środa, 13 listopada 2013

Dinozaury i pseudo post PC

      Wieki temu, kiedy na świecie żyły i chodziły dinozaury, ludzie korzystali ze sprzętów, których możliwości teraz byle telefon przeskakuje. Ale czyżby? Lat co najmniej dziesięć temu, przeczytałem zajebisty wstępniak do czasopisma Fenix. Kawał dobrej literatury i tej polskiej i tej zagranicznej. We wstępniaku redaktor naczelny zwykle nie kwilił o tym co jest w numerze. Spisywał swoje spostrzeżenia na temat świata. W jednym z tych wstępniaków, zwrócił uwagę na to, że ówczesny nastolatek nosi w plecaku większą moc obliczeniową niż kiedy wynosili człowieka w kosmos.

      Dziś operujemy jeszcze znacznie większymi zasobami obliczeniowymi, niż plecak tamtego nastolatka ;] I w jakim celu? Czy sprzęty służą do prac nad znalezieniem lekarstwa na raka czy prognozowaniu gdzie i kiedy walnie żywioł? Nie. Moc obliczeniowa, którą dysponujemy służy do tego, by wysłać sms, e-mail, kliknąć lubię to.

      Będąc jeszcze użytkownikiem maszyn mających procesory taktowane 1MHz i mniej, jakoś więcej rzeczy robiło się stricte informatycznych niż w dniu dzisiejszym, oprócz grania coś jeszcze się robiło. Aktualnie cała energia człowieka, który korzysta ze sprzętów ogranicza się do jego głaskania. Przez przypadek interesując się różnymi branżami stykam się z ludźmi, którzy wyciskają z komputera siódme poty - graficy, muzycy czy programiści (z nimi jest trochę inaczej, bo oni nie potrzebują super szybkich maszyn do swojej pracy, nie przeprowadzają jakiś złożonych symulacji co najwyżej jest im potrzebna fizyczna maszyna o nieco większej mocy obliczeniowej, ale w zasadzie dlatego, że pracują obecnie najcześciej w chmurach). Jak napisałem z ludźmi z którymi mam styczność. Gdzieś tam w odmętach internetu i rzeczywistości są ludzie, którym ciągle za mało.

      Oczywiście miałem przyjemność dotknąć mainframe (de facto komputera, bo cały czas, mimo że, nomenklatura potoczna zmienia się, pewne definicje się nie zmieniają), ale kiedy zostałem wpuszczony na tę maszynę, by coś odpalić nie wiedziałem jak wykorzystać tę moc (nie liczoną w megaherzach tylko we flopach (flops)... uściślając w petaflopach (pflops)). Piękne cudo, które przypominało przewróconą lodówkę. I co ja na tym zrobię? Odpalę program do statystyki? Grę? A może film, żeby lepiej go zdekodował. Wracam do PC (personal computer, nazywanie tabletów terminem post PC jest pewnym nieporozumiem, IMO teraz dopiero możemy mówić o PC).

      A nie, nie będzie o PC. Będzie o czym innym.
      Teraz pilot ma większą moc obliczeniową od mojego pierwszego komputera. Tyle, że samym pilotem nic nie zrobię. A jeżeli nawet mam odbiornik którym będę rządził inteligentnym pilotem, to i tak niczego nie zrobię i nie stworzę. Nawet czegoś tak prostego

10 print "dupa"
run

sobota, 2 listopada 2013

Rzyganie po ekranie

      Miało być krótko, ale nie wyszło. Frustrację wylałem. Nie jest mi lepiej, ale gotowało się to we mnie od bardzo długiego czasu i musiałem to zwyczajnie wyrzygać. Zatem ostrzegam, ten wpis jest dla mnie, nie dla czytelników.

      Wpis miał być z dedykacją dla Caddiego, ale nie będzie, bo będzie brzmiało jakbym chciał jeździć na skądinąd miłym gościu, pomijając, że to ja zachowałem się jak histeryczka. Zatem Caddie szczerze Cię przepraszam.



      Opowiem, krótką historyjkę (ale ze mnie oszust) z przebojami z Google. Konto na youtube założyłem w 2006 roku. Później konto mi cofnięto i przywrócono później, teraz widnieję od 2007 roku - to akurat nie jest istotne.

      Konto e-mail (w innej domenie) scalono mi z kontem youtube. Oczywiście pytano się mnie czy się zgadzam - była opcja korzystasz albo nie korzystasz. No to scaliłem. nazwę ekranową pozostawiłem jaką chciałem czyli 'bagienny'. Później rozdzielali konta. Potem parę razy coś tam szaleli. Niedawno nie informując mnie, odpięli mi konto e-mail tworząc niezależne konto dla youtube, ale pozostawiono komunikację na e-mail na który zalożyłem. Później scalono mi konto z kontem gmail bez mojej zgody i wiedzy, dowiedziałem się tego, bo użytkownik nie mógł się zalogować i szukałem dla niego rozwiązania. Później zmieniono mi nazwę ekranową na nazwę konta i w ten sposób nie znajdziecie mnie na youtubie, oczywiście bez mojej wiedzy. Miałem wpływ tylko na opis konta - na co nie wyraziłem zgody (i wierzcie mi, automat nie mógł zrobić tej propozycji - polskie słowotwórstwo nie jest zrozumiałe dla automatów). Zdjęcia znajdujące się na urządzeniach przenośnych po utworzeniu profilu g+ (inaczej nie mogłem skonfigurować ustawień konta) bez pytania i ostrzeżania z androida przypisanego do innego konta bez pytania zostały wpieprzone w mój profil na g+.

      Teraz już wiem, że domyślnie _każde_ konto gmail na androidzie bez pytania bierze wszystko kopiuje na sieć - tylko dla odmiany inaczej niż kiedyś nie udostępnia tego publicznie.

Czasem się zdarza, że komuś w czymś pomagam. Uwaga, jeżeli jesteś z Polski wg Google nie możesz mieć innego niż polskobrzmiącego imienia ani nazwiska. Nie utworzysz fikcyjnego konta, nie utworzysz firmowego konta. Dlatego, że w nazwie muszą być POLSKIE IMIONA i POLSKIE NAZWISKA.

      Wychodzę z założenia, że podaję swoje dane do tworzenia kont dla własnej wygody i bezpieczeństwa. Łatwiej udowodnić, że jest to moje konto. Ale nie podoba mi się i nie lubię, kiedy jakaś firma wyciera sobie wirtualną mordę moim imieniem i nazwiskiem. Jedno co osiągnęli to usunąłem całą swoją historię +, komciów i wklejek. Przeniosłem się z tą aktywnością na twittera. Nie jestem i nie byłem anonimowy w sieci. Ale to w jaki sposób się będę podpisywał nie będzie decydował jakiś koleś z Google. Dla wyznawców Google odpowiadam, tak zapłaciłbym za to, bym funkcjonował w ramach ich usług na własnych warunkach.

      Czas na parę informacji celem uświadomienia. Google Wave był rewelacyjnym miejscem do pracy online, jak i do prowadzenia konferencji lub rozmów z wieloma osobami (to czym jest hangouts to tylko proteza dobrego systemu komunikacji, który istniał). Wyłączenie czytnika rss ma zupełnie inne podstawy. Nie chodziło o malejącą grupę użytkowników. Chodziło o to, że użytkownik subskrybował kanały informacji, które chciał i czytał je kiedy chciał i co chciał. Teraz ma strumień w G+ i kręgi, lepsza wersja fejsa. Troszkę lepsza. Bo już zacząłem otrzymywać informacje, które mnie nie interesują, a są rekomendowane na podstawie posranego algorytmu (czyli zaczyna się wieśbuk). To G+ będzie decydował co będziesz widział, którą wiadomość jako pierwszą i czy w ogóle (mam nadzieję, że demonizuję, ale patrząc na to co robi wieśbuk nie mam złudzeń). Wyłączenie iGoogle jest początkiem do tego, że pojawią się widgety w strumieniu G+, które można będzie można wpuścić w swój krąg (coś na co jeszcze nie wpadł wieśbuk, ale jakby miał wpaść, skoro cały pomysł, idea i prawie wykonanie nie należą do Zacka) - to akurat dobry myk, ale zabrano zajebistą funkcjonalność, takie cyfrowe małe centrum dowodzenia (jeden ekran tysiące wiadomości posegregowane tak jak chciał użytkownik).

      Otrzymam odpowiedź od fanów Google, że nie muszę korzystać. Oczywiście. Przeprowadzkę e-mail już prowadzę od kilku miesięcy. Yahoo i Outlook. Przypominam też, że należę do pierwszych użytkowników Google, Gmaila i całej reszty. To m.in. ja rozdawałem zaproszenia, uczyłem korzystać z tych świetnych narzędzi jakie oferował - dlatego proszę odpuścice sobie komentarze, że można to skonfigurować - kiedyś było można, teraz jest kilka guzików w kilkunastu miejscach.
      Nie przeszkadzało mi to, że monetyzowali, że pojawiały mi się reklamy w każdym miejscu. Nie były nachalne, ale od 2004 roku kiedy korzystam z Gmail informuję, że tylko raz skorzystałem z reklamy kontekstowej (pomijam, że nietrafionej). Absolutnie żaden mechanizm nie dostował się mając dane, informacje o moich tzw. preferencjach, by mi zaproponować coś co mnie może zainteresować. Być może mam zbyt szerokie zainteresowania i eklektyczny gust przez co nie jestem do ogarnięcia przez specjalistów branży marketingowej. To też mi nie przeszkadzało. Przeszkadza mi to, że zamiast rozwijać usługi uproszcza się je do ekstremalnego minimum nie dając nic w zamian. Dodatkowo to nie jest to wpływ regionalny, tylko globalny (mówiąc już o tym, korzystam z Bing, Yandex i Yahoo szukając czegoś w sieci - google służy mi za kalkulator i wyszukiwarkę polskich trendów w sieci).

      Btw. odnośnie fanów Google jest jedna rzecz, która mnie fascynuje. Mam ustawioną wersję językową angielską-amerykańską - raz, że ustawienia angielski-UK bywają dziwne (a polskich nawet nie wspomnę), dwa rozumiem o co chodzi w ustawieniach czy pomocy, ale po trzecie - wszystkie ficzery mam od razu, na które w wersji polskiej trzeba czekać parę miesięcy. Fan gógla ma wersję polską... Interesujące, nie? ;]

Imperium zla

            W swiecie komputerow istnieje pojecie Imperium Zla. Na to okreslenie zapracowala sobie m.in. firma Microsoft. Trudno orzec czy slusznie. W swoich poczatkach mieli kilka rzeczy, ktore byly mocno kontrowersyjne (pozniej zreszta tez). Np. postanowili sprzedac cos co istnialo i bylo za darmo (teraz wszyscy wrzasneliby, ze genialny pomysl biznesowy... e nie. Fanboys Apple by tak nie krzykneli). Ale powiedzmy sobie wprost, niewielu z tego potrafilo korzystac. I glos ludzi tych sprytniejszych byl oczywisty i niemalze szczery. Jednak wyroslo kilka nowych imperiow, ktore nie sa w zadnej mierze krytykowane (poddawane ocenie).

            Przylozylem reke do tego, by spopularyzowac wyszukiwarke Google, i do Gmail, i do Google Wave, iGoogle, Google Reader (trzy ostatnie radosnie zamkniete, a Wave nigdy nie zostal udostepniony). Przy Gmail nawet bralem udzial w kampanii informacyjnej. Jakas naiwna czesc mnie wierzyla, ze to beda dobre narzedzia, kiedy moj glos krytyki w postaci speca od bezpieczenstwa sieciowego, jawnie kpil.

