Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2013

Dinozaury i pseudo post PC

Wieki temu, kiedy na świecie żyły i chodziły dinozaury, ludzie korzystali ze sprzętów, których możliwości teraz byle telefon przeskakuje. Ale czyżby? Lat co najmniej dziesięć temu, przeczytałem zajebisty wstępniak do czasopisma Fenix. Kawał dobrej literatury i tej polskiej i tej zagranicznej. We wstępniaku redaktor naczelny zwykle nie kwilił o tym co jest w numerze. Spisywał swoje spostrzeżenia na temat świata. W jednym z tych wstępniaków, zwrócił uwagę na to, że ówczesny nastolatek nosi w plecaku większą moc obliczeniową niż kiedy wynosili człowieka w kosmos.

      Dziś operujemy jeszcze znacznie większymi zasobami obliczeniowymi, niż plecak tamtego nastolatka ;] I w jakim celu? Czy sprzęty służą do prac nad znalezieniem lekarstwa na raka czy prognozowaniu gdzie i kiedy walnie żywioł? Nie. Moc obliczeniowa, którą dysponujemy służy do tego, by wysłać sms, e-mail, kliknąć lubię to.

      Będąc jeszcze użytkownikiem maszyn mających procesory taktowane 1MHz i mniej, jakoś więcej r…

Rzyganie po ekranie

Miało być krótko, ale nie wyszło. Frustrację wylałem. Nie jest mi lepiej, ale gotowało się to we mnie od bardzo długiego czasu i musiałem to zwyczajnie wyrzygać. Zatem ostrzegam, ten wpis jest dla mnie, nie dla czytelników.

      Wpis miał być z dedykacją dla Caddiego, ale nie będzie, bo będzie brzmiało jakbym chciał jeździć na skądinąd miłym gościu, pomijając, że to ja zachowałem się jak histeryczka. Zatem Caddie szczerze Cię przepraszam.



      Opowiem, krótką historyjkę (ale ze mnie oszust) z przebojami z Google. Konto na youtube założyłem w 2006 roku. Później konto mi cofnięto i przywrócono później, teraz widnieję od 2007 roku - to akurat nie jest istotne.

      Konto e-mail (w innej domenie) scalono mi z kontem youtube. Oczywiście pytano się mnie czy się zgadzam - była opcja korzystasz albo nie korzystasz. No to scaliłem. nazwę ekranową pozostawiłem jaką chciałem czyli 'bagienny'. Później rozdzielali konta. Potem parę razy coś tam szaleli. Niedawno nie informując mn…

Imperium zla

W swiecie komputerow istnieje pojecie Imperium Zla. Na to okreslenie zapracowala sobie m.in. firma Microsoft. Trudno orzec czy slusznie. W swoich poczatkach mieli kilka rzeczy, ktore byly mocno kontrowersyjne (pozniej zreszta tez). Np. postanowili sprzedac cos co istnialo i bylo za darmo (teraz wszyscy wrzasneliby, ze genialny pomysl biznesowy... e nie. Fanboys Apple by tak nie krzykneli). Ale powiedzmy sobie wprost, niewielu z tego potrafilo korzystac. I glos ludzi tych sprytniejszych byl oczywisty i niemalze szczery. Jednak wyroslo kilka nowych imperiow, ktore nie sa w zadnej mierze krytykowane (poddawane ocenie).

            Przylozylem reke do tego, by spopularyzowac wyszukiwarke Google, i do Gmail, i do Google Wave, iGoogle, Google Reader (trzy ostatnie radosnie zamkniete, a Wave nigdy nie zostal udostepniony). Przy Gmail nawet bralem udzial w kampanii informacyjnej. Jakas naiwna czesc mnie wierzyla, ze to beda dobre narzedzia, kiedy moj glos krytyki w postaci speca …

Duchy przeszłości

Nie wiem czy z racji starczego wieku czy też jakiegoś dziwnego zrządzenia losu zwanym też akceptowalnym pechem na mojej drodze pojawiają się duchy z przeszłości. Są to co prawda żywi, pełnokrwiści ludzie, ale których moja "rewelacyjna" pamięć upchnęła po kątach razem z innymi nieużywanymi wspomnieniami.

