki. Prowadzac tzw. normalne zycie, przygotowujac sie do egzaminu. Tak jakos.

      Mysle, ze z tym czytaniem nie jest az tak zle. Oczywiscie nie ma potrzeby czytac ksiazek, mozna ich sluchac - co w moim odczuciu jest rownoznaczne z czytaniem. Dodatkowo ludzie korzystaja z internetu, na szczescie nie wszystko ogranicza sie do obrazkow (ruchomych czy nie), komunikatow i innych takich. Trudno ocenic na ile to co czytaja jest w jakis sposob wartosciowe czy potrzebne. Pomijajac nawet takich "niestandardowych" czytelnikow do ktorych sie zaliczam, ludzie czytaja te pol ksiazki doslownie w mniejszych lub wiekszych dawkach. Chociazby na czatach czy czytaniu statusow. Z bolem stwierdzam, ze "fani" fejsa odbieraja cytat jako wartosc sama w sobie co z brakiem znajomosci kontekstu przybiera to na wartosci dodanej przez czytajacego. Lecz coz.

      Za chwile bedzie Dzisiaj jest Dzien Ksiazki i juz na sama mysl sie ciesze, ze ogoloce swoje konto, by nabyc (juz) elektroniczne woluminy ;]


UPDATE 22:22. Jeżeli chodzi o te promocje w eksięgarniach to czysta żenła. Genialny dzionek, by sczesać ludzi z kasy i tak cudownie zmarnowana okazja. Gratzy.

czwartek, 18 kwietnia 2013



      Nie wiem o co chodzi z tymi sześciolatkami. Srsly. O co kaman?!? Co z tego, że dziecko pójdzie do szkoły?

      Miałem sześć lat kiedy poszedłem do zerówki, która znajdowała się w szkole. I uwaga! Miało to miejsce w pierwszej połowie lat 80tych. Oczywiście zrobiło to mnie duże wrażenie... chociaż mając w pamięci wspomnienia z wysokości około metra to ja wywarłem wrażenie. Zresztą reszta dzieciaków również. Nie wiem czy owa zerówka mnie do czegoś przygotowała. Dzisiaj mogę zaryzykować stwierdzenie, że rozwinęła moje umiejętności socjalne (żartując lub nie).

      I teraz jakiś szum się pojawił, że sześciolatki pójdą do szkoły? So what? O co tyle szumu? Wcześniej zaczną marnować swój czas na "naukę". Nie będą z tego powodu ani głupsi ani mądrzejsi. Jeżeli chodzi o tzw. edukację to nie będzie miała żadnego wpływu, a jeśli już to nikły na umiejętności dzisiejszych sześciolatków w przyszłości.



      Kolejny fan. Raport Blogerzy w Polsce 2013. Jest kilka nieścisłości, ale nie tam gdzie szukają ich blogowi celebryci w swoich komentarzach. Chyba strasznie ich ubodło, że więcej jest czytelników "nieistniejących" blogów niż ich blogów. Ich reakcja powinna być dla zapatrzonych speców wskazówką, że coś jest tutaj niehalo. Zresztą zawsze mnie fascynowały statystyki a zwłaszcza prezentowane przez ludzie ich interpretacje.
      Komentarze specjalistów omawiających raport w zasadzie można zlać. Moją uwagę zwrócił komentarz Barbary Stawarz znajdujący się na 53 stronie. Do tej pory nie spotkałem się chyba (pamięć mam dobrą, ale krótką), która tak dobrze opisała w skrócie polską scenę blogową (celowo użyłem tego zwrotu, zgredzi czają czaczę).



      Kilka dni temu przeczytałem o Leninie. Jest kilka spraw w naszym kraju bardzo dziwnych. Otóż, załapałem się na indoktrynację, że Niemcy są be. Bo nas napadli i historycznie nas napadali, nawet przyjęcie po raz drugi chrześcijaństwa przez plemiona Lechitów nie wiele zdziałało i nawe laski co Niemców nie chciały to się rzucały (kiedyś z gór teraz w ramiona). Rezultat taki, że język niemiecki mi zgrzyta w uszach. Co do ZSRR... no cóż radziecką (a nie "sowiecką" i na boga pomyjów i innych przekleństw odpierdolcie się od rusycyzmu, wy niedouczoni patroci kalający język polski) propagandę liznąłem, ale że dorastałem w czasach rozprężenia trudno bym miał wiarygodną opinię na ten temat.

