sobota, 5 września 2020

Powrót do szkoły

Czas spędzony w szkole uważam za zmarnowany. Ani niczego nie wyniosłem, mało komu przychodziło do głowy, by coś kraść, ani nie nauczyłem się niczego przydatnego. Czytania zostałem nauczony w domu, liczenia nauczyłem się sam, a pedagodzy wkładali wiele wysiłku, by mi udowodnić, że nie umiem tego. Co do reszty, no cóż, nie wiem jaki był sens wkuwania całej księgi "Pana Tadeusza" (tak, księgi nie tylko inwokacji) czy informacji wydobycia, przetwórstwa 49. województw. 

Nauczyciele mieli w pogardzie i dawali to odczuć każdego dnia uczniom, których rodzice nie przynosili prezentów. O patologiach jakie miały miejsce nie będę wspominał, bo nie były udziałem większości małolatów. 

W podstawówce spędzałem 36 godzin tygodniowo, plus jedną w sobotę w miesiącu. 

Przymusowe siedzenie i słuchanie pierdół w szkole. Bezrozumne wkuwanie głupot i zaśmiecanie głowy idiotyzmami. Bezceremonialne ingerencje w zainteresowania uczniów (nawet modelarzom się obrywało). Dodatkowe godziny prac domowych. 

Kiedy to piszę jest sobota (ok. 16). W zasadzie o tej porze kończyłem prace domowe z czwartku i piątku. 

W niedzielę było wkuwanie na pamięć idiotyzmów na poniedziałek i wtorek. 

Do tego trzeba było dorzucić przymusowe obecności oraz recytacje na akademiach i apelach, na które też trzeba było w trybie pilnym wkuwać głupoty.

Nie zapominajmy jeszcze o dress code. Fartuszek, psi obowiązek noszenia tarczy i galowe ubranie na specjalne okazje. 

A mi kurwa znajomi mówią, że chcą wrócić do szkoły. Chyba, żeby się zemścić. 

czwartek, 13 sierpnia 2020

Hejt MikroMiękki

W Microsofcie ruszyła przedsprzedaż interesującego i w zasadzie jedynego ciekawego urządzenia tzw. składanego urządzenia przenośnego. Reakcja, czy też relacja stron pseudotechnologicznych w Polsce mnie rozwaliła. Swoją niekompetencją.

Microsoft to chłopiec do bicia. Ludzie, którzy nie rozumieją hejtu, w czasach kiedy on miał rację bytu, dzisiaj jak głupki powtarzają, że Microsoft jest zły, brzydki i w ogóle do dupy.

Standardowy hejter Microsoftu to... werble... użytkownik ekosystemu Apple. Tak. Fani firmy, która względem świata jest średnio kilka lat do tyłu, która od ponad 30. lat niczego samodzielnie nie wymyśliła, krytykują firmę, która zrewolucjonizowała świat i oraz świat technologii. A co zrobił Apple? No cóż, napisali system działający na kilku konfiguracjach sprzętowych. Faktycznie nie lada osiągnięcie. Sprzedali jako nowość, coś co np. miałem już od kilku lat czyli odtwarzacz mp3, smartfon czy tablet. Nie wspominając o tak rozwiniętej technologii jak łączenie się do ukrytej sieci, do której nie miały dostępu urządzenia mobilne Apple przez parę lat - tego jest więcej, ale to mnie śmieszy najbardziej.

Niestandardowy hejter to fan Linuxa, który w przeciwieństwie do poprzednika, wie co krytykuje. Przynajmniej ci, których znam. I spoko. I to tak bardzo, spoko, że nawet Microsoft ich słucha, co widać w działaniach tej firmy.

Hejtem padł system operacyjny na telefon, który był w zasadzie jedynym używalnym i kompleksowym czyli Windows 8.1. Większość ludzi nawet nie miała okazji tego sprawdzić co to było. Wyobraźcie sobie, że macie klawiaturę, mysz (używam trackballa, taki offowy jestem) i monitor. Proste. A teraz wyobraźcie sobie, że nie macie komputera tylko telefon, wstawiacie do ładowania czy stacji dokującej i pracujecie jak na komputerze. Tym właśnie był system Windows 8 na telefonach Microsoft. 