      O ile jeszcze jestem w stanie przejść do porządku dziennego przy tzw. przypadkowym spotkaniu. To zjawiska typu "długo cię szukałam/em" trochę mnie przerażają. W mojej głowie rodzi się pytanie "po co?" Przecież było tak miło i przyjemnie kiedy nie widziałem tych ludzi... dla mnie duchów, bo jeżeli czegoś z kimś nie robię, to ta osoba ginie w mojej "rewelacyjnej" pamięci. Owszem pozostają miłe, niemiłe, ambiwalentne uczucia, ale jakieś detale? Szczegóły?

      Ale spotkania po latach? Po 5? No jeszcze jak cie mogie... ale po 15-20? WTF? Po co?

Jesień

Czas leci. Człowiek się zajmie tym czy tamtym. Zresztą nawet nie człowiek, nawet bagienny ;]

      Turla się wszystko w tył i w przód. Rozpoczął się kolejny rok akademicki. Zaczęła cudowna pora roku ^^

      Dużo piszę, dużo czytam, mało rysuję, dużo kręcę, mało fotografuję. I na tę chwilę to wszystko.

Pozdrowionka i inne takie...

Tak. Jestem na urlopie ^^ Daleko od... nie, nie cywilizacji. Inaczej nie było tej karteczki ;] A przy okazji. Taki mam widok z okna (zdjęcie wyżej) ;] Poniżej MMSy z telefonu co to ani wody, ani zimna się nie bał ;]



      Wczoraj przegiąłem pałkę. Ale u mnie z wypadami w góry zawsze tak jest. A że jest to mój pierwszy od trzech lat wyjazd. W końcu... kurwa :D Zatem na dzień dobry na zaprawkę moja wyprawa trwała 13 godzin z 2,5 odpoczynkiem (śniadanie i obiad). Zaliczyłem ulewę, ulewę, ulewę... a kiedy schodziłem zaliczyłem śnieg ^^ Przyjechałem latem, wyszedłem jesienią, wróciłem zimą :D

Koncik kólturalny 2...

Byłem nieco zajęty stąd przerwa w dostarczaniu nonsensownych treści do internetu. Zacznę od piszczenia krótko o filmach.

Bizancjum - historia o wampirach. Konkretnie o wampirzycach: o 200letniej nastolatce i jej matce. Historia sama w sobie ma zajebisty potencjał. Po pierwszy wampiry nie mają dodatkowych przymiotów rodem z komiksów. Żadnej super siły, magicznych mocy. Nawet nie mają kłów. Co mają? Doświadczenie wykraczające poza ludzką percepcję... jednak twórcom zabrakło wyobraźni i po ekranie szlaja się Saoirse Ronan z wiecznie nadąsaną miną... W zasadzie jak w każdym filmie z jej udziałem.
Interesujący jest proces powstawania wampirów i muzyka Javiera Navarrete. Poza tym jest to strata czasu.


Wolverine - obyło się bez czyde czy nawet czteryde. Historia Rosomaka zaczyna się gdzieś po X-Men 4 (błagam nie pytajcie o tytuł, seria X-Men stoi poziomie komiksów, i tyle poświęcam jej uwagi), ale spokojnie, znajomość pokręconej historii mutantów jest zbędna. Ba! Nawet nie trzeba znać pierwsz…

Miałem dzisiaj przygodę...

Miałem dzisiaj przygodę. Z jednej strony pouczającą, z drugiej strony wkurwiającą.