            Aktualnie czytajac serwisy (smiech na sali) technologiczne mam przed oczami kolejnych oredownikow Google, ktorzy bezkrytycznie lykaja wszystko co wyjdzie z tego Imperium. Kiedys Google byl synonimem szybkosci, otwartosci i innowacyjnosci. Od kilku lat tak nie jest. Kierunek zmian jaki obral ten gigant jest mocno niejasny.

            Nie twierdze, ze zamykanie uslug jest zle. Chociaz moim zdaniem zamiast biernie czekac, az ludzie zaczna sami sie edukowac, jak to czynili w poczatkach firmy, Google samo aktywnie powinno to czynic. A pozniej nie rozkladac rak i mowic, za malo z tego ludzi korzysta (pewnie zalatuje hipokryzja co? :) Firma nie tworzy absolutnie zadnego wsparcia dla uzytkownikow (w sumie czemu, darmozjady jedne) ani tez dla swoich klientow (widzialem ludzi, ktorzy walili glowa w sciane - literalnie), nie daje jednoznacznych odpowiedzi i komunikatow. Ktokolwiek szukal pomocy online czesto rezygnowal nie uzyskujac zadnej odpowiedzi. Dla porownania z imperium zla jakim caly czas jest nazywany Microsoft tej pomocy udziela, nie znajdziesz online? Bierzesz telefon i dzwonisz. Uzyskacie chocby informacje w przypadku, jezeli nie beda mogli pomoc nawet przy uslugach za ktore nie placicie. Tak. Naprawde, tak to dziala. Kiedy mowie o tym administratorom, informatykom to patrze na ich zdumione twarze - nie dowierzaja, ze to takie proste. Zabawne jest to, ze tak to dziala od wielu lat.

            To oczywiscie tylko jeden aspekt, ale dla mnie cholernie istotny. Czasy kiedy siedzialem i poswiecalem kilkanascie godzin na rozwiazanie problemu, ktory stal po stronie producenta (tak, naleze do tych ludzi, ktorzy pisza do tworcow gier i programow, zglasza problemy - oprocz Google (tak znalazlem kontakt) i polskich producentow... przepraszam developerow, wszyscy odpowiadali i odpowiadaja) dawno minely. Jezeli czegos nie mozna uzyc od razu laduje w smietniku.

            Google nie jest juz fajna firemka dwoch gosci, ktorzy mieli swoje idee fixe. Teraz jest to potezna korporacja, ktora rzadzi sie i rzadzi swiatem w sposob jaki chce. Marginalizujac osoby, ktore chcac konkretow musza sie dostosowac sie do potrzeb wiekszosci, firma zaczyna coraz mniej oferowac. Wyniki wyszukiwarki sa filtrowane (milosnicy teorii spiskowych twierdziliby, ze cenzurowana), modyfikowane ustawienia personalne bez zgody i wiedzy uzytkownikow (zmiany ustawien kont, zmiany nazwy i danych osobowych, kopiowanie i publikacja rzeczy do ktorych nie udostepniono uprawnien), programy personalizujace dzialalnosc uzytkownikow (zablokujcie Chrome pod Windowsem, a dostanie szmergla, ze ne moze niczego wyslac ani zaktualizowac sie bez Waszej zgody).

            Wydaje mi sie, ze krytyka - wszechkrytyka postepowania korporacji moze dac wymierne korzysci dla uzytkownikow/klientow, podobnie jak to mialo i ma miejsce z Microsoftem.

            Zeby Was rozbawic: Blogger (wlasnosc Google), Android, Chrome posluzyly do stworzenia tego wpisu ;]

środa, 23 października 2013

Duchy przeszłości

      Nie wiem czy z racji starczego wieku czy też jakiegoś dziwnego zrządzenia losu zwanym też akceptowalnym pechem na mojej drodze pojawiają się duchy z przeszłości. Są to co prawda żywi, pełnokrwiści ludzie, ale których moja "rewelacyjna" pamięć upchnęła po kątach razem z innymi nieużywanymi wspomnieniami.

      O ile jeszcze jestem w stanie przejść do porządku dziennego przy tzw. przypadkowym spotkaniu. To zjawiska typu "długo cię szukałam/em" trochę mnie przerażają. W mojej głowie rodzi się pytanie "po co?" Przecież było tak miło i przyjemnie kiedy nie widziałem tych ludzi... dla mnie duchów, bo jeżeli czegoś z kimś nie robię, to ta osoba ginie w mojej "rewelacyjnej" pamięci. Owszem pozostają miłe, niemiłe, ambiwalentne uczucia, ale jakieś detale? Szczegóły?

      Ale spotkania po latach? Po 5? No jeszcze jak cie mogie... ale po 15-20? WTF? Po co?

piątek, 18 października 2013

Iwil tró

Jesień

      Czas leci. Człowiek się zajmie tym czy tamtym. Zresztą nawet nie człowiek, nawet bagienny ;]

      Turla się wszystko w tył i w przód. Rozpoczął się kolejny rok akademicki. Zaczęła cudowna pora roku ^^

      Dużo piszę, dużo czytam, mało rysuję, dużo kręcę, mało fotografuję. I na tę chwilę to wszystko.

środa, 18 września 2013

Pozdrowionka i inne takie...



      Tak. Jestem na urlopie ^^ Daleko od... nie, nie cywilizacji. Inaczej nie było tej karteczki ;] A przy okazji. Taki mam widok z okna (zdjęcie wyżej) ;] Poniżej MMSy z telefonu co to ani wody, ani zimna się nie bał ;]



      Wczoraj przegiąłem pałkę. Ale u mnie z wypadami w góry zawsze tak jest. A że jest to mój pierwszy od trzech lat wyjazd. W końcu... kurwa :D Zatem na dzień dobry na zaprawkę moja wyprawa trwała 13 godzin z 2,5 odpoczynkiem (śniadanie i obiad). Zaliczyłem ulewę, ulewę, ulewę... a kiedy schodziłem zaliczyłem śnieg ^^ Przyjechałem latem, wyszedłem jesienią, wróciłem zimą :D

wtorek, 10 września 2013

Koncik kólturalny 2...

Byłem nieco zajęty stąd przerwa w dostarczaniu nonsensownych treści do internetu. Zacznę od piszczenia krótko o filmach.

Bizancjum - historia o wampirach. Konkretnie o wampirzycach: o 200letniej nastolatce i jej matce. Historia sama w sobie ma zajebisty potencjał. Po pierwszy wampiry nie mają dodatkowych przymiotów rodem z komiksów. Żadnej super siły, magicznych mocy. Nawet nie mają kłów. Co mają? Doświadczenie wykraczające poza ludzką percepcję... jednak twórcom zabrakło wyobraźni i po ekranie szlaja się Saoirse Ronan z wiecznie nadąsaną miną... W zasadzie jak w każdym filmie z jej udziałem.
Interesujący jest proces powstawania wampirów i muzyka Javiera Navarrete. Poza tym jest to strata czasu.


Wolverine - obyło się bez czyde czy nawet czteryde. Historia Rosomaka zaczyna się gdzieś po X-Men 4 (błagam nie pytajcie o tytuł, seria X-Men stoi poziomie komiksów, i tyle poświęcam jej uwagi), ale spokojnie, znajomość pokręconej historii mutantów jest zbędna. Ba! Nawet nie trzeba znać pierwszej cześci - jego genezy Wolverine (ciekawy zabieg dwa razy ten sam tytuł).

Rosomak ugrzązł gdzieś w lesie i cierpi. Powodów ma całe mnóstwo, ale tak naprawdę chodzi o _nią_. W międzyczasie człowiek, któremu uratował życie podczas II WŚ aktualnie umiera i chce mu podziękować. A że jest to Japończyk, cała akcja przenosi sie do Japonii. Wizualnie i fabularnie jest to najlepsza ekranizacja ze świata X-Men. Klimat jest bliższy produkcjom japońskim niż amerykańskim.


R.I.P.D. Agenci z zaświatów - skrzyżowanie Ghostbusters z Men In Black (dorzuciłbym jeszcze Sok z żuka). Co z tego wyszło? Fajny film, który niestety powiela schematy fabularne. Na plus jest tutaj czyde, ujęcia (operatorzy musieli się napracować, chociaż przeginali z zoom-in) i dowcip. Na porządny minus wtórność tematu. Znowu zagłada wszechrzeczy, znów pionowy snop światła, bla bla bla... Ale zaczęło się obiecująco.


Gorący towar - duet Melissa McCarthy (zauważona dopiero w Druhnach) i Sandra Bullock jako policjantka i agentka FBI prowadzą wspólnie sprawę. Z przymusu. Konfrontacja charakterów i takie tam. Dobra komedia, z jajem, chociaż podczas projekcji były jakieś jaja poszukiwane.


Sklep dla samobójców - fajny koncept, animacja odstająca od powielanego schematu, dowcip makabryczny, ale bez przesady (a szkoda). Dużym mankamentem tej produkcji jest polski dubbing. Szczerze nie polecam seansu z głosami kabareciarzy. Sugeruję poświęcić chwilkę zassać film z oryginalną ścieżką i broń szatanie z napisami stworzonymi do filmu. Zdecydowanie lepsze są homemade.


Millerowie - familijna komedia. Gdyby nie główny koncept - przemycenie narkotyków z Meksyku na teren USA, byłaby to kolejna komedia w stylu "w krzywym zwierciadle". Zadziwiająco śmieszna.


Elizjum - na ten film czekałem z niecierpliwością. I nie to, że jestem rozczarowany. Po Dystrykcie 9 nie miałem oczekiwań... Przepraszam. Miałem. Oryginalności. Niestety mamy podobną sytuację jak w Dystrykcie. Bieda z nędzą kontra ten lepszy świat i różnice, co prawda już nie gatunkowe, ale społeczne biedni contra obrzydliwie bogaci. Cała historia jest oparta w bezczelny sposób na fabule jednego filmu, o którym nie zająknął się żaden specjalista od fantastyki (gest Chylińskiej dla fandomu - może kiedyś będę ochotę i opowiem o co kaman). Jest inna wersja Johnny Mnemonica. Czy to dobrze czy źle dla filmu? Zdecydowanie źle. Skoro młody twórca już przy swojej produkcji korzysta ze starego pomysłu, to jest bardzo źle.


Percy Jackson: Morze potworów - to nie jest dobry film. Ekranizacja młodzieżowej powiastki (nie nazwę tego książką). Jeżeli ktoś widział pierwszą część i mu przypadło do gustu, tutaj będzie podobnie. Przygody półbogów w dzisiejszym świecie. Coś takiego jak mutanci, tyle, że boskie pochodzenia. Na filmie bawiłem się nieźle, kupuję tę konwencję. Z miłą chęcią obejrzałbym ten film bez dubbingu.


Dary anioła: Miasto kości - nie, nie jest to kolejna wariacja Zmierzchu. Serio. Ze zwiastunu może tak wynikać. Na film poszedłem, bo chciałem się pośmiać... ale... nie do końca wyszło. Twórcy filmu bawili się zajebiście konwencją. Gracze gier komputerowych przygodówek znajdą znane im elementy, miłośnicy anime również (tylko będą marudzić, że to nie dżapaniz). Miejscami bywa naiwny.
Jeżeli miałbym przyrównać to do jakiejś istniejącej produkcji to byłby to Underworld w wersji młodzieżowej i czarami. Książka jest równie interesująca. Mam nadzieję, że produkcja okaże się finansowym sukcesem, bo chcę obejrzeć kontynuację.