Wracając do rzeczonego sprzętu, którego nikt fizycznie nie miał w rękach, a wszyscy wiedzą, że jest słaby, a każdy nowy produkt od Apple jest obiecujący i oferujący więcej pomimo tej samej konfiguracji XD 

Btw. korzystałem z Macintoshów, eMac, iMaców i Maców. Pewnie jeszcze było coś tam z e albo i. Nieważne. Tak, jestem stary, bawiłem się też tabletem (graficznym) z piórkiem na smyczy ;]

niedziela, 12 lipca 2020

E-prasa

Postanowiłem dzisiaj sprawdzić czy można już swobodnie korzystać z e-prasy. Wg mojej rachuby ostatnio próbowałem swoich sił z eprasą cztery lata temu.

A zatem. Trzeba wiedzieć czego się chce. Bo e-... niby świadczy o dostępności, ale tej dostępności można doświadczyć jedynie w kiosku z prasą. Różne wydawnictwa, różne portale, czasem tylko dedykowane. Jak się już w tym ogarniesz, to czeka kolejna niespodzianka.

Jak to przeczytać? To zależy. Czy można kupić przez portal, który udostępnia materiały tylko online czy też i offline. A może w dwójnasób. Nie, to by było za łatwe. W jednym portalu musisz zainstalować aplikację. Masz OS, Windowsa lub Linuxa? A to peszek, bo tylko mobile. Masz iOS lub Androida? Też peszek, bo to tylko na desktopy.

Ale jak to? Tylko w aplikacji? Czyli co? Ano nic. Trzeba poszukać portalu, który oferuje możliwość pobierania plików. W zdecydowanej większości przypadków, jeżeli jest dostępny pdf to można już triumfować. Epub w zasadzie to są niszowe sprawy. A jak są? To #jprdl tak cudnie sformatowane, jest co prawda kilka chlubnych wyjątków, ale to aberracja na rynku.

Podsumowując. Przez cztery lata absolutnie nic się nie zmieniło. Pojawiły się nowe tytuły, inne zniknęły. Dedykowane aplikacje uważam, za gówniane, z prostego powodu - czytam gdzie chcę, jak chcę i kiedy chcę, a jak chcę wydrukować to drukuję. Tak jak robię to z eksiążkami. Zatem pozostaje tylko pdf. Epub dalej dla dzienników i czasopism jest nieosiągalnym formatem.

Swoją drogą z eprasą jest słabo. Ale gorzej jest już tylko z komiksami, których w wersji elektronicznej w zasadzie nie ma. Polski rynek nie istnieje. Anglojęzyczny? No cóż, tylko dedykowane aplikacje lub czytanie online - przy czym komiksy w wersji e- są z reguły w tej samej cenie co wydanie papierowe. A jak komuś coś odwali i pozwoli ściągnąć komiks za 80 dolarów, to oczywiście z adobe drm ;]

sobota, 11 lipca 2020

Parada głupoty

Od samego początku, a i wcześniej, pandemii ludzkie zachowania umykały logice. No chyba, że mowa o logice głupoty.

Wpierw. Eee to tylko wirus. Też należałem do tej grupy. Początkowe doniesienia były niepełne, zafałszowane, choćby z tego względu, że idioci pracujący w serwisach newsowych nie mają o tym bladego pojęcia, o dziennikarstwie (zdecydowana większość) również. Musiałem zaprząc swoją wiedzę z zagrożeń biologicznych (tak, tego też się uczyłem) i okazało się, że miałem rację. W mediach pracują idioci.

Potem nastąpiła panika. Kiedy normalsi uzupełniali spiżarnie, apteczki... idioci rzucili się wykupować papier toaletowy. Wirus powoduje śmierć, nie sraczkę. Od razu powstały memy. 

Po kolejnych doniesieniach i sporej śmiertelności, część zaczęła nosić maseczki  (nie mówię tutaj o FFP3). Ale nie w celu, by chronić innych tylko siebie. Tak, to było dziwne. Nie ma sensu nosić maseczki zwiększając ryzyko infekcji (to się nie zmieniło, pomimo teorii sieciowych influencerów). Do społecznego dialogu dopuszczono ekspertów. OMG! Naukowcy i lekarze celebrytami.

Wydano nakaz noszenia maseczek. No to zaczęło mieć ręce i nogi. Jak wszyscy, to wszyscy.