      Zacznijmy od nauki jaką wyniosłem. Pokładane zaufanie w produktach/usługach oferowanych czy też darmowe - usługi e-mail czy też płatne - usługi telefoniczne, było z mojej strony przejawem ewidentnej głupoty. Na e-mail, którego nie otrzymałem nie pojawiła się u nadawcy zwrotka z informacją, że taki a taki serwer ma cię w dupie szanowny użytkowniku. Zatem użytkownik przyjął za pewnik, żem leniwe bydle i postanowił mnie popędzić smsem. Jednak, usługodawca poinformował swoich klientów, że mogą być problemy podczas korzystania z ich sieci ze względu na prace konserwacyjne. No cóż. Bywa. Ale zapomniał w swym informowaniu poinformować ludzi będących klientami innych operatorów, że się nie dodzwonią i miast jakiegokolwiek komunikatu radośnie puszczał sygnał "palant do którego dzwonisz, ma cię w dupie i nie chce odebrać telefonu". O 18 otrzymałem od bardzo entuzjastycznie nastawionego człow…

Parę wnerwiających faktów...

Parę wnerwiających faktów autobiograficznych o mojej skromnej osobie.

      Po zaskakującej i demotywujących falach upałów zacząłem myśleć. Chociaż sama czynność czy też właściwie proces był błędny. Hałas za oknem się nie zmniejszył, tylko zmienił częstotliwość. Aktualnie sympatycy piłki nożnej wyrażają swoją dumę i radość. Zresztą nie ma to jak męski sport. Stać w ciasnej grupie, ryczeć piosenki i wierszyki kibicując 22 biegającym w krótkich spodenkach innym mężczyznom, którzy ganiają kulkę usiłując ją umieścić w prostokącie po lewej lub prawej stronie. Fascynujące. Srlsy. Tylko nie wiem dlaczego muszę ich słuchać.

      Otrzymałem w końcu wyniki z rezonansu kolana. Wraz z wynikami rtg i usg rysuje się przede mną długa droga cierpień i upokorzeń kolejnych wizyt w przychodniach i NFZ. A tylko dlatego, że przy kasach chorych, przemienionych w lepsze NFZ stwierdzono, że żaden zabieg mi nie jest potrzebny. Wyhodowana dzięki tym instytucjom chondromalacja III-go stopnia, będzie mi u…

Koncik kólturalny...

Kino:
Jeździec znikąd - nie jest to wariacja Piratów z Karaibów jak opisują to światli recenzenci. Westernem też go podobno nie można nazwać. Chociaż czemu nie? To w jaki nurt się wpisuje ów film? Od samego początku po sam koniec jest przygoda, osadzona w świecie Dzikiego Zachodu (spoko, Yul Brynner nie będzie strzelać).
      Nie wiem co można powiedzieć, by zachęcić do obejrzenia. W 150 minutach znalazło się wszystko co trzeba, bez zbędnych dłużyzn. Jest sporo dowcipu (sytuacyjnego, inteligentnego i tego głupiego); chwila refleksji oraz to co moim zdaniem jest największym atutem tej produkcji - panorama/przekrój, tego czym był czy raczej jak wyglądał Dziki Zachód (ale nie miejsce złudzeń, historycznym obrazem ani nie jest ani nie ma też pretensji do bycia takowym).
      Btw. nie warto czekać do końca napisów... on nigdzie nie dojdzie ;]

Minionki rozrabiają - niefortunne tłumaczenie tytułu pierwszej części, przyniosły zgniłe owoce w drugiej. Wydawało mi się, że twórcy nie mieli pomysł…

Ludziom wydaje się...

Ludziom wydaje się, że są chronieni, bo jest prawo, które na coś nie zezwala. Przypominam, że prawo nie zezwala na jeżdżenie samochodem po spożyciu alkoholu czy też parkowanie gdzie popadnie - a czy ono w tym zakresie przestrzegane?
      Oczywiście nie będę pisał o czymś tak trywialnym jak prawo, w końcu mamy demokrację (władzę ludu). A że nie potrafimy jako społeczeństwo z niej korzystać? Mamy przecież do tego prawo. Zanim jednak dorośniemy jako społeczeństwo obywatelskie, musimy zająć się prozą życia i zacząć myśleć o sobie jako społeczeństwie informacyjnym.

