Przejdź do głównej zawartości

Akcja "Wyrzuć książki"

      Od kilku lat zbierałem się do zrobienia porządku z książkami. Najdosadniej ujmując w czym problem to, że mam ich w chuj. Nie ma ściany, na której by nie było co najmniej kilkuset książek (kuchnia i łazienka ze względów oczywistych się obroniły). Zaraz złośliwcy zapytają się czy to przeczytałem. Zdecydowaną większość. Nawet przyjmując, że czytam średnio 50 książek rocznie to przez dwadzieścia lat wychodzi ich 1000. Jednak czytam więcej i żyję jako czytelnik dłużej.

      Czemu kupowałem i kupuję? Bibliotek nie ma? Są. Aktualnie jestem zapisany do trzech. Ale jakimś trafem zawsze szedłem pod prąd. Miałem do wyboru albo liczyć na czyjąś litość albo samemu ogołocić swój portfel z pieniędzy.

      Zmieniło się sporo. Nie tylko fakt, że upowszechniły się czytniki książek. Zresztą można teraz czytać choćby w ramce na zdjęcia. W wersji elektronicznej czytam od drugiej połowy lat 90tych. Przepisywałem wraz z innymi trudno dostępne książki i udostępnialiśmy kolejnym czytelnikom. Współpracowałem przy _faktycznej_ pierwszej elektronicznej bibliotece Reja, ale ze względów prawnych polegliśmy. Zmieniła się także wiedza o jakości książek. Już nie chodziło o to, że książki z Phantom Press czy Zysku po dwukrotnymkrotnym przeczytaniu rozpadały się. Zawsze można było zanieść do introligatora (link dla młodzieży). Ale na jakość papieru introligator,o ile jeszcze jakiegoś można znaleźć, nie pomoże. Papier zwyczajnie się rozpada.

      Utknęła mi w głowie informacja, że swojego czasu zbiory książek z XIX i początku XX wieku w pewnym momencie uznano za zabytki, a z XVIII jeszcze nie. Zatem wizja Wehikułu czasu z 1960 (poniżej przewińcie sobie do 59 minuty) nie jest aż tak bardzo fantazyjna. Raczej przerażająca. Książki, które chwile temu dostałem w swoje łapy nie muszą czekać tysiącleci, żeby się rozpaść.



      Do większości książek w wielu wypadkach nie sięgnę ponownie. Postanowiłem kilka lat temu, że radośnie je oddam do biblioteki. Nic bardziej szalonego mi do głowy nie mogło przyjść. Do biblioteki? Ale po co? No właśnie. Zjechałem pół Warszawy. Drugie pół sobie olałem, a o miejscach w style Nigdziebądź nawet nie brałem pod uwagę.

      Zacząłem od rozdawnictwa. Fajnie się trafiło, że spotkałem osobę, która chciała się zapoznać z klasyką literatury fantastycznej. Inni łyknęli po kilka sztuk beletrystyki mieszanej.

      A pewnego dnia wstając z łóżka wjebałem się w słupek. Postanowiłem, że jeżeli nie ma chętnych to pozostałe lądują na śmietniku. Najpierw poleciało ponad 10 lat (a może 15?). Jedna pożegnalna focia na pożegnanie.



      Drugie podejście. Zostawiłem książkiw kafejce. Zły Tyrmanda i Trylogia Księżycowa Żuławskiego.



      Następne w kolejce książki Stephena Kinga wydane przez Amber. Ale na to chyba już chętny znalazł. Zobaczymy ;]

      Aha. Nie mam zamiaru bawić się w sprzedaż książek via jakieś zalległo czy coś w tym rodzaju.

Komentarze

goldenbrown pisze…
Hehe, Bagienny oszalał ;) I w tym szalenstwie jest metoda:) Pójdę (kiedyś) Twoim sladem, bo mam mnóstwo książek, które były na raz, a teraz w nich tylko zalega kurz. Zaczęłam już powolutku rozdawać - pożyczam i absolutnie nie żądam zwrotu:))
bagienny pisze…
To fakt, jestem krejzi ;]
Jakże to tak na śmietniku?