Ale pojawili się maseczkowi ekshibicjoniści z nosami na wierzchu (ich logika - skoro chory kaszle, przez nos się nie zarażę) i pod brodą (z cyklu "nie mogę oddychać").

Nastąpiło tzw. luzowanie. Jak to odczytali idioci? Można żyć bez maseczek i po ulicach brykać bez. Ale tym razem idiotom w sukurs przyszli nadawcy tzw. wolnych mediów, którzy powiedzieli, że można bez maseczek. Ale nic takiego nie miało miejsca w oficjalnej komunikacji ministerstwa. Dalej należy zachować dystans społeczny min. 2 m... a chodniki rzadko gdzie są szersze niż 2m, zatem idioci powinni założyć maseczki na swoje ryje. Tak, nos też jest częścią ryja. Nie, przez brodę nie oddycha się.

A gdzie nasi dzielni bohaterzy z policji, którzy wrzepiali mandaty po kilkanaście tysięcy? Zajrzą do jednego czy drugiego sklepu? A może zajrzą do autobusu czy wszyscy mają maseczki? Nie? Limit wyrobiony na rowerzystach i nie trzeba wlepiać mandatów? Tak, nie cofniętego tego. Ale z drugiej strony, nie wprowadzono stanu wyjątkowego... to może po prostu policji się nie chce wypisywać mandatów, które i tak są nieważne?

Dzisiaj idioci uważają, że to jakieś represje i spisek.

Kolejny argument z dupy. Nie znam nikogo kto by zachorował czy umarł. Ja też nie.

No cóż... Na obecną chwilę mam nadzieję, że mój znajomy, którego jakiś skurwiel zaraził wyjdzie o własnych nogach ze szpitala.

poniedziałek, 2 marca 2020

"Rodzina"


Kiedyś pisałem, o starych znajomych, którzy z własnej inicjatywy zerwali kontakt, a potem są zdziwieni, że człowiek nie wyraża entuzjazmu po x latach na propozycję spotkania.

Z rodziną jest podobnie. Tym bardziej, kiedy owa osoba jest zlewa innych. A potem zdziwienie, że 30 lat później, po tej drugiej stronie jest brak reakcji, poza suchymi formułkami grzecznościowymi.

O wszelkie kontakty trzeba dbać, a nie żyć jakimś mglistym wspominieniem sprzed lat.

Pomijam że, jeżeli się ktoś się odzywa to czegoś najczęściej chce, i jak nie chce "pożyczyć" pieniędzy to chodzi, albo o nerkę, albo spadek. A nie... zapomniałem, ktoś może szukać jeszcze "spokoju ducha" XD

Zatem jak? Hołdujemy rodzinnym wartościom? Czy tylko udajemy, by na zdjęciu ładnie wyjść?

czwartek, 20 lutego 2020

Suszy mnie


Póki jest woda w kranie, ludzie uważają, że nie ma suszy.

Jest to moje zdanie, które napisałem w internecie… w sumie już 20 lat temu.

Dzisiaj usłyszałem, że grupa ludzi cieszyła się, że „ochroniła” 200 drzew przed wycinką. Ochroniła drzewa, ale przyłożyli się do niszczenia rzeki.

Od początku. W PRLu było całkiem sporo głupich ludzi, o których tu i ówdzie się pisze bądź mówi. Ale o tych mądrych, wcale. Inżynierowie, którzy budowali i przekształcali Polskę mieli łeb na karku. Już w latach 60-tych wiedziano, że będzie brakować wody w Polsce, nie przewidziano, że spotka to nas szybciej.

Po ‘89 roku nastąpiła konsekwentna destrukcja środowiska. Bez centralnego zarządzania każdy zaczął żyć w myśl „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Zaprzestano pogłębiania, regulowania brzegów, wzmiacniać i konstruować wały przeciwpowodziowych i przyzwalano na wyrzucanie śmieci gdzie bądź. Apotem szok i niedowierzanie, że były powodzenie. 

W skutek zaniedbań lewy brzeg Wisły zarósł i potworzyły się wyspy, o które pseudo-ekolodzy walczą. Wpierw niedoedukowani od ptaszków, dostali od miasta milion i zniknęli, ale miasta nie było już stać na wycinkę. Teraz, kurwa, wzięli się za ochronę chwastów na rzece. Kolejni bystrzy i wykształceni.