Blue Jasmine - nie wiem czemu postanowiono reklamować ten film jako komedię. Samo nazwisko Allena nie jest wystarczającym magnesem, by podnieść zad i obejrzeć jego film. Magnesem dla tego obrazu była Cate Blanchett (tytułowa Jasmine). Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Historia jest opowiadana od chwili kiedy Jasmine wysiada z samolotu i udaje się do swojej siostry, by z nią zamieszkać. Od tej pory film jest przeplatany wątkami z przeszłości. Dobrze zagrane, dobre dialogi. Ale to nie jest film do którego będzie się wracać.


Kick-Ass 2 - Kick-Ass odwiesił na kołek swój kostium i poświęcił się byciu nastolatkiem. Osierocona Hit-Girl jest pod opieką policyjnego partnera jej ojca. Jej średnio udaje się być nastolatką. Do szkoły jedzie, a później bierze taryfę i jedzie do swojej "jaskini". A dalej jest lepiej...
Jest to udana kontynuacja hitu Kick-Ass. oczywiście będzie mordobicie, będzie z czego się pośmiać i będzie miejsce na dramat.


Sztanga i cash - fabuła jest oparta na serii artykułów poświęconych rozprawie, która miała miejsce w USA. Trzech kolesi z siłowni postanawia wzbogacić się w sposób znaczący porywając jednego z klientów siłowni.
Męczyłem się na seansie. Film jest za długi. Opowiada historię trzech debili, którym od samego początku kibucuje się, by ich szlag trafił.


Królowie lata - dwóch nastolatków postanawia urwać się z domu, trzeci jest dziwny i stanowi zajebisty kontrapunkt dla występujących w filmie małolatów. W ich domach nie ma jakiegoś dramatu, po prostu rodzice są bardziej upierdliwi. Świetna produkcja. Postawiono w dużej mierze na obrazy, sytuacje niż "poważne" rozmowy nastolatków. Co prawda nie byłem na gigancie, ale patrząc na ten film zastanawiam się ile z tego wszystkiego doświadczyły czy też doświadczają ludzie młodsi ode mnie.


Kongres - cieszyłem się na ten film jak głupi. Ekranizacja Lema... tfu... inspirowany "Kongresem futurologicznym". Tak. Właśnie ta pozycja. Co prawda film to kompletna porażka, ale byli bardzo blisko oddania ducha emmm powieści. Jednak zmiany fabularne poszły za daleko. Największym błędem było wykastrowanie z Kongresu dowcipu Lema. I setkach innych nie będę się wypowiadał. Miało być krótko to jest.

środa, 28 sierpnia 2013

Miałem dzisiaj przygodę...

      Miałem dzisiaj przygodę. Z jednej strony pouczającą, z drugiej strony wkurwiającą.

      Zacznijmy od nauki jaką wyniosłem. Pokładane zaufanie w produktach/usługach oferowanych czy też darmowe - usługi e-mail czy też płatne - usługi telefoniczne, było z mojej strony przejawem ewidentnej głupoty. Na e-mail, którego nie otrzymałem nie pojawiła się u nadawcy zwrotka z informacją, że taki a taki serwer ma cię w dupie szanowny użytkowniku. Zatem użytkownik przyjął za pewnik, żem leniwe bydle i postanowił mnie popędzić smsem. Jednak, usługodawca poinformował swoich klientów, że mogą być problemy podczas korzystania z ich sieci ze względu na prace konserwacyjne. No cóż. Bywa. Ale zapomniał w swym informowaniu poinformować ludzi będących klientami innych operatorów, że się nie dodzwonią i miast jakiegokolwiek komunikatu radośnie puszczał sygnał "palant do którego dzwonisz, ma cię w dupie i nie chce odebrać telefonu". O 18 otrzymałem od bardzo entuzjastycznie nastawionego człowieka do mojej osoby stonowany, acz chłodny sms. Nie powiem. Dostałem lekkiej piany. Wyjaśnienie całego zajście było utrudnione, ponieważ "mój" operator dalej prowadził prace konserwacyjne czego skutkiem było słuchanie sygnału świadczącego "dzwonię a mają mnie w dupie". Jakież zdziwnie mnie dopadło, kiedy bez żadnego problemu dodzwoniłem się ze swojego zapasowego numeru innego operatora GSM i dowiedziałem się, że właściwie nie mam po co dzwonić.

      Jestem szczerze zmęczony tymi wszystkimi firmami usługowymi. Podnosząc poprzeczkę dla cierpliwości swoich klientów zniechęcają do korzystania z ich usług. Raz może się zdarzyć wtopa. Drugi też ok... ale bez przesady. Tylko tym razem wpływ jaki miały te dwa wydarzenia mocno nadwyrężyły zaufanie do mojej osoby.

      Dla tej jednej chwili, bardzo istotnej niektórzy ludzie mają wypchane kieszenie z numerami wszystkich operatorów. Właśnie dołączyłem do tego zacnego grona pesymistycznych realistów.

      Informuję, osoby życzliwe, że miałem do czynienia ze wszystkimi operatorami od lat 90tych. I prędzej czy później dochodziło do sytuacji, że mi macki opadały i ruszałem na podbój "nowego". Włącznie z tym, że płacenie za jakość kończyło się tym, że ratowałem się skutecznie taniością. Zatem sformułowania "za jakość trzeba płacić" również dziękuję.

      Mam coraz większą ochotę zacząć używać CB/DX. Tylko, do jasnej ciasnej, z kim oprócz tirówek będę rozmawiał?

wtorek, 27 sierpnia 2013

Parę wnerwiających faktów...

      Parę wnerwiających faktów autobiograficznych o mojej skromnej osobie.

      Po zaskakującej i demotywujących falach upałów zacząłem myśleć. Chociaż sama czynność czy też właściwie proces był błędny. Hałas za oknem się nie zmniejszył, tylko zmienił częstotliwość. Aktualnie sympatycy piłki nożnej wyrażają swoją dumę i radość. Zresztą nie ma to jak męski sport. Stać w ciasnej grupie, ryczeć piosenki i wierszyki kibicując 22 biegającym w krótkich spodenkach innym mężczyznom, którzy ganiają kulkę usiłując ją umieścić w prostokącie po lewej lub prawej stronie. Fascynujące. Srlsy. Tylko nie wiem dlaczego muszę ich słuchać.

      Otrzymałem w końcu wyniki z rezonansu kolana. Wraz z wynikami rtg i usg rysuje się przede mną długa droga cierpień i upokorzeń kolejnych wizyt w przychodniach i NFZ. A tylko dlatego, że przy kasach chorych, przemienionych w lepsze NFZ stwierdzono, że żaden zabieg mi nie jest potrzebny. Wyhodowana dzięki tym instytucjom chondromalacja III-go stopnia, będzie mi uprzykrzać żywot do śmierci.

      Jestem na finiszu krioterapii i rehabilitacji. Krio nie jest problemem. Tylko ta cholerna trumna do której wkracza się na parę minut mnie obezwładnia. Stojąc podrygując w -130oC hoduję w sobie klaustrofobię. Z dnia na dzień idzie mi coraz gorzej, by nie wywalić z wrzaskiem z tej trumny. Komora, żesz rwał nać... se nazwali. Rezultatów jak na razie nie widać.

      W międzyczasie pracuję usilnie, próbując zrobić coś zajebistego... ale ciszy i skupienia mogę sobie tylko życzyć. Ale już niedługo będzie zima, skończą się remonty, będzie można spokojnie usiąć i nie czatować na pięć minut błogiej ciszy, by zrobić cokolwiek. BA! Nawet odpocząć będzie można.

wtorek, 30 lipca 2013

Koncik kólturalny...

Kino:
      Jeździec znikąd - nie jest to wariacja Piratów z Karaibów jak opisują to światli recenzenci. Westernem też go podobno nie można nazwać. Chociaż czemu nie? To w jaki nurt się wpisuje ów film? Od samego początku po sam koniec jest przygoda, osadzona w świecie Dzikiego Zachodu (spoko, Yul Brynner nie będzie strzelać).
      Nie wiem co można powiedzieć, by zachęcić do obejrzenia. W 150 minutach znalazło się wszystko co trzeba, bez zbędnych dłużyzn. Jest sporo dowcipu (sytuacyjnego, inteligentnego i tego głupiego); chwila refleksji oraz to co moim zdaniem jest największym atutem tej produkcji - panorama/przekrój, tego czym był czy raczej jak wyglądał Dziki Zachód (ale nie miejsce złudzeń, historycznym obrazem ani nie jest ani nie ma też pretensji do bycia takowym).
      Btw. nie warto czekać do końca napisów... on nigdzie nie dojdzie ;]

      Minionki rozrabiają - niefortunne tłumaczenie tytułu pierwszej części, przyniosły zgniłe owoce w drugiej. Wydawało mi się, że twórcy nie mieli pomysłu co zrobić z sukcesem, który zastał ich przy pierwszej części i postanowili upchnąć fabułę w tytułowe Minionki (żółte stworki pracujące dla arcyzłego Gru). Plakaty też nie pomogły, na których żółciło się do utraty tchu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się że Minionki dzielnie dzierżą drugi i trzeci plan nie wbijając się na pierwszy. Historia jest w dalszym ciągu o Gru i jego trzech adaptowanych córkach.
      Zdecydowanie polecam. Na sali słyszałem duszących się ze śmiechu ludzi... Po chwili ich już nie usłyszałem, gdyż sam ich swoim rechotem zagłuszyłem.

      Frances Ha - nie spodobał mi się ten film. Nie ratuje go fakt, że codzienność ujarzmiono w czarnobiałych obrazkach. Nie nadało temu ani grama sztuki czy poczucia towaru z wyższej półki (chociaż jak czarnobiały "ambitny" film to musi być Paryż... i jest Paryż).
      Historia dziewczyny, która przyjechała z miasta do większego miasta. Obija się po wynajmowanych mieszkaniach, próbuje realizować swoje zainteresowania (bo trudno nazwać to pasją). Dialogi jak w życiu, płaskie i nieciekawe. Frances nie ma nic do powiedzenia, ani do zaoferowania. Nie jest też szczególnie nastawiona na odbiór (w sumie dobrze, bo żadnego Yody się nie uwidzi). W filmie pada zdanie, że Frances jest "nieogarnięta" co najlepiej opisuje jej postać (niesamowite, ale jedno słowo oddaje cały charakter postaci). Nie ma dramatu, nie ma niczego co by na chwilę wyciągnęło mnie z agonii nudy, która mnie toczyła podczas seansu. I gdyby choć na koniec zginęła marnie można byłoby coś z tej produkcji więcej wyciągnąć. Ale pewnie o to chodziło, żeby pokazać coś co zachodzi w społeczeństwie na przykładzie jednej osoby.
      Zapewne raj dla socjologa.
      Dla muzyki Davida Bowiego warto zostać do końca napisów, ale nie wiem czy warto męczyć się cały seans dla listy płac.

      Obecność - była sobie para, która prowadziła różne badania w temacie nadprzyrodzonym. Para to nie H20 tylko Edward i Lorraine Warren. Jest to na tyle istotne, że na podstawie ich dochodzenia powstała książka Amityville Horror... która stała się kanwą dla historii i należącą obecnie do klasyki Horror Amityville (1979) ;] Ten obraz i nieco późniejszy Poltergeist (1982) stanowią bazę dla tej produkcji. Oczywiście wielbiciele gatunku zobaczą też Ptaki (1963) i Egzorcystę (1973)... od biedy można też wmontować Laleczkę Chucky (1988). Co zatem dostaje widz oprócz odgrzewanych kotletów? Na pewno nie dostaje "historii na faktach". Kawał niezłego horroru z dwoma poważnymi mankamentami. Pierwszy to "uhu wyskoczę i cię przestraszę", drugi to upiorne zjawy, nie wiem czemu Amerykanie tak uwielbiają nadmiar makijażu na twarzach aktorów odgrywających upiory, że niby im czegoś brakuje.
      Nie polecam ludziom, którzy dostają zawału na sam dźwięk skrzypiących drzwi ;] Srlsy.