A ja akurat dopiero teraz zacząłem kolekcjonować klasykę science fiction jako nastolatek i student korzystałem głównie z bibliotek. Jak masz coś to z chęcią przygarnę:) Problemem może być odległość.

To wydanie "Złego" Tyrmanda mam u siebie w domu.
Almetyna pisze…
Bagienny, nie nabiorę się na to, już się nawyrzucałam i poporzucałam sporo, a jeszcze potem się zmagałam z wyrzutami sumienia. Więc teraz podrzucam. Nie w żadnych kawiarniach, po co zaraz kasę tracić na durne kawy czy piwka. Pod drzwi. Tanio wychodzi i wiesz w czyje progi.
bagienny pisze…
Też zacząłem kolekcjonować. Ale późno się zorientowałem, że w przypadku, kiedy mam te książki na komputerze nie potrzebuję ich na półce.

Nie musi, jeżeli pokryjesz koszty wysyłki są Twoje. E-mail jest oczywisty. Jak jesteś zainteresowany pisz, w razie czego mogę zrobić fotki, byś ocenił stan ;]
bagienny pisze…
A na co ja próbuję Cię nabrać?
Z wyrzutami sumienia "walczyłem" zanim podjąłem tę decyzję. Teraz to jest kwestia samoorganizacji, żeby pozbyć się tych książek.

Po raz kolejny proszę, nie używaj na mnie miarki, którą przygotowałaś dla innych ;] Nie chce mi się tłumaczyć w jaki sposób znalazłem się w tej kafejce. Swoją drogą ciekawe założenie, że wydawałbym pieniądze, by zostawić książki ;] Serio. Nie wpadłbym na to ;]
Ciekawe w jaki sposób miałbym zostawić książki pod drzwiami. Szczerze pytam. Więcej kombinowania jak się dostać na jakąś klatkę niż pójść choćby do kafejki. Oprócz tego, w dzisiejszych czasach kiedy ludzie masowo cierpią na paranoję, to nie jest dobry pomysł, by im zostawiać cokolwiek pod drzwiami.
Ja nie miałem okazji do kolekcjonowania w młodości dlatego się teraz za to zabieram:)

Napisałem mejla na [email protected]
bagienny pisze…
Z jednej strony jest to fajne. Mieć te książki na wyciągnięcie ręki. Często pisząc artykuły czy recenzje sięgałem i znajdowałem co miałem znaleźć i było git ;] Większość z nich mam już w różnych wersjach elektronicznych, na wypadek gdyby mi się zdarzyło jeszcze coś pisać (choć w to mocno wątpię).
Jola S pisze…
chce Kinga i co polecisz znajac mnie. podlicz koszt wysylki i zwroce. :)
mozesz polasic sie o kartki na tablicach ogloszen: "oddam ksiazki o tematyce ..... . podpisz sie, jesli sie zgadzasz". chociaz znajac zycie, ludzie nie zrozumieja. zostaw info w akademikach i na uczelniach, w bibliotekach tez powinny byc tablice ogloszen. i na lubimyczytac.pl mozesz zostawiac bodajze opcje, ze oddasz ksiazki. ale to wszystko czasochlonne jest.
bagienny pisze…
Ok. Będzie tego trochę ;]

Dzięki za sugestię, w przypadku studentów, którzy za szczyt pisarstwa mają prozę Pilipiuka czy Piekarę już wiem, że Herbert, Heinlein czy Clarke przerasta ich możliwości.
W bibliotekach i antykwariatach ciągle próbuje kiedy jestem w pobliżu ;]

Oj, bardzo czasochłonne ;]
Almetyna pisze…
"Nie nabiorę się na to", cóż ja poradzę, że mam we krwi nawyk idntyfikowania siebie z innymi (oczywiście pod warunkiem, że myślą jak ja, oczywiście!). Niepotrzebnie bierzesz do siebie. A gdzie ja już wcześniej zastosowałam do Ciebie jakąś miarkę, bo może znowu się okaże, że się niezręcznie wyraziłam (przynaję, to i to by było czymś okropnym)?

Akcja pozostawiania książek w miejscach publicznych przyszło do nas rzecz jasna z Zachodu, którym też ponoć jesteśmy, chociaż jakoś tak peryferyjnie, więc moja inwokacja odnosi się do tego.