Wspominam tylko o Warszawie, bo to durny blogasek i nie mam ani ochoty, ani czasu pisać o pierdylianie celowych złych działań (np. developerzy, którzy budowali domu w pradolinach rzek czy na łąkach), zwykłej głupocie i zasranych pseudo-ekologach po humanistycznych szkółkach, którzy wiedzę czerpią z internetu.

Jakiś tam temu burzyli się o Rospudę. My – EKOLODZY – wiedzieliśmy, że to tylko strzępienie języka. Nie ma sensu bronić czegoś co zdechnie za kilkadziesiąt lat, a obwodnica minimalnie się do tego przyczyni. Czemu? Bo susza w Polsce trwa od kilkunastu lat! Można nawet zaryzykować, że od ponad 20 lat. Wtedy to po raz pierwszy napisałem o panującej suszy w Polsce.

Mniej więcej w tym czasie, z grupą ludzi napisaliśmy program, który przewiduje temperatury i wielkość oraz rodzaj opadów na terenach polskich. Chcieliśmy go sprzedać, ale nikt go nie chciał. Zabawne, że nasz program, w który przestaliśmy ładować dane po pięciu latach, przewiduje do dzisiaj prognozę pogody z błędem do 3 stopni Celcjusza.

Co należy teraz zrobić?

1. jeżeli chcemy zachować nasz drzewostan, należy pobawić się genetyką – o tym więcej powiedzą botanicy, w szczególności dendrolodzy;
2. usuwać chwasty, które wysuszają glebę;
3. dla ochrony gleb i tego naparstka wody, który w niej został – adaptować roślinność z klimatu
4. znacząco zmniejszyć parowanie ze zbiorników wodnych;
5. budować podziemne zbiorniki wodne;
6. zredukować pozyskiwanie energii ze spalania i nie tylko dlatego, że C02 jest uwalniane do atmosfery, tylko ze względu na znaczne zużycie wody (jakby kto nie wiedział, elektrownie to tak naprawdę współczesny steampunk);
7. zacząć projektować system transportu i dsytrubucji po uprzednim uzdatnieniu wody morskiej w głąb kraju.

Nie wspomniałem o rolnictwie/sadownictwo/hodowli, ale przekonacie się o tym już w tym roku, płącąc krocie za kapustę czy ziemiora xd

Nie ma czego już ratować. Należy się dostosować, by przetrwać. Tylko tyle i aż tyle.

Zen, kurwa, zen...

wtorek, 18 lutego 2020

Fenomen nurtu muzycznego


Jakąś chwilę temu miała premiera niby-biograficznego filmu Zenek (swoje „niby” opieram, na recenzjach). Jest to historia o człowieku, który pracował na scenie disco polo od lat. Podobno znany. Mimo że, interesuję się muzyką, ów fenomen mnie ominął.

Nie będę robił sobie beki z disco polo.

Fenomen disco polo, nigdzie nie jest ani opisany, ani wytłumaczony. Tylko ludzie pozbawieni wyobraźni, a przede wszystkim analizujący fenomen ze swoich stref komfortu odcięci od tej muzyki, czyli wspomniani wyżej fachowcy, dorabiają jakąś większą ideologię.

Popularność jest łatwa do wytłumaczenia. I jak zawsze chodzi o pieniądze.

Wiejskie kapele, które w latach osiemdziesiątych grały na weselach (i wcześniej) dostały do swoich łapek elektroniczne instrumenty, o które pomimo panującego „reżimu” było coraz bardziej. Tajemnicą poliszynela jest to, że rolników i hodowców stać było na więcej (niż teraz próbuje się wmawiać) od tzw. miastowych, zatem instrumenty elektroniczne (konkretnie keyboardy, z gotowymi podkładami) były bardziej osiągalne. I przede wszystkim większa motywacja, kupowało się narzędzie, które w krótkim czasie pozwalało zarobić.

Dobrej jakości sprzęt nagłośnieniowy był wówczas trudny do nabycia, a nie tylko cena była zaporowa. A przy zabawach chciało się coś usłyszeć coś więcej niż przestery z Kasprzaka czy ze szpulowca Unitry. Zatem kapela. Muzycy, którzy grali na wiejskich imprezach musieli znać światowe hity, których uczyli się najcześciej ze słuchu. Barierę językową, jak wcześniej, pokonywało się tym, że tworzyło się własne teksty do zagranicznych utworów. I trzeba też wspomnieć, że było wśród słuchaczy ciśnienie na rozumienie tekstu. Zatem musiało być po polsku.