      Ludzie uważają, że jak czegoś nie robią to inni tego też nie robią... Tylko, że innymi mogą się okazać nasi znajomi. Wystarczy, że kolega lub koleżanka w radosnym uniesieniu wrzuci do sieci zdjęcie na którym po zakrapianej imprezie robicie coś wyjątkowo głupiego i możecie stać się bohaterem jakiegoś głupiego memu. Dacie radę i weźmiecie na klatę? Świetnie. A kiedy to będzie zdjęcie dziecka? Waszego dziecka? Pomijam …

Spokojna noc daje...

Spokojna noc daje kilka mozliwosci, ktorych nie oferuje halasliwy dzien. Mozliwosc rozmowy, glownie z samym soba ;]

      Kiedy oznajmiono, ze bedzie zamykana usluga blip, nie wykazalem z tego powodu smutku.

      Blip jako jedna w swoim czasie z nowych uslug miala najwiecej funkcjonalnosci jakie pojawily sie w sieciach spolecznosciowych. Po pierwsze szybkosc i elastycznosc jaka dal twitter, wzbogacona o walor graficzny - mozna bylo nie tylko podlinkowac grafike, ale ja zaladowac i wyemitowac w strumieniu wizualnie, podobnie jak funkcjonalnosc pozwalajaca na odtwarzanie streamingu bez potrzeby przechodzenia do serwisu hostujacego. Kolejna funkcjonalnosc, choc teraz oczywista, byla mozliwosc sledzenia osob, ktorych sie nie znalo - niby oczywiste, ale sporo Polakow dalej nie wie o twitterze, bo wiekszosc swoja przygode z serwisami spolecznosciowymi rozpoczelo od naszej klasy czy facebooku. O tagach nie trzeba wspominac... ale jednak trzeba, bo one staly sie jednym z wielu powodo…

Chamie! Trochę kultury zażyj!!!

Wolność i swoboda. W czynieniu niemiłego odpoczynku innym, a nawet pracy. To jest sport narodowy, przeszkadzać innym mieszkać. Naprawdę, nie da się siedzieć całą dobę ze słuchawkami na uszach. Stopery nie są aż tak skuteczne.
      Zatem spróbuję uaktualnić koncik kulturalny. Jak zaraz wyjdę i okażę swoje pokłady miłości temu kamieniarzowi od siedmiu boleści jak nic dostanę wyrok za wyjątkową agitację miłości wobec bliźniego.

Zen... cisza... zeeee... ku... ltury! Żesz do jasnej ciasnej!!!


Kino:
1000 lat po Ziemi - nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że pisałem o tym filmie. Świetna produkcja science ficition. Co prawda fabuła jest równie rozbudowana jak we Władcy Pierścieni, z tą różnicą, że zamiast iść do dziury i coś zniszczyć to trzeba coś znaleźć. Jednak tutaj losy bohaterów mnie obchodziły. Tyle o fabule, a gdzie scifi? We wszystkim co się pojawia na ekranie. Wykorzystany motyw mistrz i ucznia pozwala na tłumaczenie specyfiki urządzeń, ale na szczęście na tyle, ile jest to …

Jak się zwykło mówić...

Jak się zwykło mówić, "czytam i nie wierzę". Naczelny polski hejter, boski mizogin, po prawdzie też mizantrop (ale zdania są podzielone) został specjalistą walczącym z hejtingiem. Co ciekawe, twierdzi, że trzeba to zdusić w zarodku.
Nie ma co się dziwić. Konkurencję trzeba eliminować.

      A na swoich blogaskach ani mru mru. Nie wolność słowa, tylko wolność kasy rządzi, bo sponsorzy trzymają krótko smycz.

      Żyjemy naprawdę w ciekawym kraju, że tacy ludzie zyskują poklask. W sumie słusznie, skoro bydło pragnie poganiacza z batem to sami go sobie wybierają. Ten hejter ma jedną zaletę, obraża wprost swoich wielbicieli (i w pełni na to zasługują).


      Tylko proszę wszystkich władców mediów, żeby nie stawiali mnie w jednym szeregu z tym osobnikiem.

Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek...

Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek czegoś co leżało koło muzyki (przynajmniej na dysku twardym). Średnio mi to wyszło. W chwili kiedy wyklarowała mi się koncepcja co i jak połączyć i co tam zepsuć... Program się powiesił. No tak, to musiało być tragiczne. Drugie podejście zniweczył mi hałas za oknem. I nie, to nie HGW z młotem pneumatycznym przepychała rynny, ani nie trzymała kilka psów na balkonie, ani też nie cięła "marmurów", które później wtórze przekleństw nie przyklejała na silikon czy na inne badziewie do ściany...

      Odpuściłem sobie. Na youtubie skorzystałem z gotowych muzyczek. Bardziej do obrazków pasowałby mi jakiś jazz, ale to co jutub miał do zaproponowania... to wypić i zapomnieć.

      Wczoraj poturlałem się do Lublina. Tutaj wideło, tutaj zdjęcia.

      Parę dni wcześniej do Kazimierza Dolnego (wideło i zdjęcia).

      Niby coś miałem napisać o tym, jak zajebiście mieszka się w dużym mieście, ale trudno się skupić przy hyphopie za oknem p…

Dzisiaj byłem lepiej przygotowany...

Dzisiaj byłem lepiej przygotowany. Nasmarowany zawczasu. Z powodu dużej dawki promieni UV za oknem wypacany byłem dodatkowo kremem z UV. I to też nie wystarczyło. Kolano jedno w porządku, drugie trochę mniej, ale turlam się przed siebie. Doturlałem się. Po godzinie stwierdziłem, że przydałby się jakieś ćwiczenia (ot, powód, by wpaść na siłownię pod chmurką).

      Turlam się. Pięć minut... Dziesięć... Piętnaście... I nie wytrzymałem. Spierdzielałem w podskokach. Myślałem, że zostanę zeżarty przez te suki w całości. A one poglumią i wyplują. W mordę XX Zabrakło mi jakiegoś spreja przeciw komarom. Ale obawiam się, że przy tej temperaturze z tymi wszystkimi chemikaliami na sobie (niby dla zdrowia i ochrony) stanę się żywą pochodnią ;]

Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty...

Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty, że to jakiś serwis się zamyka. Albo, że jakiś jest przez kogoś kupowany.

      Instagram kupiony przez Facebook. Blog przez Onet. Tumblr ma być kupiony przez Yahoo. Blip jest zamykany. Google Reader już zamknięty. Spokojnie, nie po raz pierwszy nie po raz ostatni. W końcu i tak jesteśmy wierni markom, nie?

      Co się zmieniło? Dużo. Przez kogo? Przez ludzi.


      Od początku. W latach 90tych, kiedy jeszcze macałem się z linuxem, powstała potrzeba zrobienia czegoś. To coś to było umożliwienie nietechnicznym dostępu do sieci. I nie wiem jak się to stało, że pojawił się w ogóle "autor" koncecji WEB 2.0 - ale cóż historię piszą zwycięzcy. Ale WEB 2.0 ma bardzo wielu autorów i bardzo liczne projekty, czasem tak pokraczne już na etapie koncepcji, mają dzisiaj wpływ na cały świat.

      Wówczas nikt nie patrzył na użytkowników jak na towar, który można sprzedać (vide Facebook). Patrzono na ludzi, ktorzy mogą wnieść do sieci swoje pa…

Jak co rano poszedłem...

Jak co rano poszedłem policzyć śpiące kaczki. No dobra, nie tak rano. Dupy zrywać, by iść na kije aż tak bardzo mi się nie chciało. Sprawdziłem pocztę. Łaskawie nie odpisałem. Oznaczyłem spam. Poczytałem książkę. Dobiła piąta.

      Obejrzałem kawałek serialu. Pff... Wziąłem prochy. Dobiła szósta. TADA!

      Mogę bezkarnie wszystkich obudzić. Wyskoczyłem na kije. Idę... idę... idę... aż jak mnie nie pierdolnie szczęście.