A pomysł pozostawiania pod drzwiami jest tylko pomysłem, czasu teraźniejszego użyłam z powodów stylistycznych. Dzięki temu, że zwróciłeś moją uwagę na techniczne problemy z wchodzeniem na klatki – zamiar ten chyba porzucę. A także z lenistwa.
Na razie :- )

Popularne posty z tego bloga

Darmowe nauczanie

Czasem z jakiś powodów jestem zmuszony uczyć. W zasadzie nie jest istotne co jest przedmiotem nauczania, istotny jest obiekt, który ma się czegoś nauczyć. Istnieje takie przekleństwo „obyś obce dzieci uczył”. Kiedy je poznałem nawet nie zdawałem sobie sprawy jak brzydkie i wredne jest to przekleństwo.

Obiekt, który ma być uczony, zwykle jest pod przymusem. Może nie najlepsza motywacja, ale ja to nie szkoła i ocen nie wystawiam.  Pomijam zdolności przyswajania, bo z mojej praktyki to wszystko zależy od uczącego i chęci z drugiej strony. Jeżeli tej chęci nie m, nie ma siły, by ktoś się czegoś nauczył.

Zauważyłem też, że osobniki młode są wyjątkowo oporne na wiedzę. Zwłaszcza w obszarach wiedzy, które są przypisywane dla młodych. Dla czytających moje wypociny nie muszę tego tłumaczyć, bo niemal każdy z Was miał do czynienia z żółtodziobami nie mającymi o niczym pojęcia, z błędnym poczuciem zajebistości. Żeby nie było, istnieją starsze osobniki, które nauczyły się czegoś 30 lat temu i uwa…

Recepta online

Za młodu człowiek wyczyniał mnóstwo głupot. Zwłaszcza tych ekstremalnych. Przeskoczenie płotu 150 cm w biegu, wbieganie na drzewo czy przemykanie po dachach. Ale na starość zaczynają dobijać różne kontuzje... a tym śmieszniejsze są, że kontuzje nabyte podczas normalnego funkcjonowania. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że wystarczy potknięcie, by spieprzyć sobie przyjemność z życia. Nawet pijana baba za kółkiem, która bardzo sie starała wypisać mnie z listy żyjących, raptem spieprzyła mi jedno lato.

Tym bardziej wkurzające jest, że pomimo, w miarę racjonalnego dbania o zdrowie potrafi coś jebnąć co jest w genach. A potem te pigułki... Nie zapominam o ich wciągnięciu, ale konsekwentnie zapominam, zapisać się do lekarza, by dostać nowe. Dzisiaj przyszła mi w sukurs technika. Zamówiłem leki via inet. Zero czekania na wizytę. Zero siedzenia w przychodni. I jeszcze zadzwonią, żeby receptę odebrać. Jeszcze chwila a dostanę receptę elektronicznie a w aptece machnę internetem rzeczy NFC i aut…

Wpis z wulgaryzmami

Ręce opadają. Samochód na awaryjnych na pasie dla rowerzystów. Samochód wypuszcza kogoś... na pasie dla rowerzystów i wdaje się w pogawędkę. Samochód jedzie po ścieżce rowerowej. Samochód na światłach zatrzymuje się przed pasami... na ścieżce rowerowej. Samochód na światłach popycha rower. A wy się, kurwa, dziwicie, że rysują wam karoserie, łamią lusterka lub puszczają wiązki (nie chrustu)? Nie rysuję, nie niszczę, ale jeżeli jesteście n-tym jebniętym kierowcą w ciągu dnia, który łamie przepisy i utrudniacie mi jazdę - usłyszycie słówko prawdy lub dwa na swój temat.

Kiedyś nie mogłem zrozumieć, czemu znajomi tak przeklinają kiedy jeżdżą. Teraz rozumiem. Nie da się. Niby pajace (kierowcy samochodów), mają prawo jazdy, czyli musieli zdać egzamin a nie potrafią się stosować do przepisów. To takie trudne? Naprawdę?
Mógłbym jeszcze zrozumieć trochę luźniejsze podejście do przepisów, gdyby była zachowana jakaś kultura, głównie podyktowana bezpieczeństwem - nie przeszkadzania innym. I nie ma…