      RED2 - zgredzi znów w akcji. Na mój gust warto zapoznać się z pierwszą ekranizacją (RED 2010) komiksu. Świetna komedia z interesującą obsadą: Bruce Willis, John Malkovich, Mary-Louise Parker, Catherine Zeta-Jones, Lee Byung-hun, Anthony Hopkins, Helen Mirren, Dean Parisot. Same nazwiska powinny być wystarczającą przynętą. A jeżeli dla kogoś to za mało to na dostawkę otrzyma nieprzyzwoitą dawkę strzelanin, spisków oraz bezpośredniej konfrontacji. No ciutkę przesadziłem. Nie samą akcją widz żyje, znalazło się też trochę miejsca na interesujący scenariusz.

      Bezpieczna przystań - tego filmu nie obejrzycie w kinie. Chyba, że będziecie mieli szczęście, tak jak ja. Czemu szczęście? Kojarzycie telewizyjne produkcje, które są dreszczowcami o scenariuszu: ona piękna i młoda, ale po przejściach i ma tajemniczą przeszłość; on - kochający ojciec, boleśnie przeżywający śmierć ukochanej żony; ją i jego zetknął los... coś zaiskrzyło i możemy o tym obejrzeć film ;]
      Chyba pierwszy raz miałem przyjemność obejrzeć taką produkcję w kinie. Dobrze się stało. Nie mogąc wstać i zrobić sobie herabty czy kanapki nie przerwałem sobie projekcji. W końcu to lekki film i takie tam. A dałem się normalnie uwieść, ogranymi emocjonalnymi chwytami, dałem się wciągnąć w historię, która w telewizorze zaabsorbowała raptem część mojej uwagi. Nie wiem jak w telewizorze, ale magia kina zdziałała cuda.

Książki:
      Grillbar Galaktyka - męczyłem, męczyłem i wymęczyłem. Nie wiedziałem, że jest to w ogóle możliwe, ale jest pseudo space opera. Bez polotu, wykorzystująca elementy popkulturowe ze światowej fantastyki Obcy, Diuna, Gwiezdne Wojny. Rozumiem, że miała to być rozrywkowa literatura, nie aspirująca do miana poważnej literatury. Ale coś co zostało uhonorowane nagrodą Zajdla przynajmniej mogloby stwarzać takie pozory.

      Czy istnieją w Polsce pisarze fantastyki, którzy nie uprzykrzają swoim czytelnikom lektury swoimi prawicowymi sympatiami? Mam wrażenie, że jestem dosłownie okładany podczas lektury rodzimych autorów hasłami "to jest be" "tamto jest be" "to jest cacy". No tak. Lemowi też się zdarzyło i paru innym też. Ale do jasnej ciasnej nie wszystkim! A jak popatrzeć na pisarzy romansujących z polityką o prawicowym kolorycie, która przy bliższym kontakcie razi czerwienią bardziej niż w obozach fanów Marksa i Engelsa. Ale to chyba wynika z konceptu - scifi "hurra radośnie, razem w gwiazdy pomimo różnic, dokopiemy wszystkim obcym" - fantasy "hurra za zabobony, króla i jego brzydką córkę a kto nie znami ten na gałęzi zawiśnie". Przyznam, że mię to nieco znudziło.

      Badania terenowe nad polskim seksem - jest to zbiór reportaży (dla porządku poniżej spis)
   Badania terenowe nad seksem grupowym - Jakub Janiszewski
   Antropologia płatnego seksu - Marta Szarejko
   Rozmowy o pożądaniu - Adam Szary
   Seks dzikich zwierząt - z dr. warszawskiego zoo Andrzejem Kruszewiczem rozmawiał Wojciech Staszewski
   Polak w gabinecie seksuologa - z seksuologiem i ginekologiem Tomaszem Leonowiczem rozmawiał Wojciech Staszewski
   Kobiece porno - z edukatorką seksualną Alicją Długołęcką rozmawiała Magdalena Grzebałkowska

      Chciałem skrytykować te teksty. Później dotarło do mnie, że publikacja ta, nie była adresowana do mnie. Adresatami są ludzi, którzy boją się pytać, a czasami też o tym rozmawiać. Z wiedzą na temat seksu nie rodzimy się. Nabywamy ją przez całe życie. Zatem zamiast tylko narzekać skupię się na pyzytywach.
      Trzy pierwsze teksty spokojnie można pominąć. Pierwszy traktuje o swingersach. Jest to chaotyczny zlepek wywiadów przeprowadzonych z ludźmi z określonymi potrzebami.
      Drugi to przedruk opinii z forum, na którym są oceniane prostytuki ze względu na jakość świadczonych usług (z jednego wpisu dowiedziałem się, że w Polsce prostytucja jest nielegalna - miałem nieodparte wrażenie, że coś mnie ominęło).
Trzeci o ciemnej stronie bycia księdzem, który odczuwa popęd seksualny. No straszne.
      Seks zwierząt był interesujący ;] Są też detale. Miałem przyjemność wielokrotnie uczestniczyć w spotkaniach z panem Andrzejem Kruszewiczem. Tekst wart uwagi, choć lepiej słuchać na żywo dyrektora warszawskiego zoo co ma do powiedzenia.
      Wywiad z seksuologiem jest niemalże instraktużowy. Wyjaśnia czym zajmuje się seksuolog i na czym polega różnica między psychologiem.
      Przy kobiecym porno okazało się, że nie jestem specjalistą od pornosów (smuteczek). Poznałem ciekawy pogląd na główny nurt pornosów i zrozumiałem, że nie dorosłem do rozmów o wizualnych stymulacjach płci przeciwnej (ponownie smuteczek).

Wystawy:
CSW Zamek Ujazdowski.

      Ekspozycja Muzeum zamku i szpitala wojskowego na ujazdowie. Sala w której odpalone wideo w żółwim tempie prezentujące zdjęcia o wojskowym szpitalu. Dałem radę przez pięć minut. Na ścianach kopie zdjęć z terenów na którym ZU. W drugim pomieszczeniu wyeksponowane różne akcesoria związane z funkcjonowaniem szpitala: strzykawki, igły, pudełka po lekach, parę fotografii.

      Wystawa Razem / Osobno wideoprojekcje. Szczerze, czasam mam wrażenie, że tylko dyplom ASP świadczy o tym, że to co robi dany człowiek jest sztuką. Uciekanie się do techniki jest tylko próbą zamaskowania braku warsztatu rzemieślnika. Być może o to w tym chodzi. Przedstawiona koncepcja kompletnie mnie nie przekonała.

      Wystawa Samolub według mnie najciekawsza. Prawdopodobnie ze względu, że przekrojowe czyli wyselekcjonowane prace Olafa Brzeskiego. Możliwość umiejscowienia odbiorcy w takim punkcie jaki mu odpowiada, a tym samym swobodę interpretacji to lubię. Jedynym zgrzytem, który odwiódł mnie od zaplanowanej koncepcji był rysunek... i rzeźba "pinokia" ;]

      Wystawa In Memory. Jak wspomniałem wcześniej, technika z dyplomem ASP tworzy sztukę. Bywa. No cóż, ale w tym przypadku miło wiedzieć, że szalejąc z projektorami stworzyłem dzieło blisko dekadę temu.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ludziom wydaje się...

      Ludziom wydaje się, że są chronieni, bo jest prawo, które na coś nie zezwala. Przypominam, że prawo nie zezwala na jeżdżenie samochodem po spożyciu alkoholu czy też parkowanie gdzie popadnie - a czy ono w tym zakresie przestrzegane?
      Oczywiście nie będę pisał o czymś tak trywialnym jak prawo, w końcu mamy demokrację (władzę ludu). A że nie potrafimy jako społeczeństwo z niej korzystać? Mamy przecież do tego prawo. Zanim jednak dorośniemy jako społeczeństwo obywatelskie, musimy zająć się prozą życia i zacząć myśleć o sobie jako społeczeństwie informacyjnym.

      Ludzie uważają, że jak czegoś nie robią to inni tego też nie robią... Tylko, że innymi mogą się okazać nasi znajomi. Wystarczy, że kolega lub koleżanka w radosnym uniesieniu wrzuci do sieci zdjęcie na którym po zakrapianej imprezie robicie coś wyjątkowo głupiego i możecie stać się bohaterem jakiegoś głupiego memu. Dacie radę i weźmiecie na klatę? Świetnie. A kiedy to będzie zdjęcie dziecka? Waszego dziecka? Pomijam fakt, co by owo dziecko robiło na zakrapianej imprezie robiącego coś wyjątkowo głupiego... ale się nie wtrącam w wychowanie Waszych pociech ;]


      Zorganizowana przez Fundację Dzieci Niczyje powstała kampania "Pomyśl, zanim wrzucisz" jest skierowana do rodziców. Idea jak najbardziej chwalebna. Można by zapytać czemu tak późno powstała, ale ja nie zadam tego pytania. Zamiast pytać, należy się z tym zapoznać. I nie tylko rodzice wrzucający zdjęcia swoich pociech do sieci, ale każda osoba korzystająca z internetu.

      Na stronie znajdziecie też podstawowy poradnik jak ustawić prywatność udostępnianych zdjęć i wideo (Facebook, Instagram, Picassa). Polecam. Sam miewam problemy z tym co gdzie się publikuje. Radosne aktualizacje na androidzie powodują, że moje zdjęcia bez mojej wiedzy były backupowane na sieci. Prosiłem? Byłem poinformowany o tym w regulaminie? Nie. A jednak się znalazły.

      Nie należy ufać technice. Jeżeli czegoś nie możemy sami zrobić, lepiej się zastanowić czy nie lepiej pokazać prywatnych zdjęć na spotkaniu face to face czy urządzić wideoprojecję w zaciszu domowym niż wpychać w sieć (drżę na myśl o wszystkich aparatach/kamerach z androidem na pokładzie, które "myślą" za użytkownika).

      Świadomość, że z Waszej strony zrobiliście wszystko, by zabezpieczyć swoje rzeczy osobiste (to nie musi być nic kompromitującego, jak zasugerowałem powyżej), może być niewystarczająca. Nie oznacza ona bowiem, że inni z nich korzystający z Waszych zasobów sieciowych uczynili podobnie.

piątek, 19 lipca 2013

Spokojna noc daje...

      Spokojna noc daje kilka mozliwosci, ktorych nie oferuje halasliwy dzien. Mozliwosc rozmowy, glownie z samym soba ;]

      Kiedy oznajmiono, ze bedzie zamykana usluga blip, nie wykazalem z tego powodu smutku.