      Miałem poniższą scenę z Ace Venturą przed oczami. Tylko ciutkę niżej, nie w udach, ale w kolanach. Myślałem, że żywcem mi kolano spłonie. Jakiś potwór się wykluje albo jaka inna bestia.



      Patrzę na te swoje cholerne kolana. Nic. Nic pulsuje. Nie zmienia koloru... A płonie.

      Iść przed siebie. Iść... nie kuleć, ani na prawą ani na lewą... Doczłapałem do domu. W zamrażalniku czekało na mie wybawienie. Włączam stoper, co by tych choler dla odmiany nie przeziębić. Maście oraz inne gluty jak u znachora. I tada! Kurwa przestało płonąć. Dzień, kurwa, do…
Lat temu wiele światło dzienne ujrzało dzieło dwóch jegomości. Była to praca domowa (Homework). Namieszali ostro nie tylko w światku muzycznym... ale. Jak się okazało ponad 10 lat temu, to był pic. I nie było nic w tym złego, bo w końcu nie pierwsi i nie ostatni.

      Daft Punk pojawił się na świecie ze swoim krążkiem (mam na myśli Homework) w 1996 roku. Surowym brzmieniem, rytmiką bezpośrednim nawiązaniem do kultu kasety (w Polsce płyty CD były jeszcze drogie) uwiedli wszystkich. No dobra. Nie wszystkich. Ale weszli na salony i się rozsiedli.

      W 2001 roku wyszli z nowym krążkiem Discovery. Nim udało mi się przesłuchać ten album w Muzycznej Planecie, naczytałem się, że to gówno, elektroniczna rzeźnia (w pejoratywnym odniesieniu) i takie tam. Przesłuchałem kilkukrotnie. Dupy nie urywało, ale spróbowałem. Łatwo weszło. Takie tam lekkie i taneczne. Dodatkowym bonusem był kod dostępu do zasobów na sieci. Specjalny odtwarzacz Daft Punk Player i na początek kilka kawałków. W tym…
U mnie upał powoduje wyłączenie mózgownicy. Zresztą trybię prawie 24h na dobę. Ale kiedy temperaturę przekracza moje ukochane 10oC zaczynają się zgrzyty. Zwłaszcza w dziedzinach, które mnie nie interesują. Egzamin w temperaturze powyżej 25oC to już masakra w letnich gaciach.

      Sesję mam już za sobą. Całkowicie. Absolutnie bez żadnych zwisów. Kilka miesięcy temu kiedy rozwaliłem sobie drugie kolano, przejście od bólu do koncetracji (jakiejkolwiek) było tytanicznym wysiłkiem. Zadziwiające jak dużo osób w tym okresie mnie wsparło (z jednym niechlubnym wyjątkiem). Ciągnięciu kilku srok za ogon, by mieć pieniądze na leczenie, naukę i sam proces leczenia. Z jednej strony rok 2012 był zajebisty, z drugiej to kolejna zjeba. I jak zwyczajowo mówi się, że trzeba to oblać a mnie jakoś w tym kierunku nie ciągnęło. Tym razem trzeba to oblać.

A zatem. Po sesji! Mózg spocznij!!! ;]
Wszyscy trabia wszem i wobec, ze komputery zostana wyparte przez tablety i inne urzadzenia ze zdalnym dostepem do internetu. Szczerze? Im dluzej korzystam z takich urzadzen, tym mniej jest o tym przekonany. Najbardziej zabawne i zenujace jest korzystanie z aplikacji chrome na androidzie w uslugach google. Takiej jazdy - robi co chce, dawno nie widzialem. Jezeli dorzucimy mozliwosc komentowania w jezyku polskim wchodzimy na wyzszy poziom absurdu. Jezeli nie ma apliakcji ani porzadnego programu do zarzadzania pamiecia urzadzenia, to uruchomienie komputera zalogowanie sie do linuxa czy windowsa zajmuje zdecydowanie mniej czasu.