      Od blisko 20 lat idziemy z Rosją na udry. W jakim celu nie mam pojęcia. Bo Katyń, bo "wyzwolenie", bo komuna (de facto u nas socjalizm), no i teraz domniemany zamach. I ten Lenin, który jest wiecznie żywy jest symbolem opresji, zniewolenia i czegoś tam jeszcze.
      Nie pojmuję tego. Naprawdę. Ubaw po pachy. Lenin, symbol socjalizmu... staje się narzędziem w rękach kapitalistów, jako reklama produktu. Chyba nie ma nic bardziej w tym uwłaczającego dla takiego symbolu. Ale cóż. Agenci są wśród nas. I układ dba, by symbole nie były bezczeszczone. Pogupiłem się jednak, które są to dobre symbole, a które złe. A przecież przyjdzie następny "wielki" człowiek i będzie pisał historię od nowa. Bo historię przegranych piszę tak długo, aż stanie się ona zwycięska.



      I na koniec wątek autobiograficzny. Wczoraj udało mi się dostać do ortopedy. I cóż? To samo. Od początku, badania, badania, badania no i oczywiście pigułeczki (ale jest szansa, że jeśli nie zaszkodzą to nie pomogą, ale za 55 zeta za opakowanie a potrzeba dwóch na miesiąc). Jak szaleć to szaleć. Rentgen na stojąco (ostatnio mnie medycyna zdumiewa po 16 latach, ktoś wpadł, żeby inaczej zabrać się do tematu... no jakieś dwa lata temu, ktoś w przypływie szaleństwa zlecił rezonans magnetyczny. Na możliwość zapisania się na USG będę miał szansę pod koniec miesiąca, by móc zarezerwować sobie termin na czerwiec (mam nadzieję, że się nie pogubiliście).

poniedziałek, 15 kwietnia 2013



      Przyrośnięty język do podniebienia, będącą daleką aluzją do pochodzenia szlacheckiego (nie pytajcie się dlaczego, w Starym Kinie chodziły takie damy i miały tytuł hrabiowski, bo innego, dzięki Piłsudskiemu, mieć nie mogły) pozwolił wyartykułować zacne stwierdzenia o żołnierkach, które są kobietami, a żołnierze facetami... Chwilę później pozwolił, by powstała śmiała teza, że demokracja wyklucza torturowanie ludzi. A problem, by sklecić wypowiedź, która zalatywałaby sensem jakoś umknął słuchaczom. Ale to może wina akcentu a la szlachecki, który cudownie zanikał podczas wypowiedzi.
      No cóż, ale to dziennikarz, redaktor i pełniąca jeszcze parę innych funkcji kobieta. O poglądach oczywistych i wiadomych.
      Pomijając właśnie te poglądy, sympatie polityczne oraz (w tym przypadku) animozje historyczne... to jest przerażające, że taki język trafia do ludzi.
      Nic dziwnego, że oponenci wypowiadają się raczej zrozumiałym językiem, jednak nie mówiącym jednym głosem, mają problem z wiarygodnością dla statystycznego Kowalskiego, który wypowiedzi (o zgrozo) polityków, z grubsza, dbających o jego interesy komentuje "komuna, lemingi, żydy" uzasadniając, że mówią nie wprost czyli "mówią naokoło". Kowalski rozumie prosto "jest źle bo to wina Tuska, Żydów, Ruskich i Niemców".

      Byłem na spotkaniu, gdzie uczestnicy panelu mnie przerazili, bo czwarta władza i mam na myślę TĘ władzę, która arbitralnie przedstawia rzeczywistość taką jaką chcą ją widzieć i taką, którą jest w stanie przyswoić statystyczny Kowalski decyduje od kilkunastu lat o przestrzeni życiowej milionów ludzi myślących, czujących zupełnie inaczej.