      Blip jako jedna w swoim czasie z nowych uslug miala najwiecej funkcjonalnosci jakie pojawily sie w sieciach spolecznosciowych. Po pierwsze szybkosc i elastycznosc jaka dal twitter, wzbogacona o walor graficzny - mozna bylo nie tylko podlinkowac grafike, ale ja zaladowac i wyemitowac w strumieniu wizualnie, podobnie jak funkcjonalnosc pozwalajaca na odtwarzanie streamingu bez potrzeby przechodzenia do serwisu hostujacego. Kolejna funkcjonalnosc, choc teraz oczywista, byla mozliwosc sledzenia osob, ktorych sie nie znalo - niby oczywiste, ale sporo Polakow dalej nie wie o twitterze, bo wiekszosc swoja przygode z serwisami spolecznosciowymi rozpoczelo od naszej klasy czy facebooku. O tagach nie trzeba wspominac... ale jednak trzeba, bo one staly sie jednym z wielu powodow dlaczego blip stal sie bezuzyteczny (o tym za chwile). Dodatkowymi mozliwosciami blipa byla mozliwosc korzystania z serwisu za pomoca komunikatorow - gg oraz jabbera, nie tylko przez przegladarke - jak dla mnie najwazniejszy atut. Tej mozliwosci nie daje sztucznie pomopowana popularnosc siec google plus - do ktorej trzeba uzywac przegladarki, a w przypadku urzadzen mobilnych dedykowanego klienta. Tak na marginesie, szczerze podziwiam bezrefleksyjnosc ludzi, ktorzy polaczyli blogspot z google plus, zamykajac tym samym dostepnosc dla ludzi nie funkcjonujacych w swiecie google (tak, jest ich spora rzesza).

      Wracajac do tagow... Znaczna czesc uzytkownikow blipa zawlaszczyla sobie korzystanie z tagow, podobnie jak na youtube pojawily sie wojny (o ile na yt to jest walka o widownie, dzięki ktorej mozna miec pieniadze, tak na blipie chodzilo tylko o autopromocje). Dzieki tym ludziom, ktorym w duzej mierze udalo sie to osiagnac, skutecznie udalo się odstraszyc ludzi zewnątrz. Pal szesc, gdyby to byly moje spostrzezenia. Spostrzezenia ludzi nowych zaczynajacych zabawe z blipem byly podobne. "Jak to? Dlaczego z tego nie moge korzystac w taki sposob?" "A tak to, bo my tu jestesmy dluzej od ciebie i tak wszyscy robia". Genialne posuniecie. Drogi uzytkowniku, uzywales blipa i nie widziales tych wojen? Och... #smuteczek #zalpl #jebiemieto. Co mi przypomina, ze sa/byli uzytkownicy irca, ktorzy nie widzieli wojen ircowych ;]

      Sekularyzacja subkultur, zwlaszcza subkultur opartych na technologii, pozwala na rozwoj/adaptacje. Genialnym przekladem tego jest ICQ. Moim zdaniem pierwsza i jak na razie jedyna siec spolecznosciowa, ktora adaptowala sie do nowych wyzwan jakie niesie ze soba rozwoj technologii. Reszta ulega zapomnieniu, mimo ze, maja wielu jeszcze zwolennikow, a ci sa jak dinozaury. A finalnie zapomna o niej wszyscy kiedy sie je wylaczy i dinozaury wygina (ja, wylaczylem serwer irca, pozniej botnet utrzymujacy kanaly... ciekawe co sie stanie kiedy do serwerowni wejdzie pokolenie dzieci facebooka ^^) Nawet facebook zaadaptowal sie to tagow, ale czy dlatego, ze je mial twitter? Nie. Twitter to inna bajka - inna opcja, inna funkcjonalnosc i przede wszystkim nie jest alternatywa/konkurencja dla fb. Wprowadzil je google plus i ludziom sie to spodobalo, ze w stumieniu informacji mozna sie poruszac jeszcze w inny sposob niz tylko sledzenie ziomali i fanpage. Czekam jeszcze na wprowadzenie strumieni dla tagow, ale to wyniknie z potrzeby uporzadkowania aktualnie istniejacego burdelu. Inaczej, jezeli sie nie dostosuje to zginie.

      Mozna mowic o tym, ze utrzymywanie dwoch serwisow mikroblogowych przez jedna firme jest nieekonomiczne. Ale ja zadalem sobie pytanie dlaczego postawiono na wykop a nie na blipa. Dzieki ich uzytkownikom. Dziekuje, i dzien dobry. Czas spac ;]

wtorek, 16 lipca 2013

Chamie! Trochę kultury zażyj!!!

      Wolność i swoboda. W czynieniu niemiłego odpoczynku innym, a nawet pracy. To jest sport narodowy, przeszkadzać innym mieszkać. Naprawdę, nie da się siedzieć całą dobę ze słuchawkami na uszach. Stopery nie są aż tak skuteczne.
      Zatem spróbuję uaktualnić koncik kulturalny. Jak zaraz wyjdę i okażę swoje pokłady miłości temu kamieniarzowi od siedmiu boleści jak nic dostanę wyrok za wyjątkową agitację miłości wobec bliźniego.

Zen... cisza... zeeee... ku... ltury! Żesz do jasnej ciasnej!!!


Kino:
      1000 lat po Ziemi - nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że pisałem o tym filmie. Świetna produkcja science ficition. Co prawda fabuła jest równie rozbudowana jak we Władcy Pierścieni, z tą różnicą, że zamiast iść do dziury i coś zniszczyć to trzeba coś znaleźć. Jednak tutaj losy bohaterów mnie obchodziły. Tyle o fabule, a gdzie scifi? We wszystkim co się pojawia na ekranie. Wykorzystany motyw mistrz i ucznia pozwala na tłumaczenie specyfiki urządzeń, ale na szczęście na tyle, ile jest to potrzebne niezorientowanym, dla pozostałych jest mnóstwo miodu bez dodatkowego chrzanienia. Ale podejrzewam, że i tak trzeba byłoby wydać podręcznik w stylu "co słonko widziało", żeby zrozumieć zachwyt i gdzie tak naprawdę było sf w tym obrazie.

      Superman - wyjątkowo udana ekranizacja/adaptacja/remake. Historia trzyma się kupy (Nolan nie spieprzył tego jak Batmana, uff). Generał Zod - wygląda jak trzeba, rasowy trep. Lois - w końcu nie irytuje (w wersji od lat 70tych jej postaci brakowało tego czegoś). Udana adaptacja do współczesnych czasów. Świetnie oddane realia w jakich wychował się kosmita.
      Mankamentem jest 3D. Nałożenie obrazów jest rażąco źle zrobione. W 2D nie jest tak źle, tylko obraz jest mniej płaski (kto widział rozumie).
      Interesującym zarzutem z jakim się spotkałem jest to walka Supermana z Zoda i jego kompanią. Że piorą się po pyskach, otrzepują, wstają i znowu piorą. Niszczą miasto (YEAH! w końcu!!!). Być może konflikt jest zbyt rozwlekle pokazany, ale jak na mój gust stosunek "nic się nie dzieje i pokazujemy obrazki" do "ociec prać" jest zachowany prawidłowy. Fanom Supermana polecam z czystym sumieniem.

      Iluzja. Dynamiczny film o iluzjonistach, którzy mają do wykonania zadanie. I szczerze? To sztuka pokazać iluzjonistów w kinie w taki sposób, by zaskoczyć widza.

      World War Z - przerabiany z 2D na 3D, czyli parę zeta w kieszeni można zaoszczędzić i obejrzeć bez wbijających się w nos okularów. Oglądając ten film miałem wrażenie, że gram w Tomb Raider III, żeby rozwiązać zagadkę muszę się trochę poobijać po świecie.
      Świetne wejście. Wprowadzenie dramatu. Wojskowy dryl - dosłownie nie ma opieprzania. Mistrzowska akcja w Korei (czasem mniej znaczy więcej). Ale czegoś tutaj zabrakło. Zachwytu nie ma, ale na tyle mnie zainteresował, że sięgnę po książkę na podstawie której powstał. Zadziwiająco mało makabry.

      Pacific Rim - zajebisty :D I spostrzeżenie, fanom Transformerów nie wchodzi. Nie ma co się dziwić, bo ten film zjada wszystkie produkcje o megapotworach, megarobotach na śniadanie. Scifi jest tu zaadaptowane na tyle szybko, że nie ma czasu zastanawiać się nad pewnymi niedopowiedzeniami (przynajmniej mój wewnętrzny malkontent siedział cicho). A rażące błędy są pomijane, bo są efektowanie pokazane.
      Wokół wielkoludów zawsze coś się biega, lata albo stoi daje pojęcie o wielkości i niszczycielskiej sile potworów. Hong Kong w nocy daje popalić ;] Jeżeli chcecie parsknąć śmiechem, poczekajcie na napisach z obiektami czyde. 3D rządzi.

Serial:
      Mad Men - aktualnie na TVP Kultura. Lata 60te ubiegłego stulecia o agencji reklamowej mieszczącej się w Nowym Jorku. Seksistowski, niepoprawny politycznie, bez zbędnych ceregieli pokazany świat dominacji mężczyzn i rodzące się kariery kobiet w tym świecie. Serial z 2006 roku i chyba jeszcze jest kontynowany. Odcinki są emitowane od poniedziałku do piątku o godzinie 20. Polecam.

Książki:
      Kongres futorologiczny - lat... już wiele temu rozmawiałem na temat Lema. Miałem duży problem, by móc wgryźć się w twórczość Lema, ale nie ze względu o czym pisał... tylko jak pisał. Ale własna edukacja i wygrzebywanie co i to starszych tekstów, pozwoliła mi na tę swobodę, by czytać na całkowitym luzie nie cierpiąc gwałtu czynionym przez styl Mistrza ;] Powieść pochodzi z 1970 roku i dla klimatu czytając na ebooku... okazało się, że właściwym dla książki byłoby jej zjedzenie. Nieco ponad 100 stron a daje kopa ;]

      Adrian Mole 13 3/4. Sekretny dziennik - w dzieciństwie oglądałem serial na podstawie tej... eee książeczki (właściwie książeczek). Raptem 6 odcinków na pierwszą część i kolejne 6 na drugą. Niby tylko tyle i zapadło w pamięć. Nie miałem okazji jednak czytać sekretnego pamiętnika wcześniej. Teraz przymierzam się do całej serii. W nocy dla odmiany ja narobiłem hałasu rycząc ze śmiechu niemal przy każdym akapicie.

      cykl Malowany człowiek - bardzo, ale to bardzo rzadko zdarza się, że pojawia się fantasy, które jest interesujące, mające posmak oryginalności i nie będące li tylko protezą kultury Średniowiecza. Wątków wzajemnie się splatających jest całkiem sporo, ale nie na tyle, by się w nich pogubić. Jednak mankament jest jeden i to poważny... to się jeszcze, rwał nać, nie skończyło! Trzeba czekać cierpliwie na kolejne tomy, a że nie jest to proza G.R.R.Martina z zastępem asystentów piszących za miszcza, zatem na kolejne tomiszcza trzeba poczekać kilka lat.

      Przy okazji jestem na drugim tomie opowiadań o Conanie. I zacząłem czytać Grill Bar Balaktyka Mai Lidii kossakowskiej.

Wyjścia:
      W zasadzie żadnych. Nie obskoczyłem żadnego muzeum ani wystawy ani niczego... No może z małym wyjątkiem poszedłem na Dzień Francji na Francuskiej. Tam z miejsca zrobiłem komiks o rewolucji po swojemu... Było kilka zainteresowanych osób, jednego uczestnika poprosiłem o podesłanie swojego komiksu, ale jeszcze tego nie otrzymałem.
      Komiks rozszedł się w zdumiewającym nakładzie sztuk 10, przy czym każdy był indywidualnie podpisany ;]

I to by było na tyle :D

piątek, 12 lipca 2013

Jak się zwykło mówić...

      Jak się zwykło mówić, "czytam i nie wierzę". Naczelny polski hejter, boski mizogin, po prawdzie też mizantrop (ale zdania są podzielone) został specjalistą walczącym z hejtingiem. Co ciekawe, twierdzi, że trzeba to zdusić w zarodku.
Nie ma co się dziwić. Konkurencję trzeba eliminować.