      W kinie widzialem reklame telefonu nokii z windowsem... kusi.
Dawno, dawno temu. Kiedy po świecie krążyło widmo wojny atomowej, była Zimna Wojna, a dowcipy o niedźwiedziach nie kojarzyły się ze spadkiem wartości akcji a MEGA sąsiadem ZSRR, moje oczy zostały nakarmione prozą Roberta E. Howarda. W zasadzie dzięki niemu sięgnąłem po fantasy. Nie przemówił do mnie nudziarz Tolkien (poza Silmarillionem), ani rzesze innych modnych pisarzy. Zdecydowanie wolałem scifi. Chwilę później poznałem trylogię (później tetralogię, a obecnie cykl) Czarnoksiężnika z Archipelagu, który zawładnął moją wyobraźnią. I w rzeczy samej, pomijając nieliczne wyjątki to Robert E. Howard i Ursula K. Le Guin są moimi faworytami w gatunku.

      Biorąc pod uwagę, że lata (a minęło jakieś 25) powinny wyprostować moją młodzieńczą fascynację barbarzyńcą. Jednak tak się nie stało. Chciałem sobie odświeżyć poznane historie spisane tylko przez Howarda. Sprawdzić czy te historie się nie zestarzały. Dzięki wydawnictwu Rebis (tom I i tom II) na rynku pojawiły się opowiadania (teo…
Wczoraj byłem w kinie (tak, znowu :D Miałem wrażenie, że cofnąłem się w czasie i ponownie jestem na seansie "Planety małp". Cinema City, Multikino - tych sieciówek nie lubię z dwóch powodów. Wysokich cen biletów i brak zniżek dla kinomaniaków. Jest jeszcze trzeci powód. Ale to akurat jest przypadłością wszystkich kin. Pseudowidzowie. Mam na myśli tych, którzy idąc na seans mają browar w ręku (taka przenośnia, de facto mieli w plecakach). Niestety, najczęściej mam z nimi styczność w wymienionych kinach.

      Gdzieś tam kiedyś czytałem o kinie, w którym można popijać podczas seansu. Teoretycznie smród piwa idzie przetrzymać.
      Jest jednak małe "ale". W kinach pić alkoholu nie można. Te kamerki, które są wycelowane w widownię nie są tylko zamontowane po to, by wyłapywać ludzi rejestrujących film (zresztą nie wiem w jakim celu miałby ktoś to robić, zwykle film, który wchodzi do polskich kin już dawno jest dostępny online - legalnie też). Obsługa nie zaaregow…
Czasem zdarzy się wieczór, które spędzam nadzwyczaj miło. Człowiek pieprzy głupoty, szwenda się po rejonach wsi, który po raz pierwsza zwiedza o dziwnej porze. Spotyka miłych ludzi w niemiłych okolicznościach przyrody. Tak się kiedyś przydarzyło, że trafiłem na kompletne zadupie i nie miałem absolutnie pojęcia czy iść w prawo, w lewo, w dół czy w górę. Telefon do przyjaciela "gdzie ja kurwa jestem". Tylko zanim wykonałem telefon, musiałem człapać w kierunku poszukiwaniu zasięgu. Kierowałem się nie światłem gwiazd i Księżyca tylko wskaźnikiem zasięgu w telefonie. Jako, że nie posiadałem gpsu w telefonie musiał mnie namierzyć sobie znanymi sposobami. Przez telefon zaczął się śmiać, blisko godzinę później kiedy wsiadałem do samochodu dalej się śmiał.

      Wczoraj (formalnie dziś) mnie też gdzieś wyrzuciło. Ale od miejsca gdzie do miejsca w którym znalazłem nocny to już inna historia ;]
Podczas upałów łapię zgona jakoś tak około 12/13 do 15/16. W przypadku kiedy jeszcze jest w planach natury burza, mam zjazd podobny do narkolepsji. Kilkakrotnie zdarzyło się, że ocknąłem się z odciśniętą spacją lub innymi klawiszami na pysku. Rly, ale to rly nie cierpię upałów. Chwała za stonowaną klimę w pracy. Alleluja i do przodu.
Minął weekend i na koncie trzykrotna wizyta w kinie. Zacznę od chłamu.