UPDATE. Offtopic link jedyne co mogę powiedzieć kurwa mać. I to jest najlepszy ze wszystkich możliwych światów?

niedziela, 14 kwietnia 2013


      W sumie to lubię oglądać filmy o zombie. Począwszy od pierwszego jaki zobaczyłem reżyserii Romero. Szkoda, że mało kto się tematem bardziej sensownie nie zajął. Z jajem, zacięciem czy czymkolwiek. I o ile w grach jeszcze temat obleci, to w kinie kicha. 28 dni później czy Wysyp żywych trupów nie czynią wiosny... a Resident Evil jest ok, pod warunkiem, że Paul W.S. Anderson go nie reżyseruje (Uwe Boll przy nim to artysta).
      Przeczytałem The Walking Dead. Żywe Trupy Narodziny Gubernatora. Dennością przebija gnioty wydawane swojego czasu przez Phantom Press czy Amber. Albo to trzeba kochać, albo bezkrytycznie łykać wszystko co zowie się zombie.
      Komiks był słaby. Serial jeszcze gorszy. Ale z tego wszystkiego bez wątpienia najgorsza jest książka. Akcja rozgrywa się na ponad 300 stronach, gdzie akcji nie ma przez ponad 3/4 powieści. Dodatkowo jest tragicznie przetłumaczona. Nie znając oryginału można bez trudu znaleźć popełnione przez tłumacza błędy. Od zawsze wychodzę z założenia, że bycie absolwentem uczelni wydziału jakiejś filologii to stanowczo za mało, by parać się tłumaczeniem.

      Na dodatek nie mogę nawet rzucić książką przez okno, bo w ślad za nią poszłoby kilkaset innych. Z drugiej strony nie będzie mnie straszyć na półce, bo takim gniotem nikogo bym nie obdarował.

piątek, 12 kwietnia 2013

      Jakąś chwilę temu myślałem (nie, to nie oksymoron), by na nowyekran.pl rozpocząć cykl o blogosferze i zarabianiu. Nie jestem ani popularny, ani rozpoznawalny w sieci (no z tym bywa różnie). Czyli co ja tam wiem. Nie jeżdżę na blogparty, nie zarabiam na szkoleniach blogerów jak zaistnieć i zarabiać.



      Gorzej. Piszę, poprawiam teksty komercyjne dla blogerów, którzy najczęściej są w kropce. I robię to na co mam ochotę.
      Chociaż nie. Wróć. Byłem popularny i byłem rozpoznawalny w sieci.
      Zarabianie na blogu, to najprościej mówiąc bycie A.P. opisującą swoje podboje seksualne. Dużo pierdolenia, sporo złośliwości. Do tego bycie tępym człowiekiem bez cienia wrażliwości i autoautorytatywnym. Hejterzy komentujący też są dobrzy. Jest feedback.
      Dobry początek, ale to nie spowoduje, że bloger będzie popularny. Trzeba znaleźć nośny temat, kontrowersyjny. Najlepiej obyczajowy (polityczne mają krótki zasięg). Ale o czym pisać? O wyższości stosunku analnego nad konwencjonalnym? Napisać instrukcję miłości francuskiej?
No tak. Ale to już było. Choć jak popatrzeć na trendy w googlach, temat wiecznie żywy. Swoją drogą interesujące tyle tysiącleci praktyk i dalej nie wiadomo o co szyszunia ;]
      Instrukcje jak pisać teksty pod wyszukiwarki, z kim się kumplować (to jest najistotniejsze), jak trollować/hejtować popularne miejsca w sieci, by zwrócić na siebie uwagę. Tyle, że to nie wystarczy. Można twierdzić, że można coś osiągnąć własnymi siłami, ale bez zewnętrznej promocji lub/i pomocy to są lata ciężkiej pracy lub fart (np. udostępnienie linków do zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej).