      A na swoich blogaskach ani mru mru. Nie wolność słowa, tylko wolność kasy rządzi, bo sponsorzy trzymają krótko smycz.

      Żyjemy naprawdę w ciekawym kraju, że tacy ludzie zyskują poklask. W sumie słusznie, skoro bydło pragnie poganiacza z batem to sami go sobie wybierają. Ten hejter ma jedną zaletę, obraża wprost swoich wielbicieli (i w pełni na to zasługują).


      Tylko proszę wszystkich władców mediów, żeby nie stawiali mnie w jednym szeregu z tym osobnikiem.

czwartek, 11 lipca 2013

Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek...

      Wczorajszego poranka chciałem machnąć kawałek czegoś co leżało koło muzyki (przynajmniej na dysku twardym). Średnio mi to wyszło. W chwili kiedy wyklarowała mi się koncepcja co i jak połączyć i co tam zepsuć... Program się powiesił. No tak, to musiało być tragiczne. Drugie podejście zniweczył mi hałas za oknem. I nie, to nie HGW z młotem pneumatycznym przepychała rynny, ani nie trzymała kilka psów na balkonie, ani też nie cięła "marmurów", które później wtórze przekleństw nie przyklejała na silikon czy na inne badziewie do ściany...

      Odpuściłem sobie. Na youtubie skorzystałem z gotowych muzyczek. Bardziej do obrazków pasowałby mi jakiś jazz, ale to co jutub miał do zaproponowania... to wypić i zapomnieć.

      Wczoraj poturlałem się do Lublina. Tutaj wideło, tutaj zdjęcia.

      Parę dni wcześniej do Kazimierza Dolnego (wideło i zdjęcia).

      Niby coś miałem napisać o tym, jak zajebiście mieszka się w dużym mieście, ale trudno się skupić przy hyphopie za oknem przy wtórze roka z lat 80tych... Rozumiem potrzeba pakowania kiepską muzą mózgownicy, ale jakoś inni nie potrzebują tego słuchać (przynajmniej w tym samym momencie).

      Poranki to z reguły najcichsza pora dnia. Nieznacznie zakłóca ją praca śmieciarzy i outsourcingowej ekipy udającej pracę dozorcy. O tej porze, kiedy Słońce niemiłosiernie wali po oknach, można zrobić wiele rzeczy... A ja lubię leżeć z książką w łapie przy świergocie ptaszarni za oknem.


      Około 100 stron przeszło ze świergotem, później dołączyły miejskie dźwięki...

czwartek, 4 lipca 2013

Dzisiaj byłem lepiej przygotowany...

      Dzisiaj byłem lepiej przygotowany. Nasmarowany zawczasu. Z powodu dużej dawki promieni UV za oknem wypacany byłem dodatkowo kremem z UV. I to też nie wystarczyło. Kolano jedno w porządku, drugie trochę mniej, ale turlam się przed siebie. Doturlałem się. Po godzinie stwierdziłem, że przydałby się jakieś ćwiczenia (ot, powód, by wpaść na siłownię pod chmurką).

      Turlam się. Pięć minut... Dziesięć... Piętnaście... I nie wytrzymałem. Spierdzielałem w podskokach. Myślałem, że zostanę zeżarty przez te suki w całości. A one poglumią i wyplują. W mordę XX Zabrakło mi jakiegoś spreja przeciw komarom. Ale obawiam się, że przy tej temperaturze z tymi wszystkimi chemikaliami na sobie (niby dla zdrowia i ochrony) stanę się żywą pochodnią ;]

środa, 3 lipca 2013

Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty...

      Od jakiegoś czasu otrzymujemy komunikaty, że to jakiś serwis się zamyka. Albo, że jakiś jest przez kogoś kupowany.

      Instagram kupiony przez Facebook. Blog przez Onet. Tumblr ma być kupiony przez Yahoo. Blip jest zamykany. Google Reader już zamknięty. Spokojnie, nie po raz pierwszy nie po raz ostatni. W końcu i tak jesteśmy wierni markom, nie?

      Co się zmieniło? Dużo. Przez kogo? Przez ludzi.


      Od początku. W latach 90tych, kiedy jeszcze macałem się z linuxem, powstała potrzeba zrobienia czegoś. To coś to było umożliwienie nietechnicznym dostępu do sieci. I nie wiem jak się to stało, że pojawił się w ogóle "autor" koncecji WEB 2.0 - ale cóż historię piszą zwycięzcy. Ale WEB 2.0 ma bardzo wielu autorów i bardzo liczne projekty, czasem tak pokraczne już na etapie koncepcji, mają dzisiaj wpływ na cały świat.

      Wówczas nikt nie patrzył na użytkowników jak na towar, który można sprzedać (vide Facebook). Patrzono na ludzi, ktorzy mogą wnieść do sieci swoje pasje, umiejętności z różnych dziedzin życia, ale przerastała ich technika - chociażby tworzenie prostych stron www. Patrzono też na użytkowników jak na klientów, którzy mogą wydać swoje pieniądze - ale to oczywiste.

      W końcy my - techniczni zaczęliśmy pracować nad tym, by ułatwić dostęp nietechnicznym.

      Pod koniec lat 90tych pojawiły się blogi. To nie było to czym są one teraz. Sztuka dla sztuki, adresowana wówczas do właścicieli łącz stałych. Nie miałeś łącza - byłeś okazjonalnym internautą na tyle ile pozwalał ci rachunek telefoniczny - zapomnij o blogowaniu. Jako ciekawostkę można podać, że to tradycyjne media spowodowały zmianę oraz techniczni tworząc platformy. Powstały fajne CMS i można było emitować się w sieć.

      Pojawiła się koncepcja wirtualnego miasta. Miejsca w którym użytkownik internetu będzie mógł zaspokoić swoje potrzeby - czytelnia, kontakty, tworzenie własnych publikacji, robienie zakupów etc. W szalonych wariantach zarabiać, kupować i sprzedawać.

      Pierwszą i (chyba) jedyną realizowaną taką koncepcją w Polsce był portal miastoplusa.pl, której właścicielem był operator komórkowy Plus GSM. W mieście każdy swój wirtualny domek (konfigurację, ustawienia). Była prasa, był czat, było internetowe radio RAM plus duże zaplecze do animacji użytkowników. Hitem było właśnie radio, podczas audycji można było czatować z prowadzącymi.

      Później serwis poszedł metamorfozę i stał się klonem serwisów, z których można było pobrać dzwoniki i tapetki. Za dutki oczywista.



                                                      hashtag #płakałempogronie


      I nastąpił koniec świata. Pojawił się Grono.net. Na rodzimym rynku był projektem, który miał coś zbadać. Później doklejono tzw. funkcjonalności m.in. forum, galerie (jakoś specjalnie za nim nie płakałem). Na innym kontynencie powstał Facebook. Gwóźdź do trumny.

      Obecnie zarzucono w tzw. cywilizacji zachodniej koncepcję wirtualnych miast, którą to bez żadnych problemów wprowadził rynek azjatycki. W skrócie logujesz się do miasta, zarabiasz i wydajesz.

      Przeczytałem przedwczoraj artykuł, tutaj powiedzmy wersja polska. Co to dla nas oznacza? Techniczni nie są już mile widziani. Techniczni mają sobie iść w piździec. Wszystko wskazuje na to, że idziemy w stronę zamkniętych serwisów (Facebook, Google+, MySpace). Trudno będzie coś wyciągnąć od wujka Gógla (chociaż częściej korzystam z Bing). Wujek nie będzie miał dostępu do autonomicznych serwisów (jak teraz nie ma dostępu do Facebook), w których by coś znaleźć trzeba będzie założyć konto.

      Dodatkowo od kilku lat zaczęto reglamentować dobro. Co ciekawe, my, którzy tego doświadczyliśmy w PRL doświadczamy tego ponownie. Jesteś z Polski? Kindle nie był dla Ciebie, teledyski, muzyka, filmy nie dla Ciebie. Coraz bardziej dają się we znaki niewidzialne granice państw w internecie. Szukasz czegoś - wyniki są dopasowane do miejsca w ktorym mieszkasz. Mogę zrozumieć np. zakupy, ale idee nie mają granic, a i te są skutecznie zamykane.

      Czemu się to stało? Pojawili się ludzie, bardzo dużo człowieków. Podobnie jak telewizja, internet dostosował poziom do użytkowników. Teraz internet podzieli sobie użytkowników - to internet będzie decydował co będziemy czytać, oglądać, słuchać. Będzie nam mówił, że skoro się czymś interesujemy to ta wiadomość jest dla nas (Facebook, i za chwilę dołączy do tego Google+).

wtorek, 2 lipca 2013

Jak co rano poszedłem...

      Jak co rano poszedłem policzyć śpiące kaczki. No dobra, nie tak rano. Dupy zrywać, by iść na kije aż tak bardzo mi się nie chciało. Sprawdziłem pocztę. Łaskawie nie odpisałem. Oznaczyłem spam. Poczytałem książkę. Dobiła piąta.

      Obejrzałem kawałek serialu. Pff... Wziąłem prochy. Dobiła szósta. TADA!

      Mogę bezkarnie wszystkich obudzić. Wyskoczyłem na kije. Idę... idę... idę... aż jak mnie nie pierdolnie szczęście.

      Miałem poniższą scenę z Ace Venturą przed oczami. Tylko ciutkę niżej, nie w udach, ale w kolanach. Myślałem, że żywcem mi kolano spłonie. Jakiś potwór się wykluje albo jaka inna bestia.



      Patrzę na te swoje cholerne kolana. Nic. Nic pulsuje. Nie zmienia koloru... A płonie.

      Iść przed siebie. Iść... nie kuleć, ani na prawą ani na lewą... Doczłapałem do domu. W zamrażalniku czekało na mie wybawienie. Włączam stoper, co by tych choler dla odmiany nie przeziębić. Maście oraz inne gluty jak u znachora. I tada! Kurwa przestało płonąć. Dzień, kurwa, dobry. Dzionek rozpoczęty.

      I jeszcze chłopaki od blogspotu (blogger) zrobili kolejne uatrakcyjnienie - edytor html jest mądrzejszy od użytkownika. HWDG

wtorek, 25 czerwca 2013

      Lat temu wiele światło dzienne ujrzało dzieło dwóch jegomości. Była to praca domowa (Homework). Namieszali ostro nie tylko w światku muzycznym... ale. Jak się okazało ponad 10 lat temu, to był pic. I nie było nic w tym złego, bo w końcu nie pierwsi i nie ostatni.

      Daft Punk pojawił się na świecie ze swoim krążkiem (mam na myśli Homework) w 1996 roku. Surowym brzmieniem, rytmiką bezpośrednim nawiązaniem do kultu kasety (w Polsce płyty CD były jeszcze drogie) uwiedli wszystkich. No dobra. Nie wszystkich. Ale weszli na salony i się rozsiedli.

      W 2001 roku wyszli z nowym krążkiem Discovery. Nim udało mi się przesłuchać ten album w Muzycznej Planecie, naczytałem się, że to gówno, elektroniczna rzeźnia (w pejoratywnym odniesieniu) i takie tam. Przesłuchałem kilkukrotnie. Dupy nie urywało, ale spróbowałem. Łatwo weszło. Takie tam lekkie i taneczne. Dodatkowym bonusem był kod dostępu do zasobów na sieci. Specjalny odtwarzacz Daft Punk Player i na początek kilka kawałków. W tym z ich koncertu z 1997 roku. No to tak. To było to. Dupę urywało. Livemix w jednym tracku, który później też miał swoje miejsce w wydawnictwie. Ale to był mix Homework. Po premierze Discovery zaczęły pojawiać się teledyski, które finalnie zostały zmontowane w pełnometrażowy film Interstella 5555: The 5tory of the 5ecret 5tar 5ystem. I tu była niespodzianeczka. Ścieżka dźwiękowa wyprzedziła film i to dźwięk (wg oficjalnych informacji) był motorem stworzenia filmu. Zatem Discovery zostało łyknięte.