      Boyle ma kolejnego oscara w kieszeni. Skoro otrzymał statuetkę za kiczowaty film, to teraz powinien dostać ich co najmniej pięć.
      Historyjka prosta jak drut, ale wystarczy wrzucić hipnoterapeutę, przedstawić historię w sposób nielinearny i co jakieś piętnaście minut dorzucać dodatkowe fakty albo alternatywną wizję i już mamy "pokręcone" i "trudne" dzieło. Czepiałbym się wewnętrznej logiki, ale po tym jak film stracił pierwszoosobowego narratora i pod lupą znalezły się inne postacie olałem. To byłoby kopanie leżącego. Podejrzewam, że fanom Incepcji i Czarnego łabędzia film podpasuje i będą piali z zachwytu. Ja się niesamowicie wynudziłem. Istotny jest też fakt, że jest to remake świetnej telewizyjnej produkcji. Po jaką cholerę zrobiono z tego film kinowy? Kasa, kasa, kasa.

      Drugi film to Kac Vegas 3. "Fortunny" dobór tłumaczenia nie ma co. Zwłaszcza przy kontynuac…
Wczorajszy wieczorek byl zajebisty. Siedzialem przed maska jakiegos samochodu (tak mnie to interesuje co zeszloroczny snieg) i mialem kupe radosci z podlaczonego do niego komputer. Sciagalismy jakies tam chore dane dla serwisu, wszystko co sie dalo. Smialem sie, ze zbieraja informacje ile razy okno bylo bylo otwierane i... sie nie mylilem. Nie wiem czy to do jakiegos konkretnego celu mialo sluzyc... ale pal szesc.      Pozniej bylo jeszcze zabawniej. Pojechalismy na impreze geekow. Kazdy mial podlaczone cos do komputer/tabletu i napierdzielalismy w glosniki. Oj miodzio. Przypomnialy mi sie stare, zle czasy. Przy tej calej zabawie chyba zapomnielismy o jakiejkolwiek rejestracji dla potomnych ^^ moze i dobrze. Kilku starego chlopa przy maszynkach robiacych pizd, piard, dup i cieszylo sie bardziej niz jednolatek w piaskownicy ;]
Niestety, mój getpocket.com zgubił parę linków. Zatem będziecie musieli mi uwierzyć na słowo albo wziąć to za fantazję.

      Jakiś lekarz napisał list otwarty, który został opublikowany w Internecie. Wylewał on swoje gorzkie żale na rząd. Po przydługim opisie nastąpiła "zaskakująca" konkluzja. Otóż, w Polsce nie ma pieniędzy na leczenie chorych. I tylko się symuluje, że istnieje jakakolwiek pomoc.

      Rozbawiło mnie to. Na smutno. Jest to naprawdę żenujące. Lekarz, czyli człowiek na pierwszej linii frontu mający do czynienia z chorymi ludźmi odkrył to... po 20 latach.

      Wprowadzenie lekarza rodzinnego/pierwszego kontaktu miało na celu opóźnienie dostępu do specjalistów. Choć z jednej strony miało to też ograniczyć ludzi, którym się wydawało, że potrzebują jakiegoś specjalisty. Rezultat jest taki, że zainteresowany nie zapisze się do żadnego specjalisty bez skierowania w łapie. A nierzadko nawet mając ten świstek też się nie zapisze, bo skierowanie zostało nie…
Jestem zmęczony szukaniem jakiegoś komunikatora, który zarówno spełni moje oczekiwania, jak i będą go używać ludzie z którymi się kontaktuję. Kompromisu znaleźć nie mogę. Rozwiązanie desktopowe używanie przeglądarek nie wchodzi w grę (chociaż może być jako dodatkowa opcja). Jak już coś znajdzie się sensownego to nikt tego nie używa (np. ICQ).
      Zatem wracam do podstawowej formy komunikacji. E-mail.

      I przy okazji, fejsbunio poszedł się... wyprać ;] razem z wisielcem.


UPDATE