środa, 11 lipca 2012

      Dawno, dawno temu kiedy o pisaniu bzdur i ich publikowaniu mógł tylko zamarzyć. Czyli nie było dostępu do jakiejkolwiek sieci, grafoman mógł się co najwyżej wyżyć w brulionie kupionym w papierniczym (Miśku o ile ktoś kojarzy klimaty). Co odważniejsi, z większą zacięciem i pędzlem na ścianie mogli wymalować "głupi chuj". Twórczość uliczna była zdecydowanym aktem wandalizmu... brudas wysmarowany palcem na samochodzie nie robił wrażenia na kolegach, ale pojechanie po bandzie i zrobienie tego gwoździem. Ówczesny artysta oprócz uznania, mógł jeszcze liczyć na wpierdol od rodziców. Bo w dziwnej strefie życia bez komórek, internetu... zawsze się znalazł jakiś kabel.
      Ale rzecz nie o tym. Siedząc i skrobiąc kolejne tomy idiotycznych opowiadań, człowiekowi też coś strzelało z nudów, by prowadzić pamiętnik. Oczywiście zarzucany na rzecz innych, ciekawszych rzeczy (jak na przykład postawienie warburga na tylnym zderzaku). Dziwnym trafem ostały się zeszyty z dokonań szkolnych.
      Za serce mnie łapie, że ów niewykształcony gnojek, siedzący w fartuszku, do którego guziczkami przypięto biały kołnierzyk... już wówczas był wywrotowcem.
      Nie mogłem wówczas i nie mogę dziś zrozumieć polskiej historii. Owszem przewalenie się przez studia filologiczne (szczęśliwie porzucone) rozjaśniło kilka spraw. Jednak opór materii gloryfikacji ułanów pędzących na konikach z szabelkami na czołgi nie przemawiał ani wówczas ani dziś. Świętowanie jakkolwiek moralnie pozytywnych zrywów narodowych, tak idiotycznie zorganizowanych i przeprowadzonych, że aż żal dupę ściska... to nasi antenaci byli tak gł... bezrefleksyjni. Coś jak komentarz w którychś tam wyborach zostały skwitowane "Polacy głosowali sercem", a co moim zdaniem dosadniej zostało wyrażone, padło z ust radiowca "kurwa mać".
      Zatem od dziecka uczono mnie, że zajebiście jest ginąć za ojczyznę. Że super jest oddawać swoje życie w głupiej akcji. I należy świętować porażki, a wina nigdy nie leżała w nas tylko w kimś innym, z boku... a jak nie znajdowało się wewnętrznego wroga.

      Jesteśmy szczęśliwie republiką (dawniej Rzeczpospolita). Nie jesteśmy obarczeni jakimś królem, który naznaczony przez jakieś bóstwo każe robić to czy tamto. Mamy kiepską demokrację, gdzie lud niewykształcony (nie mam na myśli formalnego wykształcenia) głosuje nie sercem a d..., za każdym razem opowiadając się za kimś innym, kto sprzeda lepszy kit. Nie jest jeszcze źle... Niestety od kilku lat widać wschodzący trend gloryfikacji szlachty. Rozumiem, że w historii nawet w wersji PRL (żeby nie było wersję III RP też średnio łykam) nie podawało/podaje się faktów jak ludzie odebrali, gdy zaorano Polskę. Dotarłem do materiałów, że lud wówczas był zadowolony z jednego. Koniec szlacheckich rządów. Patrząc na te nieudane zrywy, powstania należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy - przede wszystkim czynnik ekonomiczny (tego nie będzie w historii w wersji lite). Co i kto na tym miał zyskać, a kto za to zapłacił. Dość zabawne kiedy porówna się ówczesne podejście, czasami nawet język był bardzo podobny z tym co nam się serwuje w mediach. W materiałach tkwię, bo jakkolwiek wyjaśniają wiele to mój wrodzony sceptycyzm nakazuje mi również w nie wątpić ;]

Brak komentarzy:

Fejsik

Podoba mi się, jak przy aferze z fejsem część internetu od bezpieczeństwa, która uprzedzała jest konsekwentnie ignorowana przez marketing lu...