Oczywiście były też rodzime kompozycje. Ale co mogło przebić „Tylko ty” Savage w wersji na akordeon i perkusję? No dobra, biały miś… aaa xd

W radiu można było w miarę na bieżąco słuchać tego co było modne zagranicą („na zachodzie”).

I jak każdy, ludzie chcieli posłuchać również w domu, tego co grali w przysłowiowej remizie czy na weselu. Zatem zespoły zasuwające z wioski do wioski, sprzedawały też swoje kasety.

Po ‘89 się wiele zmieniło. W radiu wyższa kultura w stylu Edyty Górniak. Mało muzyki miłej, łatwej i przyjemnej. Skończyło się siedzenie po nocach i zgrywaniu najnowszych hiciorów. Skoro w radiu nie było, ustawy o prawach autorskiej jako takiej nie było, a był popyt to masowo pojawiły się pirackie kasety. Dodatkowo sprzęt CD stał się łatwiejszy w dostępie. Ale same płyty były cholernie drogie. Wciskano kit, że to tłoczenie jest takie drogie (serio, serio). Polskie płyty kosztowały tyle samo co zagraniczne. Pirackie płyty pojawiły się później.

Nagle pojawiła się nowa sieć sprzedaży, poza sklepami muzycznymi. W miastach w punktach, gdzie jeździły zdezelowane autobusy dowożące ludzi do pracy, przy przystankach, w kioskach oprócz gazet, papierosów bez banderoli były też kasety i płyty. Nagle okazało się, że płyta nie musi kosztować 60 złotych, a może kosztować 15 (dla starych czytelników 600 000 i 15 000). Wytwórnie (te same, co później wymyśliły posrane sposoby na zabezpieczenia płyt przed zgrywaniem na komputery), miały to w dupie i drenowały kieszeń fanów muzyki.

Sytuacja na wsiach po ‘89 nie była za ciekawa, chociaż obrotni rośli w siłę, to statystyka była nieubłagana. Infacje, kredyty rujnowały po równo miastowych, jak i rolników/hodowców. Kogo w takich warunkach stać na wyrzucanie pieniędzy w błoto, byleby kupić jakąś fajną muzyczkę.
Mniej więcej w tym czasie pojawił się jeszcze jeden nurt, o którym mało kto wspomina. Grupy, które rżnęły nie tylko utwory, ale całe płyty i wydawały je pod własnym szyldem, tyle, że śpiewane po polsku. Mr. Vein po polsku? Tego na youtubie nie znajdziecie xd

Podsumowując. Disco polo oferowało i oferuje rytmiczną, melodyjną muzykę z polskim tekstem za niewygórowane pieniądze. Po latach 80tych, kiedy pojawiła się próżnia dostępie do muzyki, a nie każdy miał tę sposobność i determinację, by szukać czegoś dla siebie, sięgał po to co miał pod nosem.

Naprawdę wiele nie potrzeba, by zawojować miliony. Dla mnie proste.

wtorek, 14 stycznia 2020

Pomoc fundacji

Mój stosunek do wszelkich fundacji, funkcjonujących z datków, jest negatywny. I nie ma co się oszukiwać jest to jeden z modeli biznesowych, którego czasem efektem ubocznym bywa jakaś pomoc. A im dłużej funkcjonuje tym bardziej walczy o swoje istnienie.

Pomoc tfu pieniądze najłatwiej wyciągnąć od ludzi na dzieci. Najlepiej, żeby nie były jeszcze nastolatkami. No oczywiście, przyszłość narodu i świata. Bez nich nie będzie przyszłości.

Ale ilu z was zna fundacje, które pomagają dorosłym? Zbierają datki na leczenie, na ich edukację (tak, pomimo krajowego i światowego dobrobytu wciąż trzeba uczyć), na życiowe potknięcia? Albo na ludzi schorowanych czy starych, którzy nie są w stanie już samodzielnie radzić sobie ze światem.

Zanim skrytykujesz kogoś kto nie daje pieniędzy na bachory, zastanów się. Może ten ktoś daje więcej lub pomaga komuś potrzebującemu… a może sam potrzebuje pomocy niż ty, dający dychę raz do roku.

czwartek, 9 stycznia 2020

E-recepta

Wczoraj otrzymałem swoją pierwszą e-receptę. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo nie podoba mi się ten wynalazek.