      W 2005 pojawił się Human After All... tak przekręcone brzmienie, że aż prosili się o zdemaskowanie. I to nastąpiło w 2007 roku. Discovered: A Collection of Daft Funk Samples. Nie wiem czemu w mediach ani internetowych ani branżowych pismach nie odnotowano tego faktu. Każdy, kto miał styczność z mediami o DP wiedział, że został nabity w butelkę. Czy to źle? Nie. W końcu inni też to robią, między innymi Coldcut. Tylko nikomu nie wmawiali, że wszystko sami wygenerowali.

      Trochę czasu minęło i z całej płyty zostało wspomnienie - Technologic, a całej reszty nikt nie słuchał.

      Mówiąc o Daft Punk, przyjęło się mówić tylko o Homework. Sytuacji nie poprawiło wydawnictwo Alive 2007, które nie powtórzyło sukcesu Alive 1997 z 2001 roku.

      Remiksy Daft Club (udostępnione dla posiadaczy kont Daft Punk Player), Human Afet All: Remixes gdzieś tam mignęły w tle.

      Sytuację zmienił film TRON: Legacy w 2010 roku. Kontynuacja kultowego filmu okazała się tylko cieniem produkcji z 1982 tworząc i klonując własne głupoty. Ale tutaj Daft Punk zrobił coś naprawdę dobrego. Klasyczny soundtrack, który rok później został zajebiście zremiksowany.

      Człowiek nabrał apetytu. I przy zapowiedzi Random Access Memories zacząłem się ślinić. RAM... był wyczekiwanym albumem. Co prawda umieszczane streamingi z twórcami disco (oldschool) oraz popu (oldschool i trendy) spowodowało, że tak trochę kopara opadła... bo po jakiego wuja. Nie przydawało temu wszystkiemu uroku, że wszystko miało powstać na żywych instrumentach. WTF? Próba rehabilitacji po wciskaniu ciemnoty, że nie korzystali z cudzesów?

      Potem nadszedł ten dzień. I usłyszałem. Długo się zbierałem, by o tym napisać. Raczej trudno napisać o rozczarowaniu kiedy dostaje się lajtowe nagrania, które brzmią jak muzyczka w hotelowej windzie (tak, w Polsce też są koncerty w windach). Hot Chip - In Our Heads z 2012 to jest mistrzostwo w plastykowym popie, a z bieżącego roku Will.a.am ze swoim Willpower daje po prostu czadu. I tak srsly, grzeje mnie czy jest to zagrane na instrumentach, czy jakieś sławy wzięły w tym udział, że proces twórczy był inspirujący. Kiedy włączam muzę chcę czegoś co albo mnie uwiedzie albo urwie dupę przy kolanach i nieważne jaki ma BPM - ma być dobrze. A jak jest dobrze, mogę się ekscytować, całą otoczką.


      Rozczarowanie spore. Na otarcie łez mogę polecić miłośnikom Homework coś z innej beczki, choć może nie aż tak innej. Major Lazer fikcyjny kolo, któremu ujebało łapkę i wmontowano laser zamiast protezy. Dj oraz pogromca zombiaków i wampirów powrócił i to z wykopem. Free the Universe duetu Diplo oraz Switcha mający w sobie świetne mixy (starej szkoły Daft Punku Homework), dubu oraz klubowych brzmień. Kawał solidnej roboty, przy czym album jest niesamowicie spójny w swoim brzmieniu.


      I tak starsi panowie z Daft Punku tego oczekują ortodoksyjni fani Homework a nie nowofalowego plumkania bez ikry.

      Ale co by złego nie było. Joe Jeremiah w sieci przearanżował całą płytę RAM w jeden kawałek. I szczerze? Tego dopiero da się słuchać (poniżej) ;]


niedziela, 23 czerwca 2013

      U mnie upał powoduje wyłączenie mózgownicy. Zresztą trybię prawie 24h na dobę. Ale kiedy temperaturę przekracza moje ukochane 10oC zaczynają się zgrzyty. Zwłaszcza w dziedzinach, które mnie nie interesują. Egzamin w temperaturze powyżej 25oC to już masakra w letnich gaciach.

      Sesję mam już za sobą. Całkowicie. Absolutnie bez żadnych zwisów. Kilka miesięcy temu kiedy rozwaliłem sobie drugie kolano, przejście od bólu do koncetracji (jakiejkolwiek) było tytanicznym wysiłkiem. Zadziwiające jak dużo osób w tym okresie mnie wsparło (z jednym niechlubnym wyjątkiem). Ciągnięciu kilku srok za ogon, by mieć pieniądze na leczenie, naukę i sam proces leczenia. Z jednej strony rok 2012 był zajebisty, z drugiej to kolejna zjeba. I jak zwyczajowo mówi się, że trzeba to oblać a mnie jakoś w tym kierunku nie ciągnęło. Tym razem trzeba to oblać.

A zatem. Po sesji! Mózg spocznij!!! ;]

      Wszyscy trabia wszem i wobec, ze komputery zostana wyparte przez tablety i inne urzadzenia ze zdalnym dostepem do internetu. Szczerze? Im dluzej korzystam z takich urzadzen, tym mniej jest o tym przekonany. Najbardziej zabawne i zenujace jest korzystanie z aplikacji chrome na androidzie w uslugach google. Takiej jazdy - robi co chce, dawno nie widzialem. Jezeli dorzucimy mozliwosc komentowania w jezyku polskim wchodzimy na wyzszy poziom absurdu. Jezeli nie ma apliakcji ani porzadnego programu do zarzadzania pamiecia urzadzenia, to uruchomienie komputera zalogowanie sie do linuxa czy windowsa zajmuje zdecydowanie mniej czasu.

      W kinie widzialem reklame telefonu nokii z windowsem... kusi.

piątek, 21 czerwca 2013

      Dawno, dawno temu. Kiedy po świecie krążyło widmo wojny atomowej, była Zimna Wojna, a dowcipy o niedźwiedziach nie kojarzyły się ze spadkiem wartości akcji a MEGA sąsiadem ZSRR, moje oczy zostały nakarmione prozą Roberta E. Howarda. W zasadzie dzięki niemu sięgnąłem po fantasy. Nie przemówił do mnie nudziarz Tolkien (poza Silmarillionem), ani rzesze innych modnych pisarzy. Zdecydowanie wolałem scifi. Chwilę później poznałem trylogię (później tetralogię, a obecnie cykl) Czarnoksiężnika z Archipelagu, który zawładnął moją wyobraźnią. I w rzeczy samej, pomijając nieliczne wyjątki to Robert E. Howard i Ursula K. Le Guin są moimi faworytami w gatunku.

      Biorąc pod uwagę, że lata (a minęło jakieś 25) powinny wyprostować moją młodzieńczą fascynację barbarzyńcą. Jednak tak się nie stało. Chciałem sobie odświeżyć poznane historie spisane tylko przez Howarda. Sprawdzić czy te historie się nie zestarzały. Dzięki wydawnictwu Rebis (tom I i tom II) na rynku pojawiły się opowiadania (teoretycznie) nienaruszone przez amerykańskich edytorów, tylko według wstępniaka są to tłumaczenia z oryginalnych pierwszych publikacji. Dwa duże tomiszcza (w sumie jakieś 1400 stron) można zmieścić w e-czytniku (tutaj można sobie poszukać).
      Z przyjemnością odkryłem, że opowiadania napisane blisko 100 lat temu nic nie straciły ze swojego uroku. Ba! Nawet nie trącą myszką. Owszem trudno je nazwać arcydziełem literackim... chociaż, mając w pamięci "święte" pozycje miłośników fantasy można nazwać pisaninę Howarda wybitną twórczością (jest nawet cień szansy, że spodoba się fanom Lovecrafta, jeżeli jeszcze nie mieli okazję poznać).

      Pomimo rysunku nigdy nie udzieliła mi się fascynacja bractwami rycerskimi. Jeżeli miałbym się jarać to epoką hellenistyczną. Ale jedyni znani mi miłośnicy tej epoki, mają brody i co najmniej tytuł doktora.

czwartek, 20 czerwca 2013

      Wczoraj byłem w kinie (tak, znowu :D Miałem wrażenie, że cofnąłem się w czasie i ponownie jestem na seansie "Planety małp". Cinema City, Multikino - tych sieciówek nie lubię z dwóch powodów. Wysokich cen biletów i brak zniżek dla kinomaniaków. Jest jeszcze trzeci powód. Ale to akurat jest przypadłością wszystkich kin. Pseudowidzowie. Mam na myśli tych, którzy idąc na seans mają browar w ręku (taka przenośnia, de facto mieli w plecakach). Niestety, najczęściej mam z nimi styczność w wymienionych kinach.

      Gdzieś tam kiedyś czytałem o kinie, w którym można popijać podczas seansu. Teoretycznie smród piwa idzie przetrzymać.
      Jest jednak małe "ale". W kinach pić alkoholu nie można. Te kamerki, które są wycelowane w widownię nie są tylko zamontowane po to, by wyłapywać ludzi rejestrujących film (zresztą nie wiem w jakim celu miałby ktoś to robić, zwykle film, który wchodzi do polskich kin już dawno jest dostępny online - legalnie też). Obsługa nie zaaregowała. A ja nauczony doświadczeniem nic nie zrobiłem. Z dużymi bólami udałoby się piwoszy eksmitować z sali, ale kosztem tego, że przeleciałoby mi pół filmu.
      Małpy siedzące za mną, nie wykazały się ani erudycją ani poczuciem humorem... a jeżeli tych dwóch pierwszych zabrakło, to nie ma mowy o inteligencji. Zapewne był to seans filmu "Geneza planety małp".


AKTUALIZACJA
Pierwotnie w tekście znajdowało się zdanie "Można byłoby zrobić nową telenowelę, gdyby owe małpy publikowano na serwisach wideo." Stwierdziłem jednak, że pomysł radosny, ale byłoby to działanie wbrew prawu, jednak okazuje się, że nie. Pod linkiem, dotyczącym innej sprawy, można przeczytać komentarz Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie publikacji materiału pochodzącego z monitoringu.

środa, 19 czerwca 2013

      Czasem zdarzy się wieczór, które spędzam nadzwyczaj miło. Człowiek pieprzy głupoty, szwenda się po rejonach wsi, który po raz pierwsza zwiedza o dziwnej porze. Spotyka miłych ludzi w niemiłych okolicznościach przyrody. Tak się kiedyś przydarzyło, że trafiłem na kompletne zadupie i nie miałem absolutnie pojęcia czy iść w prawo, w lewo, w dół czy w górę. Telefon do przyjaciela "gdzie ja kurwa jestem". Tylko zanim wykonałem telefon, musiałem człapać w kierunku poszukiwaniu zasięgu. Kierowałem się nie światłem gwiazd i Księżyca tylko wskaźnikiem zasięgu w telefonie. Jako, że nie posiadałem gpsu w telefonie musiał mnie namierzyć sobie znanymi sposobami. Przez telefon zaczął się śmiać, blisko godzinę później kiedy wsiadałem do samochodu dalej się śmiał.