      Cel sam w sobie, pisać to co chcą czytać czytelnicy. I w tym miejscu widzę scenę z filmu Zmruż oczy, w której Jasiek (Zbigniew Zamachowski) rozmawia z Małą (Aleksandra Prószyńska) o pisaniu książek. Jasiek potrafi napisać książkę, żeby ludzie chcieli czytać, ale nie chce. Należę do tego typu "wiem, ale nie chcę". Wolę pisać jak to robię. Poza tym lubię Was robaczki ^^ Nie chcę Was zamieniać na czytelników Pudelka ;]

wtorek, 9 kwietnia 2013


      Dzisiaj rano poszedłem na kije. Muza na uszy. Do tramwaju. Jeszcze nie śmierdział. Dojechałem do parku, wytuptałem. I zacząłem robić swoje kółeczka. Trochę po śniegu, trochę po błocie i trochę po asflacie. Dziś nie było tak radośnie jak wczoraj, ale dla mnie temperatura wystarczająca. Tuptając po parku znalazłem siłkę ;] Pod chmurką ustawione, różne dziwne twory do rzeźbienia sylwetki ludzkiej. Do rozruszania nóg jak znalazł (siłownia będzie w Minął tydzień #41, a dziś wrzuciłem 40 odcinek).
      Na swój powrót wybrałem ponownie tramwaj. Wskoczyłem radośnie. Tak se stoję. Wciągam powietrze, które powietrzem nie było. Niby dyskretnie obwąchuję się... Nie to nie ja. Przeszedłem na przód tramwaju. No myślałem, że jebnę.
      Później w autobusie sztyniło. Ba! Jebało. Przytulił się wonny osobnik, aż łzy wyciskało. Nie powiedziałem "idź na szczaw" czy "spieprzaj dziadu", bo kariery w polityce nie mam zamiaru robić.
      Po południu dyskretnie powiedziano mi, że jebią mi skarpety. No cóż. Skarpety perfumą nie czuć, ale to nie to. To te dziwne klapki, które miały być oporne na ludzkie przypadłości. Już wczoraj knułem, żeby je zabrać.
      Przed chwilą na fejsie przeczytałem u znajomej, o przebojach wonnych w tramwaju.
      Śnieg jeszcze na ulicach... jeszcze chwila a kilkumiesięczne gówniane bałwany zaczną sie rozkładać się w promieniach słońca.
      I jeszcze dla podtrzymania klimatu usłyszałem o artyście muzycznym, który dokonał publicznie ekskrecji.

            "Nadeszła wiosna, wonna radosna, nadzieją życia upaja się świat"

poniedziałek, 8 kwietnia 2013


      Po weekendzie spędzonym nosem w książkach i na zajęciach zgłębiając tajniki finansów publicznych było miło choć na chwilę wyrwać się na rower. Co prawda jazda wśród ludzi oślepionych (aż nie wierzę w to co piszę) wiosennym słońcem nie należała do najłatwiejszych. Topniejący śnieg bryzgający spod kół też trochę studził entuzjazm. Zdecydowanie lepiej jeździ się po śniegu przy -10 oC. Ale narzekać nie będę. To jak narzekania na brak _prawdziwej_ wiosny. Dla przypomnienia _prawdziwej_ zimy też za bardzo nie było (dla mnie jest to -20 oC więcej niż jeden dzień). Alleluja i do przodu ^^ do kolejnej zimy.

środa, 3 kwietnia 2013



      Szczerze powiedziawszy nawet ja, chłodnolubne zwierzę mam dość przeciągającej się zimy... chociaż moje stawy wrzeszczą, że jest wiosna (od co najmniej lutego). Udało mi się w marcu przez dwa dni pobrykać na rowerze. Jednak obyło się bez szaleństw (i tak zdołałem niedawno skręcone kolano przeciążyć).
      W chwili obecnej nie chce mi się nawet dupy podnieść do biblioteki (tak, używam takiego ustrojstwa) czy pójść do kina. W zasadzie działają jedynie zaproszenia z kin bym poszedł na seans. Jeżeli bym gdzieś dalej musiał się dotransportować to chyba tylko teleportem.

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...