Btw. kiedy system gruchnie, jeszcze nie powstał taki system, który by nie walnął akurat w chwili kiedy jestem obsługiwany, taki życiowy betatester ze mnie, i będę w dupie bez leków.

Są plusy. Pierwszy można rozparcelować receptę, jedno kupię tu, a drugie tam. Mam dostęp do swoich starszych recept i co dla takich skleroźników to powinno być ok. Po „cykliczną” receptę nie trzeba udawać się do przychodni (nie trzeba chodzić do lekarza, to już rozwiązano kilka lat temu).

Tylko mam pytanie. Niegdysiejsze GIODO zrobiło awanturę o zbieranie informacji z kart miejskich jak się poruszają pasażerowie (wiecie takie ciasteczka z przeglądarki)… a dzisiejsze UODO nie pisknęło nawet na temat tego, że rząd i firmy obsługujące system mają wgląd… do danych wrażliwych.

Informacyjnie, jeżeli nie ogarniacie tematu, to mogę napisać, że możecie wrzucić na luz. Lekarze i farmaceuci zostali przeszkoleni. Udałem blondynkę, która nic kuma, otrzymałem wszystkie informacje. Lekarz dodatkowo powiedział jak obsłużyć aplikację.

A tu linki do zapoznania się z tematem, oficjalne i sugeruję tylko z takich korzystać.
https://www.pacjent.gov.pl/internetowe-konto-pacjenta/erecepta
https://www.csioz.gov.pl/aktualnosci/szczegoly/od-8-stycznia-czas-e-recepty/

Aplikacja na androida:
https://play.google.com/store/apps/details?id=pl.nask.mobywatel&hl=pl


czwartek, 2 stycznia 2020

Poziomy normalności


Jak często spotykacie wariatów? Nie mam na myśli ludzi chorych umysłowo, choć trudno nie myśleć o tym w innych kategoriach. Chodzi mi o takie zachowanie, które urąga zdrowemu rozsądkowi.

Mnie dość często spotyka ta przyjemność. Biegnąca kobieta w średnim wieku z wyprostowanymi środkowymi palcami. Koleś defekujący we własne spodnie, by epicko odchody wystrzeliły na ławkę w wiacie przystanku (hint. odradzam spoczynek na ławeczkach na przystankach w okolicach dworców). Inna kobieta wrzeszcząca, by ją pobić, bo inaczej zawoła policję.

Można powiedzieć, że się zdarza.

Tak średnio raz w miesiącu jakiś wariat ma jakieś wąty. Częściej ich widzę. Nie stawiam się poza margines. W końcu jakiś wariat fotografujący ścianę też wzbudza zainteresowanie i pytania o mój stan umysłu.

Jechałem w autobusie. Za chwilę miałem wysiąść i stanąłem przy drzwiach. Tłumu nie było. Po chwili starszy jegomość chciał wyjść. Powiedziałem, że też wychodzę. Zawsze, do tej chwili, ta informacja była zrozumiała. Ale nie, on chciał wyjść teraz. Spytałem się czy ma zamiar wyskoczyć w biegu. I stoję. Nie miałem zamiaru skakać jak małpa omijając człowieka i jednocześnie szukając innych punktów zaczepienia, tylko po to, by dać mu wyjść. Po chwili usłyszałem propozycję nie do odrzucenia. Jak nie nie dam mu wyjść (z jadącego autobusu) to mnie ugryzie. Nie bardzo się bałem o siebie, tylko, że pobrudzi mi kurtkę. W końcu dojechaliśmy do przystanku. Wyszedłem, a jegomość zaczął ujadać. I nie ukrywam, tu już mnie wnerwił.

Nie był to menel. Nie był jakiś świr, przynajmniej do czasu kiedy się przyssał do mnie.

I tak sobie myślę, że 500+ nie trafia w ewidentne potrzeby społeczeństwa.


Btw. przypadki o których wspomniałem, niestety miały miejsce. „Nie myśl o tym. Po prostu idź dalej”.

Powrót do szkoły

Czas spędzony w szkole uważam za zmarnowany. Ani niczego nie wyniosłem, mało komu przychodziło do głowy, by coś kraść, ani nie nauczyłem się...