      Wczoraj (formalnie dziś) mnie też gdzieś wyrzuciło. Ale od miejsca gdzie do miejsca w którym znalazłem nocny to już inna historia ;]

poniedziałek, 17 czerwca 2013

      

      Podczas upałów łapię zgona jakoś tak około 12/13 do 15/16. W przypadku kiedy jeszcze jest w planach natury burza, mam zjazd podobny do narkolepsji. Kilkakrotnie zdarzyło się, że ocknąłem się z odciśniętą spacją lub innymi klawiszami na pysku. Rly, ale to rly nie cierpię upałów. Chwała za stonowaną klimę w pracy. Alleluja i do przodu.

niedziela, 16 czerwca 2013

      Minął weekend i na koncie trzykrotna wizyta w kinie. Zacznę od chłamu.

      Boyle ma kolejnego oscara w kieszeni. Skoro otrzymał statuetkę za kiczowaty film, to teraz powinien dostać ich co najmniej pięć.
      Historyjka prosta jak drut, ale wystarczy wrzucić hipnoterapeutę, przedstawić historię w sposób nielinearny i co jakieś piętnaście minut dorzucać dodatkowe fakty albo alternatywną wizję i już mamy "pokręcone" i "trudne" dzieło. Czepiałbym się wewnętrznej logiki, ale po tym jak film stracił pierwszoosobowego narratora i pod lupą znalezły się inne postacie olałem. To byłoby kopanie leżącego. Podejrzewam, że fanom Incepcji i Czarnego łabędzia film podpasuje i będą piali z zachwytu. Ja się niesamowicie wynudziłem. Istotny jest też fakt, że jest to remake świetnej telewizyjnej produkcji. Po jaką cholerę zrobiono z tego film kinowy? Kasa, kasa, kasa.

      Drugi film to Kac Vegas 3. "Fortunny" dobór tłumaczenia nie ma co. Zwłaszcza przy kontynuacjach ;]
      Na twórcach się nie zawiodłem. Stworzyli kolejny dobry film. Nie rzuca na kolana jak jedynka, nie jedzie po bandzie jak dwójka... Przede wszystkim jest to już inny gatunek kina. W każdym razie finał jest zajebisty. Kiedy turlałem się na seans, moimi trzewiami targały pewne obawy, bo trzeci raz nie uda się sprzedać tych samego pomysłu. Jednak to był tłusty bigos z poprzedniego dnia. Zresztą jak przebić Bangkok? Nie da się. A tu niespodzianka! Nawet nie próbowano, skupiono się na zupełnie innym aspekcie. HINT poczekajcie przy napisach - po scence możecie pozbierać szczęki i iść, więcej nie będzie ;]

      I trzecia pozycja. Star Trek Into Darkness. Na dzień dobry gwałt logiczny... Statek kosmiczny znalazł się na powierzchni planety (w stanie nienaruszonym!) Owszem, w Voyagerze zrobiono podobny manewr, ale... Litości. Co prawda to reboot serii, ale wracamy do oryginalnej koncepcji dla której potrzeb powstał teleport. Statek o takiej masie i gabarytach nie mógł wylądować na planecie. BA! Nawet do niektórych za bardzo się zbliżyć. Lecz cóż. Było to zgodne z wewnętrzną logiką filmu, zatem nie dostałem zawału. Ale olewając większe i mniejsze gwałty (miałem wrażenie, że czynione celowo) na umysłach trekkie film oferuje fajną rozrywkę oraz powtórkę z rozrywki (nie będę spojlerował). Tym razem już nie ma większej zabawy dla statystycznego Kowalskiego. Fun zarezerwowany nie tylko trekkie, ale też miłośnika fantastyki. Reszta, czyli gatunkowe E.T. - go home. Jeżeli nie wciągnie sama akcja to będą nudy.
      Bonus. W tej części przez chwilę ponownie słychać Beastie Boys :D

sobota, 15 czerwca 2013

      Wczorajszy wieczorek byl zajebisty. Siedzialem przed maska jakiegos samochodu (tak mnie to interesuje co zeszloroczny snieg) i mialem kupe radosci z podlaczonego do niego komputer. Sciagalismy jakies tam chore dane dla serwisu, wszystko co sie dalo. Smialem sie, ze zbieraja informacje ile razy okno bylo bylo otwierane i... sie nie mylilem. Nie wiem czy to do jakiegos konkretnego celu mialo sluzyc... ale pal szesc.

      Pozniej bylo jeszcze zabawniej. Pojechalismy na impreze geekow. Kazdy mial podlaczone cos do komputer/tabletu i napierdzielalismy w glosniki. Oj miodzio. Przypomnialy mi sie stare, zle czasy. Przy tej calej zabawie chyba zapomnielismy o jakiejkolwiek rejestracji dla potomnych ^^ moze i dobrze. Kilku starego chlopa przy maszynkach robiacych pizd, piard, dup i cieszylo sie bardziej niz jednolatek w piaskownicy ;]

czwartek, 13 czerwca 2013

      Niestety, mój getpocket.com zgubił parę linków. Zatem będziecie musieli mi uwierzyć na słowo albo wziąć to za fantazję.

      Jakiś lekarz napisał list otwarty, który został opublikowany w Internecie. Wylewał on swoje gorzkie żale na rząd. Po przydługim opisie nastąpiła "zaskakująca" konkluzja. Otóż, w Polsce nie ma pieniędzy na leczenie chorych. I tylko się symuluje, że istnieje jakakolwiek pomoc.

      Rozbawiło mnie to. Na smutno. Jest to naprawdę żenujące. Lekarz, czyli człowiek na pierwszej linii frontu mający do czynienia z chorymi ludźmi odkrył to... po 20 latach.

      Wprowadzenie lekarza rodzinnego/pierwszego kontaktu miało na celu opóźnienie dostępu do specjalistów. Choć z jednej strony miało to też ograniczyć ludzi, którym się wydawało, że potrzebują jakiegoś specjalisty. Rezultat jest taki, że zainteresowany nie zapisze się do żadnego specjalisty bez skierowania w łapie. A nierzadko nawet mając ten świstek też się nie zapisze, bo skierowanie zostało nieprawidłowo wystawione. Średnio na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu czeka się dwa tygodnie (głównie za sprawą emerytów, którzy zamiast bawić się w klubach seniora lubią wynajdować sobie choroby, a że są w wieku, który obdarowuje wszelkimi bolączkami... kończyć nie muszę). Następnie mając świstek, trzeba znaleźć przychodnię, która ma wolne terminy. Zajmuje to około tygodnia. Następnie w zależności od specjalisty czeka się minimum miesiąc. Później skierowanie na badania diagnostyczne i minął nam rok.

      To nie jest zasługa obecnego rządu. Każdy poprzedni tę cegiełkę nic nie robienia. Ale tutaj jest interesująca sprawa, bo odpowiedzialnymi za ten stan rzeczy, owszem jest rząd, ale przede wszystkim obywatele tego kraju. W kraju, w którym każdemu się należy. I nie mam na myśli PRL (a nie komuny, o której do znudzenia trzeba przypominać w Polsce nie było). Za PRL każdy musiał pracować. Za to dziś, pracować nikt nie musi. Rząd utrzyma. Tysiące pasożytów biorących zasiłki, dopłaty do czynszów, na dzieci, na rolę, na wszystko co tylko można sobie wymyśleć. Jestem zły, że o tym mówię? No pewnie. Być może mieszkam w miejscu przesiąkniętym patologią społeczną, ale absolutnie nikt, kto pobiera świadczenia w mojej okolicy na nie zasługuje. Miasto dopłaca do czynszu, bo rencista ledwo wiąże koniec z końcem? Ale 48'' na ścianie wisi z pracy w pomniejszych ekipach budowlanych. Menel, który za mieszkanie nie płaci od 15 lat (ale to winna Bufetowej, że czynsze w Warszawie rosną, bo jakoś nikt nie ma odwagi wywalić pasożyta na bruk), dostaje na czynsz, pracy się nie będzie podejmować, bo pracował pięć lat i mu wystarczy. To w ramach dobroci dostaje jeszcze 11 zeta dziennie na wyżywienie. Małe pieniądze. Być może. Ale, żeby oszuści i menele otrzymali pieniadze FUS na swoje utrzymanie - urzędników, pracowników, budynków w których pracują - muszą wydać 250 000 pln rocznie. Dużo? Zabrać im to wszystko? Jasne, dla przypomnienia w ubiegłym roku FUS wydatki 110 000 000 000 (podaję tylko rząd wielkośći więcej tutaj pdf)z czego dofinansowanie 40 000 000 000 (tutaj pdf informacja za 2011 rok)poszło z budżetu (deficyt za ubiegły rok wyniósł 30 000 000 000, tak dla porównania, byście wiedzieli z czego powstaje dług publiczny), samo becikowe wyniosło 400 000 000 i na co za przeproszeniem? Ani to w niczym nie pomoże, a obciąża nasze kieszenie. Budżet to są nasze pieniądze, o czym obywatele zapominają. To nie jest tak, że w budżecie pieniądze się znajdą, bo jak się znajdą to trzeba komuś zabrać albo pożyczyć (najlepiej emitować obligacje państwowe).

      Utrzymywanie pasożytów powinno się skończyć. I nie ma co się litować, oni nie litowali i nie litują się nad nami. To przez nich nie ma pieniędzy na to, by leczyć ludzi, którzy płacą podatki.

      Do rządu można mieć tak naprawdę pretensję o jedno, że nie mają jaj obciąć wydatki. Wysłać urzędników, którzy by sprawdzili kto faktycznie tej pomocy potrzebuje. Ludzie potrzebujący wsparcia, leczenia nie mają sił, by żebrać o pomoc. Trudno się przebić i konkurować z pasożytami.

      Od pewnego czasu podobnie jak przy projekcie program polityczny (którego założenie było, by wyborca nie zapoznał się z ludźmi na których będzie głosował, ale z programem politycznym partii z ramienia, której kandyduje - nawet gdzieś o nas wspomniano), zastanawiamy się czy nie wyemitować strony, w której będziemy informować na co są przeznaczane pieniądze. Źródła są oczywiste: Ministerstwo Finansów, ZUS, US. Te informacje nie są tajne, ale mało kto chce się dowiedzieć, a jeszcze mniejszej liczbie obywateli nie chce się szukać - "bo są od tego ludzie" - no przykra informacja dla tych, którzy tak uważają - nie ma ludzi od tego. Obowiązek obywatela w wolnym państwie nie ogranicza się tylko do skreślania krzyżyków na karcie do głosowania. Łatwiej powiedzieć "wina Tuska", niż dociec problemu (geez, jeszcze wyjdę na miłośnika PO). Obietnice, że kiedy wybierze się jakąś partię oni zrobią lepiej... no cóż. Tym razem bez komentarza.

      UPDATE to nie dotyczy tego listu. Kiedy go znajdę dam znać.

wtorek, 4 czerwca 2013



      Jestem zmęczony szukaniem jakiegoś komunikatora, który zarówno spełni moje oczekiwania, jak i będą go używać ludzie z którymi się kontaktuję. Kompromisu znaleźć nie mogę. Rozwiązanie desktopowe używanie przeglądarek nie wchodzi w grę (chociaż może być jako dodatkowa opcja). Jak już coś znajdzie się sensownego to nikt tego nie używa (np. ICQ).
      Zatem wracam do podstawowej formy komunikacji. E-mail.

      I przy okazji, fejsbunio poszedł się... wyprać ;] razem z wisielcem.


UPDATE

Zamykają blog... o rajuniu!

Z okazji zamknięcia blogów na onecie, pojawiły się zajebiste tłumaczenia dlaczego je się zamyka. Rolę blogów przejęły portale społeczności...